Przerwa „na papierosa” w Madrycie.
O godzinie 11tej z minutami samolot wylądował w Madrycie. Bagażu nie miałem – był w Düsseldorfie nadany bezpośrednio do Buenos Aires -, więc szybciutko opuściłem lotnisko i metrem pojechałem do centrum. Po siedmiu godzinach wędrówki (strasznie mnie nogi bolały od tego chodzenia po świecie) po ulicach i uliczkach Madrytu muszę szczerze przyznać, że Madryt jest piękny. Ma coś w sobie z wielkomiejskości (tłumy ludzi, szerokie drogi, korki samochodów itp.), a z drugiej strony na każdym rogu można się schować w wąskiej uliczce z tradycyjnymi tawernami, gdzie nie słychać wielkomiejskiego gwaru i ma się wrażenie, że siedzi się gdzieś daleko na zapomnianej prowincji.

O 19:00 zameldowalem się posłusznie na lotnisku. Około dwudziestej dało się odczuć poruszenie wsród ludzi czekających na samolot. Potem parę komunikatów, których nie rozumiałem, bo były powtarzane po hiszpańsku i angielsku – a te języki są językami dla mnie (przynajmniej narazie) obcymi. Pilnie przyglądałem się coraz bardziej nerwowemu tłumowi i chyba jedyny byłem spokojny. Nie dlatego, że nie rozumiałem, o co chodzi (w międzyczasie było jasne, że samolot nie odleci), tylko dlatego, że ja mam czas i jest mi obojętne, co i kiedy i gdzie leci. To są zalety bycia into the world.

Po około dwóch godzinach podstawiono autokary. Przewieziono nas do super hotelu, każdy dostał osobny pokój.
Tak więc po kilkunastu godzinach podróży byłem w niebowzięty, że mogłem się wykąpać, napić i położyć spać. Następnego dnia po śniadaniu autokarami wróciliśmy na lotnisko i o godzinie 15:30 oderwałem się od europejskiej ziemi, wznosząc się ku górze w kierunku Ameryki Południowej.

 

Poprzedni Artykuł