Z Nowosybirska do Barnaul jadę autobusem. Widoki zza szyby różnią się od tych widzianych z pociągu. Trudno ocenić, które lepsze. Z autobusu widzę więcej wiosek, miasteczek i codziennego życia. Z pociągu widać więcej lasów gór i rzek. To ciekawe i to fajne dlatego w miarę możliwości zmieniam środek lokomocji i w ten sposób urozmaicam sobie podróż. Kilkaset kilometrów na południe w kierunku Republiki Ałtaj do tego stopnia rozbudza moje oczekiwania, że wysiadłszy na dworcu w Barnaul jestem mocno rozczarowany. Wprawdzie to jeszcze nie Ałtaj, ale myślałem że im dalej od wielkiego miasta, bliżej ośnieżonych gór tym będzie ładniej, tymczasem dworzec, na którym stoję i otoczenie nie powalają. Naturalnie, że blaszane garaże wzdłuż drogi, kolorowe pranie na balkonach, ulice na których trzeba uważać by nie wpaść w dziurę lub pod tramwaj, bliższe są memu sercu (może dlatego że trochę przypominają dzieciństwo i podobne klimaty z okolic Szopienic, Bytomia czy Tarnowskich Gór) niż wypieszczone trawniki, betonowo-szklane wieżowce i przeraźliwy ruch wielkiego miasta, ale to mimo wszystko nie to, czego się spodziewałem. Hostel, o dumnej nazwie Globus, którego długo szukam na ogromnym targowisku, krążąc między pietruszkami, selerami, kapiącym krwią mięsem, jajami, pieczywem i ciastami też nie zachwyca. No nic – nie zabawię tu długo. Jedna noc i ruszę dalej szukać moich upragnionych krajobrazów. Jednak dzień, który i tak muszę tu przesiedzieć w oczekiwaniu na dalsze połączenie, pozwala trochę zmienić zdanie i zaciera niezbyt pozytywne pierwsze wrażenie. Snuję się trochę po najbliższych okolicach, przy okazji znajdując wcale niebrzydki park kultury i wypoczynku (nazwa ponownie budzi wspomnienia z dzieciństwa -w latach 70-tych prawie wszystkie parki w Polsce nazywano parkami kultury i wypoczynku). Odwiedzam parę sklepów, zaglądam na kilka podwórek i wieczorem stwierdzam, że w sumie spędziłem bardzo mile dzień, chociaż w nie najciekawszym miejscu. Zresztą to zdanie też niedługo zmienię. Tu muszę na chwilę wyskoczyć w przyszłość. Otóż wracając za kilka dni z Górnego Ałtajska, do którego wybieram się jutro, przez szybę autobusu zobaczę zupełnie inne, nieznane mi dzisiaj miejsca Barnaul i dopiero wtedy poznam je dużo lepiej i nawet mi się spodoba. Stare odnowione spacerowe dzielnice, z piękną XVIII wieczną cerkwią, nadbrzeżne promenady wzdłuż szerokiej w tym miejscu rzeki Ob, zielone wypielęgnowane parki i spore, ale nieprzytłaczające centra handlowe, sprawiają, że faktycznie można tu spędzić mile czas.

Ja jednak nie przyjechałem ani teraz, ani za parę dni, ani nawet, gdy będę tu po raz trzeci, spędzać w tym miejscu mile czas, tylko z zupełnie innych powodów. Tak się składa, że Barnaul leży dokładnie na skrzyżowaniu dróg do Kazachstanu i Mongolii, a że ja chcę i tu i tu, więc muszę zawsze się tu zatrzymać. A że stąd też najbliższa i najłatwiejsza droga do Republiki Ałtajskiej dlatego też teraz tu jestem. Przy okazji mam nadzieję dowiedzieć się już teraz, jak przyjdzie mi stąd podróżować do zupełnie na razie dla mnie niepojętych państw, jakimi są Kazachstan i jeszcze bardziej egzotyczna Mongolia. W Mongolii podobno poza okolicami Ułan Bator nie ma dróg, a podróżowanie po tym kraju i dostanie się do niego jest niezmiernie trudne. Przynajmniej takie mam informacje na dzisiaj, a sam mam niezmierną ochotę sprawdzić, jak jest naprawdę. Do Kazachstanu spoko. Już wiem. Z dworca (który już poznałem) co drugi dzień wyjeżdża autobus do Astany (26 godzin) albo codziennie do Pawłodarska, to już na terenie Kazachstanu krótko za granicą (14 godzin). Czyli ten problem mam odhaczony. Kupuję już bilet na nocny autobus do Pawłodarska. Tam powinienem dojechać na 6 rano i dalej zobaczę. Może stopem, może busem – nie wiem, ale na pewno coś będzie. Tak czy siak do Astany powinienem dotrzeć, co najmniej dzień przed przylotem Asi. Acha, bo nie pisałem. W Kazachstanie czeka mnie bardzo miła niespodzianka. Po raz kolejny z kilkutygodniową wizytą wpada Asia, dlatego tak się spieszę by szybko zobaczyć trochę ałtajskich gór i zdążyć na czas do stolicy Kazachstanu. Bilet już mam w kieszeni, więc będzie dobrze. Gorzej z Mongolią. Tam nie jedzie nic. Ponad 600 km do granicy przyjdzie przejechać mi chyba autostopem, co nie powinno być bardzo trudne, bo droga jest tylko jedna. Nie wiem tylko jak mocno uczęszczana. No trudo – myślę, skoro nie ma innych możliwości to pojadę „stopem” choć nie bardzo lubię tą formę podróżowania. Jazda z kimś w samochodzie zmusza zawsze do jakiejś rozmowy, a ile mogę w kółko gadać to samo: skąd jestem, co robię, jak długo, gdzie byłem, a co mi się najbardziej podobało, a co najmniej, no i oczywiście skąd mam na to pieniądze. Nie chce mi się już tego mielić. Wolę publiczną komunikację. Tutaj mogę spokojnie przyglądać się jak żyją mieszkańcy krajów, w których jestem, a to w podróży autobusami czy pociągami dosyć dobrze widać. Patrzę, co i jak wożą, jak się ubierają, jak zachowują, wprawdzie nie zawsze rozumiem o czym gadają, ale z mimiki, tonu i gestykulacji dużo się można domyśleć. W transporcie publicznym czuję się tak trochę jak jeden z nich, jak swój, a w autostopie zawsze jest tak obco. No nic, ale czasem trzeba albo tak, albo siak i za miesiąc do Mongolii pewnie będzie siak, bo nic innego nie znajduję. Ostatnia nadzieja, że z Gornego Ałtajska (stolicy Ałtaji), dokąd jadę jutro, coś się znajdzie. Chociaż zbytnio na to nie liczę, bo już tutaj by mi coś powiedzieli – chyba.

OK – połowę spraw do załatwienia na przyszłość załatwiłem. Bilet do Kazachstanu na za tydzień mam kupiony, to teraz mogę spokojnie zająć się tym, co teraz, czyli Ałtają. Tutaj w Barnaul, jak już wspomniałem, jeszcze zbytnio jej nie widać. Trochę więcej będzie jej, mam nadzieję 200 km dalej na południe w Gornym Ałtajsku. Bilet na jutro rano też już kupiłem. Tym razem pojadę marszrutką. Marszrutka, czyli minibus to jeszcze inna możliwość podróżowania, w której z miejscowymi jest się jeszcze bliżej, już jak mówią Niemcy –„Hautnah”, czyli dosłownie na odległość skóry. Tutaj to jeszcze jako tako idzie, bo do busika przeważnie nie wchodzi więcej ludzi niż jest miejsc siedzących, ale w takiej Indonezji, czy na Filipinach(?). Tam to skórę każdego współpasażera czuć nie tylko przez dotyk, ale i przez nos. To się nazywa być w samym środku kraju, który się zwiedza;-). Z biletami w kieszeni, głową pełną planów i pełną siatką owoców i warzyw (po pobycie w Korei i Japonii ciągle nie mogę się ich najeść, tam albo ich nie było albo były przeokropnie drogie – myślę o jabłkach, gruszkach i śliwkach) wracam do hostelu. Zrobiło się późne popołudnie, a jutro skoro świt trzeba ruszać dalej. Zanim jednak opuszczę hostel na targu (tak go w myślach nazywam) czeka mnie jeszcze bardzo miła niespodzianka. Przed wejściem widzę zaparkowany motocykl na niemieckich rejestracjach. Wkrótce poznaję jego właściciela i ku mojemu zaskoczeniu okazuje się, że go znam. Poznałem go parę lat wcześniej tylko, że on o tym nie wie, bo nasze poznanie było bardzo jednostronne – jak zresztą pewnie u większości ludzi, znających Stefana Stiefelhagena, bo o nim mowa. Stefan Stiefelhagen nie tylko od kilku lat objeżdża świat swoją wysłużoną maszyną, którą zwie „meine alte Dame” (co znaczy „moja starsza pani, dama”), ale opisuje też swoje przygody w książkach i w ten właśnie sposób kilka lat temu, w księgarni w Aachen, kartkując stronice książki „Unterwegs mit der alten Dame In der Afrika” mieliśmy przyjemność się poznać. Poznać oczywiście tylko w taki sposób, w jaki czytelnik poznaje autora, czyli poprzez zapisane strony książki. Teraz moje poznanie pogłębia się o to bezpośrednie face to face i bardzo mnie to cieszy, bo Stefan to przesympatyczny, wesoły człowiek i rozmów o świecie i nie tylko końca nie ma. A i przy motorze coś tam razem dłubiemy więc jest bardzo sympatycznie. Nazajutrz nasze drogi, jak to zwykle bywa, się rozjeżdżają. Stefan jedzie na wschód skąd ja przyszedłem, czyli w kierunku Bajkału, ja natomiast na razie na południe w góry, by za tydzień wrócić i zmienić kierunek na zachodni.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł