„Nie porzucaj nadzieje jakoć sie kolwiek dzieje” – pisał pięć wieków temu Jan Kochanowski i robił to tak przekonująco, że słowa zasłyszane, chyba w jednej z ostatnich klas szkoły podstawowej, na trwale zadomowiły się w mojej głowie, dając o sobie znać, ilekroć zaczynam wątpić w przychylność losu. Wczoraj zarezerwowałem sobie tu gdzieś w okolicy hostel, a jak wspomniałem w poprzednim artykule, okazuje się, że nikt z tubylców nie zna ani takiego adresu, ani takiego hostelu, a Google-map wyprowadził mnie w pole. Zatem teraz, będąc nawet nie bardzo wiem gdzie, gdzieś na rozdrożach indonezyjskiego Celebesu (lub jak kto woli Sulawesi), nie porzucam wprawdzie, za radą Kochanowskiego, nadziei na znalezienie jakiegoś schronienie na noc, ale poza tym nie bardzo wiem, co robić. Rozglądam się po okolicy małego, dziwnego miasteczka, do którego dotarłem przed chwilą z odległego o 160 km Pare-Pare i szukając wzrokiem czegokolwiek, co mogłoby by mi podpowiedzieć, w którym kierunku iść, podejmuję jak mi się wydaje jedynie słuszną decyzję, która i tak bardzo szybko okaże się błędna.

Stoję akurat przy rondzie, z którego odchodzą cztery drogi w cztery świata strony i każda nich wydaje się być jednakowo dobra i jednakowo zła. No może poza tą, którą właśnie przyjechałem. Tam już byłem i tam nic nie ma. Patrzę w prawo. Wijąca się w górę wąska, kamienista dróżka, przypominająca niedbale rzuconą na lasy i łąki wstążkę, nie zachęca do marszu w tym kierunku. Zbyt trudna, jak na początek pobytu w nowym miejscu. Wprawdzie stojące przy niej niezwykłe drewniane domy z dziwacznie wykrzywionymi dachami intrygują mnie już od dłuższego czasu, ale przyjrzenie się im z bliska muszę odłożyć na później. Najpierw nocleg. W lewo krajobraz równie malowniczy i równie nierokujący nadziei na znalezienie dachu nad głową. Prowadząca przez ryżowe pola ścieżka znika w okolicach rwącej rzeki i kilku stojących przy niej na grubych palach drewnianych domach. Jeżeli jest to nawet jakaś wioska, to z pewnością zbyt mała bym znalazł w niej schronienie. Nie pozostaje mi, więc nic innego, jak zarzucić tobołek na plecy i iść dalej prosto przed siebie. Przy głównej ulicy, jak mniemam, najszybciej trafi się jakiś hotel lub pensjonat, a i ruch większy i ludzi więcej, to i pytać będzie, kogo. Na wszelki wypadek mam zamiar dalej pytać o adres zarezerwowanego wczoraj hostelu. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby go tu nie było. Wprawdzie zdarzyło mi się już kiedyś, a było to w Tajlandii, że podobnie zarezerwowałem przez Internet bardzo ładny i bardzo tani hostel, którego w rzeczywistości nie było. Nakląłem się wtedy pamiętam jak szewc i nawet nie dlatego, że straciłem kilka dolarów, tylko dlatego, że w nieziemskim upale z ciężkim plecakiem łaziłem kilka godzin, szukając czegoś, czego znaleźć i tak nie mogłem. Różnica polega jednak na tym, że wtedy przy rezerwacji musiałem dokonać przedpłaty więc oszustwo miało sens. A tutaj? Po co niby ktoś miałby zastawiać podobną pułapkę, skoro nic nie płaciłem? Bez sensu. Tak mi się przynajmniej wydaje, a rzeczywistość, rzucając mi niespodziewane koło ratunkowe, szybko pokazuje, że się nie mylę.

Niby już podjąłem decyzje gdzie iść, a tu nagle, z przeciwka nadjeżdża inne rozwiązanie. Na poboczu zatrzymuje się długi samochód z jeszcze dłuższymi, wystającymi z naczepy bambusami, na których, wbrew wszelkim przepisom, siedzą nieprzymocowani do niczego chłopcy i wymachując rękami i głośno krzycząc zachęcają bym podszedł. Podchodzę. Z szoferki w tym czasie wychodzi również kierowca, który bardzo dobrą angielszczyzną pyta czy i jak może pomóc. Kurcze – drugi dzień jestem na Sulawesi i drugi raz ktoś, widząc mnie samego z plecakiem, podchodzi i oferuje pomoc. Czyż to nie fantastyczne? I’m looking for this hostel – mówię i pokazuję w telefonie zdjęcie z adresem. Kierowca podchodzi do chłopaków, żywo coś z nimi konsultuje i zaraz wraca z zadowoloną miną. To tam – mówi wskazując kierunek, z którego kilka minut temu przyjechałem. Tam? Pytam z niedowierzeniem. Tam już byłem, szukałem, pytałem, a miejscowi twierdzili, że nic takiego tam nie ma – mówię, starając się jak najdokładniej wymówić angielskie słowa, by facet dobrze mnie zrozumiał.  Tam, tam, – powtarza śmiejąc się. To przerobione niedawno, na hostel byłe przedszkole przykościelne więc ludzie jeszcze o tym nie wiedzą, a jeden z chłopaków, mieszka tam po sąsiedzku, więc możemy Cię podrzucić. To jakieś 2-3 km stąd. Thank you – zgadzam się chętnie i już się widzę siedzącego z chłopakami na wystających z auta bambusowych tykach, zażywającego prawdziwej indonezyjskiej przygody. Nic z tego. Nie dla psa kiełbasa, nie dla białego turysty siedzenie na pace. Z grzeczności, czy też z troski o moje bezpieczeństwo, jestem zaproszony do szoferki, w której siedzą już dwie osoby. No cóż, jest ciasno i z pewnością nie tak romantycznie jak z tyłu na bambusach, ale co tam – ważne, że jedziemy.

Drewniany parterowy domek niedaleko katolickiego kościoła, będący jeszcze nie tak dawno temu przedszkolem, faktycznie opatrzony jest napisem hostel, a krótka uliczka, przy której stoi, faktycznie odpowiada tej z mojej rezerwacji. Jestem w domu – cieszę się, ale cóż z tego, gdy chcąc otworzyć drzwi uśmiech z mej twarzy znika. Zamknięte. Jedynie przyklejona do nich kartka sugeruje, że może nie na głucho. Jest numer telefony, ja na szczęście mam (przezornie kupioną jeszcze w Pare Pare) SIM-kartę i jak dodaję jedno do drugiego, to już prawie tak jakbym miał klucz. W 10 minut po moim telefonie przyjeżdża na skuterze właścicielka, otwiera drzwi, pokazuje wnętrze, pozwala wybrać jeden z kilku pokoi, pokazuje gdzie łazienka, gdzie kuchnia i prosi bym się rozgościł. Wybieram mały pokoik z widokiem na dziwne, ciągle mnie zastanawiające drewniane podobne do łódek domki i nie mogę się nadziwić, że jeszcze przed chwilą niepewnym wzrokiem lustrowałem okolicę nie będąc pewien czy uda mi się znaleźć kawałek dachu nad głową, a teraz stoję sam w przestrzennym budynku z kilkoma pokojami i dowiaduję się, że to wszystko jest do mojej wyłącznej dyspozycji. Jestem w nowym hostelu nie pierwszym, ale teraz jedynym gościem. Oj przewrotne są koleje losu uczące, nie wiem, który to już raz w trakcie mojej podróży, że nigdy nie należy tracić nadziei, jakkolwiek by się działo.

A to jeszcze nie koniec niespodzianek. Zaledwie się nieco rozgościłem, gdy moja, nowa przesympatyczna gospodyni (mam wrażenie, że wszyscy mieszkańcy Sulawesi są nadzwyczaj sympatyczni, uczynni i pomocni) zaczyna sypać nimi jak z rękawa. Najpierw rozwiewa mi wszystkie wątpliwości związane z dalszą podróżą na północ wyspy. Jeden telefon do koleżanki rozwiązuje problem transportu. Codziennie z pobliskiego Makale odjeżdża autobus do oddalonej o 300 km Tenteny i jak tylko będę wiedział, kiedy chcę jechać, wystarczy zadzwonić, ona zarezerwuje miejsce i kierowca będzie czekał na mnie na głównej drodze tuż koło kościoła. Następnie dzwoni do brata, który przyjeżdża na skuterze równie szybko, jak ona przed kilkoma minutami. Ten z kolei dzwoni do znajomego w Tentenie, który wynajmuje pokoje i okazuje się, że ma sporo wolnych. W ten oto sposób w przeciągu następnej minuty mam nie tylko pewność noclegu w następnym mieście, ale i gwarancje, że zostanę odebrany z autobusu, bym po raz kolejny nie musiał chodzić i szukać adresu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio i czy w ogóle, miałem tak szybko i bezproblemowo zorganizowaną przyszłość, a dziwi mnie to tym bardziej, bo przecież jeszcze wczoraj spodziewałem się, że na Sulawesi nie będzie ani rozwiniętej komunikacji autobusowej, ani żadnej bazy noclegowej. A jest.

Skoro przyszłość sama układa mi się w tak niespodziewany sposób, przeto nie pozostaje mi nic innego jak przestać się nią zajmować i zająć się tym, co tu i teraz. W tym oczywiście też niezmiernie pomocni są moi nowi gospodarze. W kilku słowach opisują najbliższą okolicę. Wiem już gdzie mogę coś kupić, gdzie coś zjeść i najważniejsze gdzie i co zobaczyć. Na wyrwanej z zeszytu kartce oboje, trochę się spierając, rysują mi coś na kształt mapy z zaznaczonymi punktami, z których dwa podkreślone są najważniejsze – to tradycyjna, toradżowska wioska (nie mam pojęcia jak się to odmienia – może ktoś podpowie w komentarzach?) i stary cmentarz Lemo. Obie nazwy mam napisane w tutejszym narzeczu, także nie ma obawy – na pewno znajdę.

Wygląda na to, że jutro będę miał niezłą wycieczkę po jak się wydaje fascynującej pod każdym względem okolicy. O jej walorach widokowych już wspominałem: góry, ryżowe pola, rzeka, wioski itp., a teraz, siedząc przy stole, słuchając opowieści o kulturze, zwyczajach, świętach i rytuałach Toradżów (tutejszej ludności) jestem pod takim wrażeniem, że nogi same wyrywają mi się do marszu i nie mogę doczekać się jutra. Gdy jeszcze na koniec dowiaduję się, że Toradżowie (Toraja – pochodzi od zlepek dwóch członów i znaczy tyle co „Ludzie z gór” , czyli krótko i po naszemu – górale) przywędrowali tutaj dokładnie z tych samych stron, z których i mnie tutaj przywiało, czyli z południowych Chin, tyle tylko, że ponad 2000 lat wcześniej, to podoba mi się jeszcze bardziej, a mieszkańcy wydają mi się jeszcze sympatyczniejsi i bliscy. Muszę przyznać, że coraz bardziej wdzięczny jestem losowi, za zupełnie przypadkowe rzucenie mnie na południowe krańce dziewiczej Sulawesi i za to, co z tego wynika. Mam wrażenie, że spłodzona gdzieś między wieżowcami Hongkongu, a rodząca się w bólach podróży przez południowe Borneo, cieśninę Makassar i teraz przez mało rozwiniętą cywilizacyjnie wyspę, myśl o dotarciu do „szczęśliwych wysp” na północy Sulawesi, teraz nabiera znacznie bardziej kuszących, egzotycznych kształtów i wcale nie jestem pewien, czy owe wyspy będą jej ostatecznym ukoronowaniem.

Nie będzie pewnie ani niespodzianką, ani zaskoczeniem, jeżeli napiszę, że następnego dnia skoro świt, a nawet ciut wcześniej, by móc się nim delektować już w drodze, jestem spakowany i przygotowany do całodniowej wycieczki po bliższej i dalszej okolicy. Zaczynam od przyjrzenia się dziwnym, stojącym po sąsiedzku drewnianym domom, przykuwającym moją uwagę od pierwszych chwil po wjeździe na tereny Toradżów. Nie da się ich nie zauważyć, bowiem kształtem przypominają, stojące na palach łodzie, a takie, stojące przy drodze, przyznacie muszą zwracać uwagę. Wczoraj dowiedziałem się, skąd taki wzór.

Otóż domy mieszkalne zwane Tongkonan (pochodzące od toradżańskiego słowa tongkon – siedzieć ) zbudowane są bez użycia gwoździ na drewnianych słupach i mają dach składający się z kilku warstw bambusa w kształcie przypominającym zwrócony frontem ku północy, statek. Ku północy dlatego, by wskazać kierunek, z którego przybyli przodkowie Toradżów (według legendy pierwsze plemię przypłynęło na Sulawesi z mitycznej wyspy Pongko). To pierwsze wytłumaczenie. Drugie, według innego mitu, mówi, że pierwszy tongkonan został zbudowany na niebie na czterech słupach, z dachem z indiańskiego materiału. Kiedy pierwszy przodek Toradżów zstąpił na ziemię, naśladował ten niebiański pierwowzór i wybudował na ziemi dom o identycznym kształcie zastąpiwszy jedynie indiański materiał bambusem. Niezwykłości budowli dodaje masywny filar z rzeźbą przypominającą łeb bawołu, który z przodu podpiera szczyt dachu budynku. Do przednich belek nośnych przymocowane są bawole rogi, wskazujące na pozycję społeczną właściciela – im więcej rogów, tym wyższa pozycja społeczna.

Tongkonan tworzą centrum życia społecznego Toradżów. Rytuały związane z tongkonan są ważnym wyrazem ich życia duchowego, ponieważ tongkonan reprezentuje więź z przodkami oraz żyjącymi i przyszłymi członkami rodziny. Budowa tongkonanu jest skomplikowaną pracą i jest zazwyczaj podejmowana z pomocą całej rodziny. Na ścianach domów znajdują się rzeźbione ornamenty w kolorach czerwonym, czarnym, białym i żółtym. Aby wyrazić idee społeczne i religijne, Toradżowie wykonują rzeźby w drewnie, które nazywają Pa’ssura (lub „pismo”). Rzeźby w drewnie są więc kulturowymi manifestacjami Toradżów, a każdy motyw rzeźbiarski ma swoją specjalną nazwę. Częstymi motywami są zwierzęta i rośliny, które symbolizują jakąś cnotę. Na przykład, rośliny i zwierzęta wodne, takie jak kraby, kijanki i wodorosty są powszechne i symbolizują płodność. W niektórych rejonach starszyzna szlachecka twierdzi, że symbole te odnoszą się do siły rodziny szlacheckiej. Jednak znaczenie niektórych wyrzeźbionych motywów na domach pozostaje do dzisiaj kontrowersyjne. Z całą pewnością wiadomo jedynie, że obrazy przedstawiające bawoła wodnego, symbolizują bogactwo oraz pragnienie posiadania wielu bawołów dla rodziny. Poza tym charakterystyczne cechy dla rzeźb z drewna Toradżów są regularność i porządek oraz pełna abstrakcji i geometrii natura wykorzystywana, jako podstawa ornamentów.

Trudno oderwać mi wzrok od kolorowych „łódkowych” tongkonan. Jednak uzmysłowiwszy sobie ile jeszcze takich porozrzucanych po okolicy perełek czeka mnie w ciągu dzisiejszego dnia, który nieubłagalnie mija, robię kilka ostatnich zdjęć i ruszam dalej trudną drogą w kierunku gór i leżących pod nimi wiosek. Uciążliwość drogi tym razem nie polega wszakże na tym, że pnie się ona jakoś ostro pod górę lub prowadzi nad urwiskami, przepaściami, zawalona jest głazami lub powalonym drzewami czy coś takiego. Nie! Nic z tych rzeczy. Droga jest w miarę płaska, nieźle utwardzona i pomijając kilka kałuż i kamieni nie napotykam większych przeszkód. Trudność w pokonaniu każdego następnego kilometra stanowi okolica, jej nieprawdopodobna różnorodność, niebywały i urok i wszystko to, co każe mi, co krok się zatrzymywać wyciągać aparat i fotografować. Łatwo się więc domyśleć jak bardzo się męczę. Bawoły taplające się w błotach ryżowych pól, grobowce w kształcie domków letniskowych z krzyżem na dachu (wskazujące kulturową mieszankę chrześcijaństwa i tutejszych wcześniejszych wierzeń), sporo katolickich i ewangelickich kościołów (śladów holenderskiego panowania), ludzie chroniący się przed tropikalnym słońcem pod kolorowymi parasolami, jednakowo ubrana młodzież, malutkie wioski zatopione w ścianę wyrastającej za nimi dżungli, no i oczywiście wyrastające coraz bliżej przede mną góry, to obiekty przyciągające szklane oko mojego obiektywu, więc idzie mi się ciężko i powoli.

A to jeszcze dzisiaj długo nie koniec mojej fascynacji otaczającą mnie rzeczywistością. Kto mnie zna ten wie, że w takich bajkowych okolicznościach przyrody i egzotycznej kultury „uwielbiam” się gubić (tak często mi się to zdarza, że chcąc nie chcąc, już dawno musiałem owo gubienie się, polubić). Tym razem zgubić się zrazu nie jest łatwo. Droga przez pola prowadzi jedna, to i o zmyłkę trudno. Dopiero dochodząc do jakiegoś rozwidlenia, mając do wyboru w prawo albo w lewo, namawiany podszeptami Murphiego, który w takich sytuacjach nigdy mnie nie opuszcza, wybieram oczywiście tę złą i już po kilkuset metrach ląduję w starej opuszczonej wiosce, z której jedyną ścieżką wyjścia jest ta prowadząca do dżungli.

Widziane przed chwilą, nowe, wypieszczone tongkonany, to dla spragnionego egzotyki oka nic w porównaniu z tymi tutaj, dawno porzuconymi, na wpół rozwalonymi, ukrytymi w środku dżungli domami, w których wprawdzie nie mieszkają już ludzie, ale duch minionych lat jeszcze ich nie opuścił. Z wrażenia i emocji aż ciarki przechodzą mi po plecach, gdy zachłysnąwszy się mocno powietrzem dokładnie go wyczuwam.

Nie wracam z powrotem do rozwidlenia. Wybieram ścieżkę w stronę dżungli. Jest ścieżka – znaczy ktoś, kiedyś, dokądś tamtędy chadzał, a skoro tak, to dojdę i ja – myślę i nie zastanawiając się długo niknę w zielonych czeluściach indonezyjskiego lasu. Mam rację. Leśna ścieżka oplatająca skalistą górę prowadzi do następnej równie opuszczonej, równie szargającej moje emocje wioski. Trzeba sobie wyobrazić tę atmosferę. Ja sam, dokoła dżungla i opuszczona wioska z wyraźnym zapachem duchów przeszłości. Prawda, że robi wrażenie? Stąd znowu maszeruję kawałek przez las do następnej, już znacznie większej i w dużej części zamieszkałej osady, dalej do kolejnej, jeszcze większej, też zasiedlonej (chociaż mieszkańców o tej porze nie widać, bo w porze, gdy słońce sięga górnych warstw nieba, w tej części świata siedzi się w domu), wioski i do następnej, i następnej, aż mam ich zaliczonych kilka i mogę już coś o nich powiedzieć.  

Wszystkie toradżańskie wioski budowane są na jeden styl, który wywodzi się z czasów, gdy wiele indonezyjskich grup etnicznych było jeszcze łowcami głów, a najazdy na sąsiednie wioski były na porządku dziennym. Dlatego wioski strategicznie rozmieszczone były na szczytach wzgórz i z reguły były silnie ufortyfikowane. Być może właśnie wtedy i dlatego zaczęto mieszkańców takich położonych na wzniesieniach wiosek nazywać Toroja Riaja (ludzie z gór)? Z tego, co widzę to wszystkie wioski Toradżów są bardzo do siebie podobne. Składają się tak samo z dwóch równoległych rzędów domów, z mieszkaniami skierowanymi na północ (wspomniałem już dlaczego). Naprzeciwko domów mieszkalnych znajdują się również w rząd ustawione magazyny ryżu, zbudowane także na drewnianych palach, (podobno mogą one pomieścić do 20.000 kg snopków ryżu). W każdej wiosce przestrzeń między domami i magazynami służy jako przestrzeń publiczna, na której toczy się normalne wiejskie życie, którego niestety teraz, z racji ogromnego upału nie jestem w stanie obserwować.

Jest jednak coś, co niektóre wioski od siebie odróżnia. Zaledwie w dwóch z nich widzę coś nowego. Na dużym placu bezpośrednio za mieszkalnymi domami, ustawiono ogromne bambusowe klatki, połączone wspólnym zadaszonym przejściem i całość udekorowano czerwono czarnymi wzorami. Nie mam pojęcia, do czego mają służyć i czy w ogóle czemuś służą. Pewnie tak, skoro je postawiono – myślę, ale póki, co zostaje to dla mnie tajemnicą. Mogę jedynie przypuszczać, że mają one związek z jakimiś regionalnymi rytuałami i nawet do głowy mi nie przychodzi, że niebawem wezmę w nich udział.

Nie wiem czy któraś z mijanych wiosek była tą, którą polecali mi znaleźć moi gospodarze. Nawet nie jest to już teraz też dla mnie ważne. Znalazłem ich w dżungli i poza nią więcej niż dobry grzybiarz prawdziwków po jesiennym deszczu, a że wszystkie do siebie podobne, wszystkie jednakowo malownicze i antropologicznie ciekawe, toteż czując się bardzo kontent, opuszczam poszukiwanie zaznaczonego na mojej mapie punktu z napisem „wioska” i przechodzę do drugiego, przy którym widnieje podkreślony napis kuburan, a obok mniejsze Londa.

Kuburan, to po indonezyjsku cmentarz, a Londa to jego nazwa i chyba wymawiam te słowa dosyć poprawnie, bo pierwsza zapytana osoba (im dalej w góry, im dalej od głównej drogi, tym trudniej porozumieć się po angielsku) natychmiast mnie rozumie i zawile tłumaczy drogę – ma się rozumieć też po indonezyjsku. Teraz to ja mam problem. Ani jedno słowo nie jest podobne do ani jednego, które już, chociaż raz w życiu słyszałem. Nawet nie wiem jakbym się wysilał, nawet nie wiem jak powoli i wyraźnie (chociaż tego nie robi) mówiłby mój rozmówca i tak nie jestem w stanie niczego zrozumieć. Nie jest to wprawdzie dla mnie pierwszyzna, bo praktycznie od 7 lat, co chwila spotykam się z takimi sytuacjami, nie znaczy to jednak, że kiedykolwiek jest łatwo. Zawsze jest bardzo trudno. Zgodnie z doświadczeniem, nie staram się nawet słuchać, lecz całą uwagę koncentruję na energicznych ruchach rąk, potrząsania głowy i kierunku oczu. Już wiem. Muszę iść tam, potem tam, a później tam. Nie wierzycie? A jednak. Wszystko dokładnie zapamiętuję – idę tam, potem tam i tam i faktycznie dosyć szybko znajduję ogromną bramę z napisem Londa.

Biały byk, przywiązany przed bramą na sznurku za nozdrza, dowodzi, że jest to dosyć ważne dla Toradżan miejsce. Według tutejszych wierzeń, byk gwarantuje zmarłej osobie przedostanie się z tutejszego świata do tego drugiego, a im cenniejszy, większy i urodziwszy tym podróż może być łatwiejsza i bezpieczniejsza. Najbardziej wartościowe, więc i najbardziej poszukiwane do zaprzęgu do „ostatniej podróży” są byki białe. Nic więc dziwnego, że akurat taki stoi u bramy najstarszego na terenach Toradżów cmentarza.

Cena takiego byka przekracza często kilkadziesiąt tysięcy złotych, co w tutejszych warunkach oznacza, że oszczędza się nań przez całe życie, a nie rzadko i dłużej, o czym jeszcze napiszę w osobnym artykule.

Turystów spoza Indonezji i tutaj nie widzę, ale duże grupy ludzi przyjeżdżających z dalszych części wyspy, świadczą o dużej popularności tego miejsca. Wcale się nie dziwię. Już po wejściu na pierwszy pagórek, z którego widać ogromną skałę z wejściem do groty, która od wieków stanowiła i dalej stanowi miejsce ostatniego spoczynku Toradżan, jestem przekonany, że oto znalazłem się w jednym z najciekawszych miejsc nie tylko Sulawesi, ale i świata.

Dla Toradżan często grobem jest po prostu grota, w której składa się ciało zmarłego, ale czasami stosuje się też tzw. groby wiszące, wieszając trumny bezpośrednio na skalnych ścianach. Ciekawe jest, że nigdy nie stosowano tutaj nagrobków na wzór zachodni z danymi pochowanego, a jedynie czasami rzeźbiono figurki, zwane tau tau, które nie odwzorowywały dokładnie fizjonomii, a jedynie wskazywały na płeć zmarłego (kształtem przypominały nieco lalki voodoo z Nowego Orlenu). Ich drewniane rączki były wyciągnięte w przestrzeń, a wielkie namalowane oczy nie miały żadnego wyrazu. Wyglądały jak drewniane lalki, które na coś czekają i w takiej pozycji ustawiane były w niszach wykutych w skałach.

Mówi się, że rzeźby tau tau drażniły misjonarzy, którzy widzieli w nich pozostałość pogańskiego kultu zmarłych. Toradżanie zaczęli więc swoje figurki modyfikować. Dziś rzeźbiarz musi pokazać już nie tylko płeć zmarłego, ale także rysy twarzy i inne szczegóły fizjonomii. Nie jest to już, więc tradycyjny tau tau będący pogańską figurką, tylko zwyczajny portret pośmiertny, popularny przecież także wśród chrześcijan. Na to misjonarze nie znaleźli argumentu i zwyczaj przetrwał.

Taką właśnie ewolucję tau tau mogę oglądać na wiszącym nade mną balkonie. Obok siebie stoją tam starego typu drewniane figurki oraz te nowe, zindywidualizowane. Muszę przyznać, że wpatrzone we mnie puste oczy drewnianych ludzi i oczodoły porozrzucanych dookoła czaszek, po raz drugi dzisiaj, powodują, że w nozdrzach czuję ostry zapach przeszłości, której duch ponownie wywołuje na moim ciele gęsią skórkę, zmieniającą się w gęsią skórę, dokładnie w momencie, gdy przekraczam ciemne wnętrze jaskini. Wiem, wiem – powiecie – po coś tam właził? Po co ci te emocje? No właśnie – sam nie wiem po co. Chodzenie po ciemnej jaskini jedynie w świetle niewielkiej latarki (zawsze taką mam przy sobie) pośród trumien, drewnianych lalek, starych zbutwiałych krzyży, rozrzuconych na ziemi piszczeli i powsadzanych w skalne zakamarki czaszek, na pewno nie jest niczym przyjemnym. Jednak tak ekscytującym, nasączonym jakąś pozaziemską zmysłowością, przeżyciem, że mimo ogólnego rozdygotania, nie mogę sobie odmówić. Wchodzę i chodzę.

Po całym dniu spędzonym sam na sam z toradżańską kulturą, czuję się nie tylko, jak Bronisław Malinowski po pierwszym spotkaniu nieznanej Europejczykom cywilizacji, nie tylko jak etnograf, podróżnik i odkrywca w jednej osobie, ale przede wszystkim jak ktoś, kto od rana przemierzając przez pola i dżunglę kilkanaście kilometrów, oprócz lekkiego prowiantu, nie miał nic w ustach. Żołądek i nogi zdecydowanie mówią, dość. Czas wracać.

Tuż po zachodzie słońca, czyli już o zmroku, który w strefie równikowej zapada tak nagle, jak zdmuchnięta na stole świeczka, zmęczony, głodny, ale nad wyraz szczęśliwy, otwieram drzwi mojego nowego domu, za którymi czeka na mnie następna niespodzianka.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł