Jeszcze nie ochłoneliśmy z wrażeń po próbie wejścia na sześciotysięczny wulkan Cotopaxi, jeszcze nie opadł z nas jego śnieg, a już mkniemy dalej drogą między następnymi strzelistymi wulkanami, drogą na południe, drogą w kierunku miejscowości Bańos, zwaną też Bańos de Santas Aguas – Łaźnie świętej wody. Z mapy wynika, że następnych parę dni spędzimy nad rzeką Pastaza, u podnóża wulkanu Tungurahua o wysokości 5016 m. Podróż, łącznie z przesiadką w Latacundze, trwa niecałe cztery godziny toteż już w południe wysiadamy na dworcu, a zarazem w centrum handlowym Bańos. Pogoda jak to w górach w porze deszczowej niezbyt nas rozpieszcza. Trochę zmarznięci i przemoczeni przemierzamy wąskie uliczki, na pierwszy rzut oka nienajładniejszego miasta, w poszukiwaniu hostelu. Hosteli, hoteli, pensjonatów i naganiaczy jak w każdej turystycznej miejscowości pełno. Co nie znaczy, że znalezienie czegoś przytulnego za rozsądną cenę jest łatwe. Dopiero któryś, chyba piąty albo szósty hostel, odpowiada w miarę naszym oczekiwaniom. To ważne, bo planujemy tu dłuższy, być może nawet pięciodniowy, pobyt. Dlaczego tak długo? Ano dlatego, że w Bańos można robić wszystko. Można się wspinać na wulkan lub urządzić pieszą wędrówkę po otaczających miasto górach. Można wybrać się na rafting, lub canyoning, przejechać rowerem trasę wodospadów, a przy okazji podnieść sobie canopingiem adrenalinę. Można zwiedzać bajkowe okolice konno, wyskoczyć na dzień lub dwa do pobliskiej dżungli czy zażyć zdrowotnej gorącej kąpieli, w jednym z kilku napełnianych źródlaną wodą basenów. Wieczorami posiedzieć lub potańczyć w jednym z dziesiątek lokali, pubów czy dyskotek. Tego wszystkiego pewnie nie damy rady, ale znacznej części tych atrakcji chcemy skosztować. Jako, że deszcz przestał padać, zaczynamy od już. Zrzucamy plecaki, wdziewamy coś suchego i wybieramy się zdobyć górujący nad miastem szczyt z wyraźnie widocznym sanktuarium Matki Boskiej. Jak zwykle pod górę mamy ciężko, dysząco i sapiąco, ale również jak zwykle trud zostaje wynagrodzony widokiem panaromy miasta na tle zachodzącego za wysokie, strome szczyty słońca. Dla takich widoków warto oddać parę litrów potu.

Po powrocie do hostelu czeka na nas miła niespodzianka. Poznajemy Bożenę z Warszawy. Bożena też już od paru miesięcy, samotnie włóczy się bo bezkresach Ameryki Południowej. Właśnie dotarła do Ekwadoru i do Bańos z Kolumbii, a teraz zamierza przez Peru i amazońską dżunglę przedostać się do Brazylii. Jak łatwo sobie wyobrazić mamy sobie dużo do opowiadania i wieczoru nie starcza.

Następnego dnia proponujemy Bożenie wspólny wypad rowerowy, ale padający deszcz ją odstrasza. Nas nie. W pelerynach, wypożyczamy rowery i zgodnie z mapą ruszamy w kierunku drogi wodospadów, w orginale – La ruta de las cascadas. Trasa biegnie z położonego na wysokości prawie 2000 metrów Bańos, wzdłuż rzeki Rio Pastaza, a potem Rio Verde (Zielonej) i Rio Negra (Czarnej) do odległego o 62 km, położonego na wysokości 900 m.n.p.m Puyo. Jak widać i czuć mamy cały czas z górki, a o powrocie na razie nie myślimy. Zaraz za granicami miasta napotykamy na pierwszy wodospad, potem mijamy olbrzymią wodną elektrownię, by za następnym zakrętem wpaść znowu na wodospad i dalej znowu i znowu. Mijamy ich kilkanaście, a każdy ładniejszy od poprzedniego. Jednak nieustający deszcz tak bardzo zaczyna nam doskwierać, że nie dojechawszy do podobno najznakomitszego wodospadu diabła, El Diablo (18 km od Bańos), decydujemy się na powrót. Jak łatwo się domyśleć musimy teraz walczyć nie tylko z deszczem, ale i z makabrycznie ciężkimi podjazdami. Na tyle ciężkimi, że zaraz po oddaniu rowerów, mokrzy, zmarznięci, nieludzko zmęczeni padamy na dziub jak kawki. A rankiem haha. Rankiem ani śladu deszczu, słońce przyjemnie ogrzewa zmarznięte ciała – to może jeszcze raz na rower – proponuję. O nie! Asia tak stanowczo odmawia, że nie mam serca ani odwagi namawiać. Znajdujemy inne rozwiązanie. Wybieramy się do wodospadu El Diablo turystycznym autobusem, który jadąc trasą wodospadów, nie tylko zatrzymuje się prawie przy każdym z nich, który nie tylko zawozi nas do miejsca, gdzie łączą się rzeki Zielona i Czarna i gdzie z wysokości kilkudziesięciu metrów niby przez gardło diabła z pianą i hukiem spadają hektolitry wody, tworząc wodospad o takiej właśnie nazwie (mam wrażenie, że jeżeli diabeł istnieje to właśnie tak musi wyglądać jego przełyk), ale mamy jeszcze przewodnika, który coś o tym i o owym nam opowiada. Nad jednym z wąwozów decydujemy się na przeprawę w koszu umocowanym do stalowej liny, by z bliska przyjrzeć się jednemu z wodospadów. Mamy też , a przynajmniej Asia ma, wielką ochotę na canopyng, który za 20 dolarów proponowany jest praktycznie przy każdym wodospadzie. Nie wiem czy to cena, czy strach, czy obie te rzeczy na raz, w każdym bądź razie nie decydujemy się. Obiecujemy sobie jednak, że kiedyś przy innej okazji spróbujemy. Zobaczymy. Po całym dniu przyglądania się wodospadom, o dziwo susi, nie zmęczeni i bardzo ucieszeni, doceniając wyższość czterech kółek nad dwoma wracamy do domu. Nie musimy odpoczywać, toteż wieczór spędzamy poznając miasto o zmroku. Jest spacer po miejskich skwerach, znajdujemy czas na bazar z kiczowatymi jak zwykle bublo-pamiątkami, uzupełniamy kalorie w super miejskiej jadłodajni – typowo po ekwadorsku, smacznie i na dodatek tanio, no i wałęsamy się po pubach. Ponieważ jutro Asia wyjeżdża na cały dzień do dżungli, a ja zostaję zwiedzać miasto, wykosztowujemy się nawet na drinka by utopić w nim żal rozstania.

Asia z samego rana wyruszyła w swoja podróż do dżungli – pewnie ciut podobnej do tej jaką przeżyłem w Iquitos w Peru – a ja rozglądam sie po centrum miasta. Zabudowa niezbyt mnie zachwyca, raczej stare poniszczone budynki o nieciekawej archtekturze. Natomiast typowy kolonialny rynek z katedrą i ratuszem prezentuje się całkiem przyzwoicie. W katedrze dowiaduję się o cudach za wstawiennictwem Matki Boskiej, której przypisywane są święte wody Bańos. Ludzie mieszkający w często niszczonym przez lawy wulkanu, pożary i trzęsienia ziemi mieście, wychodząc cało z takich kataklizmów zawsze wierzyli i wierzą w cudowną, ochraniającą moc Matki Boskiej i stąd jej kult, widoczny na każdym kroku. Największą moc przypisuje się świętej wodzie Matki Boskiej, spływającej do miasta z wysokiego na 50 m wodospadu o nazwie „Welon panny młodej”. Ta cudowna woda ma tak ogromne ochronne właściwości, że prawie każdy mieszkaniec Bańos nosi ją, jako talizman w małej butelce przy sobie. Idę więc przyjrzeć sie owemu wspaniałemu wodospadowi z bliska. Dostrzegam go już za trzecią przecznicą za rynku. Faktycznie wspaniały. Nie gigantyczny, nie huczący, a delikatny, subtelny, romantyczny pasujący do swojej nazwy „Welon panny młodej”. Bezpośrednio pod wodospadem znajdują się lecznicze, gorące, źródlane kąpieliska z mnóstwem amatorów tego rodzaju wypoczynku. Jako, że pewnie przyjdziemy tu razem z Asią, nie korzystam teraz z kąpieli. Przecinam miasto na ukos, by dotrzeć do chyba najwspanialszego miejsca. Tutaj z mostu zawieszonego nad głębokim urwiskiem, widać dlaczego niezbyt ładne miasto przyciąga do siebie takie rzesze turystów. Dzieki swojemu położeniu, o którym wspomniałem wyżej, a które tu widać jak na dłoni. Urwiste skały, wysokie góry, wijąca się rzeka, ośnieżony czub wulkanu, czegóż chcieć więcej. No chyba tylko skoku z mostu na bangi. Ja dziękuję. Mnie do dobrego samopoczucia starczą te przepiękne widoki.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł