Już na pierwszym punkcie widokowym, przypatrując się trzem strzelistym, smukłym wieżom na tle jasnoniebieskiego nieba, poczułem nieodpartą chęć wdarcia się na otaczające je góry i spojrzenia na nie z jak najbliższej odległości. Chciałem je dotknąć, chciałem poczuć ich moc zawartą w kilkunastomilionowym okresie trwania w bezruchu, chciałem pobyć z nimi choć przez chwilę sam na sam. One, jak gdyby odgadując moje myśli, zdawały się słonecznymi promieniami strzelającymi raz po raz z za ich szczytów zapraszać na wędrówkę. Ciesząc się na to, co czeka mnie na krętych, górskich ścieżkach czym prędzej ruszam w kierunku wejścia do parku Torres del Paine, w którym wytyczonych jest kilka szlaków prowadzących ku szczytom. Po, a jakże by inaczej, szutowej drodzę powoli przejeżdżam następnych 15 kilometrów, mijając co rusz stada guanako, to znowu konie przepędzane przez gauchos, czy strusie z nienacka przebiegające przez drogę. W końcu dojeżdżam do wejścia. Wstęp 18.000 peso, czyli ok. 27 Euro. Dostaję mapę parku z wyznaczonymi miejscami gdzie mogę postawić samochód i już bez dodatkowych opłat nocowac.

Nazajutrz z gotowym plecakiem wyskakuje z samochodu, bo już się nie mogę doczekać spotkania face to face z najpiękniejszymi szczytami, jakie do tej pory widziałem – a tu jakie rozczarowanie. Piękna wczorajsza pogoda zniknęła jak błogi sen, a nade mną zawisły ciężkie, czarne chmury, wiatr dmie i zacina drobnym deszczem, czyli jest poprostu tak, jak powinno być żeby nie wypuszczać się w góry. „No dobra” myślę, „góry jak kobiety zmienne i kapryśne są, a jedyny sposób, by je zdobyć, to cierpliwość”. Czekam cały dzień, czekam i drugi. Drugiego dnia wieczorem chmury coś kolwiek ustepują i zdaje się, że powoli góry zaczynają mi ulegać. Rankiem okazuje się, że nie. Cóż, są uparte, ale ja bardziej :). Czwartego dnia rankiem chmury wiszą, ale wydaje się, że ciut wyżej. Dochodzę do wniosku, że to być może ja muszę zrobić pierwszy krok i nie czekać dalej na zaproszenie, tylko poprostu pójść i … w najgorszym wypadku zawsze mogę zawrócić. Jest ósma rano a więc sporo czasu. Idę. Po paruset metrach droga zaczyna lekko piąć się w górę. Im wyżej jestem tym chmury też się wyżej wznoszą. Serce zaczyna mi mocniej bić, nie tylko dlatego, że droga robi się coraz bardziej stroma i trudna, ale dlatego, że nabieram coraz większej nadzieji, że góra jednak mi ulegnie i odsłoni to, co ma najpiękniejszego do pokazania. Czuję się niepewnie jak młokos idący na pierwszą randkę. Po około dwóch godzinach w oddali przez chwilę ujrzałem cel mej wędrówki całkowicie odkryty. Chmury zniknęły, ale tylko po to, by za chwilę powrócić i zakryć za sobą wszystko, co jeszcze przed chwilą tak pięknie mi się pokazało. Oj, aleś ty kapryśna, myślę i tym bardziej przyspieszam kroku będąc już teraz pewny, że to tylko takie przekamarzanie się ze mną. Mam rację. Gdy podchodzę na szczyt pod wieżami, po godzinnym drapaniu się po kamienistej stromiźnie, nie czuję zmęczenia, nie czuję nic poza oczarowaniem wspaniałym widokiem. Chmury uniosły się na tyle wysoko, że niczym woalka zakrywają tylko same wierzchołki, a ja mogę podziwiać całą resztę. U podnoża rozlewa się ciemnozielone jeziorko, dodając szczytom jeszcze większego uroku. Tkwię, wpatrując się w te gołe, groźne, zimne szczyty przez kilkanaście minut. Naturalnie robię dziesiątki zdjęć i uszczęśliwiony, że moja wybranka może nie całkiem, ale w znacznej mierze, pozwoliła mi napatrzeć się na siebie, powoli wracam do mojego obozu. Co rusz odwracam się, by jeszcze raz i jeszcze raz popatzreć na Torres, bo tak ją w myślach nazywałem, ale ona z każdą minutą coraz bardziej zanurzała się w chmurach i po chwili zniknęła w nich na zawsze.

Wieczorem wróciłem do samochodu. Myślę, że i tak dużo szczęścia miałem, że zobaczyłem przynajmniej większą część pięknych szczytów Torres del Paine, a to, że nie było całkiem tak, jak sobie pierwszego dnia wymarzyłem, to nic, no bo przecież z górami jak z kobietami – są piękne, są wyjątkowe, są kapryśne i niezbezpieczne, ale nie jedyne. Po drodze czeka mnie jeszcze mnóstwo łańcuchów górskich z cudownymi szczytami. Może następnym razem będę miał więcej szczęścia.

Wyjeżdżam w kierunku Calafate. Po drodze jeszcze jeden nocleg na terenie parku, gdzieś nad jakąś zatoką. Obudzić się w takim miejscu z takim widokiem przez okno to naprawdę super uczucie, i w takich momentach najbardziej cieszę się z mojego bycia into the world.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł