Naszą miesięczną podroż po Wietnamie chcemy zakończyć w Honoi. W takim razie z Ho Chi Minh powinniśmy ruszyć na północ. My tymczasem,  jak to już nie raz mi się zdarzało, zamiast w planowanym kierunku, czyli do góry, jedziemy odwrotnie, czyli na dół. Dlaczego? Jakaż to siła przeciwstawia się ustalonemu porządkowi i obraca nam kompas o 180 stopni? To delta Mekongu, zalewająca południowe krańce Wietnamu i leżące pośrodku niej, jakieś 200 km na południowy – zachód od Ho Chi Minh, miasto Can Tho, zwane też Tay Do, co w tłumaczeniu oznacza „stolica zachodu”.

Zgodnie z wczorajszym postanowieniem, po zwiedzeniu tuneli Cu Chi wsiadamy w autobus, w którym spędzamy w znośnych warunkach prawie 4 godziny. Jest godzina 20-ta. Uda się nam jeszcze dzisiaj zarezerwować na jutro wycieczkę po najdłuższej rzece Indochin? Pamiętając nieudane wieczorne poszukiwania wycieczki do Cu Chi, nie jesteśmy tego pewni. Może w Wietnamie takie turystyczne atrakcje są reglamentowane jak w PRL-u kiełbasa? W takim ustroju wszystko jest możliwe – myślę, a dziewczyny nie znając tamtych czasów są dużo bardziej optymistyczne. Chodzą od hotelu do hotelu, pytają i mimo, że mało kto je rozumie chodzą dalej, aż bingo. Trafiają, rezerwują, płacą million tych ichnich i jutro o 5:30 mamy się tu zgłosić tzn. tu pod hotelem. O joj joj – to trzeba szybko wracać, bo na sen nie zostaje nam wiele czasu. Z tego niewiele jeszcze trochę tracimy po powrocie do hotelu. Ku naszemu zdziwieniu od 3 godzin czeka na nas pani prowadząca biuro podróży i organizująca wycieczki po Mekongu. Przed wyjściem do miasta i tutaj w recepcji zasięgaliśmy języka co do jutrzejszej wyprawy, jednak jak się nam zdawało bezskutecznie. Po minach i gestykulacjach zrozumieliśmy tylko tyle, że nas nie rozumieją, przeto nie przeciągając migowej dyskusji poszliśmy szukać na własną rękę z wiadomym już wynikiem. Trudno więc określić nasze zdziwienie, gdy po powrocie dowiadujemy się, ze jednak zostaliśmy zrozumiani i wkrótce po naszym wyjściu przyjechał przedstawiciel współpracującego z hotelem biura i czeka. Jej zdziwienie jest równe naszemu, gdy tłumaczymy, ze już mamy wszystko zarezerwowane i załatwione. Trudno. Podwójny pech. Dla nich, bo się naczekali i nic nie sprzedali dla nas, bo się nałaziliśmy i brakuje nam czasu na sen. Zdarza się i trzeba z tym żyć. Trudniej natomiast pogodzić się z tym co za chwile słyszymy w recepcji, chcąc przedłużyć pobyt w hotelu o jedną dobę. Cena za pokój wzrasta o 100%. Kara to czy zemsta? Było ustalone 200.000 za dzień, teraz chcą 800.000 za dwa dni. A my nie mamy już ani czasu, ani ochoty szukać czegoś innego. Fakt, że 3 osobowy pokój z klimą za 200 to bardzo tanio. Ciężko dyskutujemy w nieznanych sobie języku, aż w końcu zostajemy przy cenie 600.000 za dwie noce, co nas satysfakcjonuje i w końcu możemy iść spać. Zostają nam do pobudki 4 godziny.

Czy dziewczynom nie przeszedł jeszcze let lag? Czy może podniecenie przed czekającą nas niezwykłą, jak nam się wydaje, przygodą jest tak wielkie? A może po prostu szkoda im na wakacjach tracić czas na spanie? Nie wiem – w każdym razie wszyscy jak na komendę budzimy się krotko po czwartej i w kilka minut jesteśmy gotowi do wyjścia. Po drodze śniadanie w jednej z pracujących już na pełnych obrotach kuchni na dwóch kółkach. Gorąca kawa i po dwie kanapki do ręki to na razie wszystko, co budzący się Wietnam nam oferuje, a my nie oczekujemy niczego więcej. Punktualnie o 5:30 jesteśmy pod hotelem, a tu o zgrozo – wszystko zamknięte i nawet kwitu na wpłacony milion nie bardzo jest komu pokazać. Miny nam trochę rzedną, ale niecierpliwie się rozglądając, cierpliwie czekamy. Co jakiś czas ktoś proponuje nam prywatną przejażdżkę po rzece, a propozycje są rożne: od takich całodniowych po takie kilkugodzinne, w zależności od posiadanego czasu i grubości portfela. Teraz widać, że niepotrzebnie wczoraj tak biegaliśmy. Rano załatwilibyśmy wszystko od ręki. No ale tego nigdy nie wiadomo. To zawsze jest loteria i wszystko zależy od humoru Marphegio, który dzisiaj coś mi się wydaje znowu sobie z nami pogrywa. Poza zwykłymi naganiaczami i jedną niską, starszą panią w niebieskim kombinezonie, która natrętna jest ponad miarę, nikt się nami nie interesuje, a wejście do hotelu samo otworzyć się nie chce. Idziemy rozejrzeć się nad rzekę. Wracamy po chwili ze skwaszonymi minami i gdy już tracimy nadzieje na wspaniałą przygodę podjeżdża recepcjonista z hotelu i zanim udaje się nam wyrzucić z siebie nazbierane przez pół godziny żale, on wyrzuca swoje pierwszy. Dlaczego nie jesteśmy jeszcze na łódce? – pyta, skoro nasza pani przewodnik cały czas na nas czeka i nie rozumie dlaczego z ina nie idziemy. Okazuje się, że niska pani w niebieskim ubraniu to żaden naganiacz, tylko nasz kapitan, sternik i przewodnik w jednej osobie. Szkoda tylko, że nie rozmawia po angielsku, bo uniknęlibyśmy tego całego zamieszania, ale swoją uprzejmością i serdecznym uśmiechem tak nas ujmuje, że dziewczyny od razu nazywają ja naszą wietnamską mamą, a ja ponad miarę uradowany, że tym razem Murphy nie okazuje się złośliwy, w moment zapominam o całym zajściu. Rozmawiać na łodzi i tak wiele nie musimy, bo i o czym? Myślę, że wystarczy mieć szeroko otwarte oczy i w ciszy przyglądać się wszystkiemu dookolna. A jest czemu. Nasza wietnamska mama od razu obiera kurs na poranny targ na rzece. Właśnie dlatego zarządzono taki wczesny wyjazd, bo targi wszędzie lubią rozpoczynać się o wschodzie słońca. Potem mamy już tylko sielankę, tym bardziej ze Murphy nie tylko nie okazuje się dzisiaj złośliwy ale widać, że jest bardzo serdecznie do nas nastawiony. Przez cały dzień, mimo pory deszczowej, nie spada z nieba ani jedna kropelka deszczu. To się nazywa mieć farta. Pomalutku opływamy wszystkie bujające się na falach stargano-łodzie, pilnie przypatrując się czymże to tubylcy tak wcześnie rano handlują. Jak zwykle wszystkim, ale przeważnie owocami, warzywami i mięsem. Podpływamy do tej z ananasami, potem robimy krótką przerwę na brzegu na kawę i wygląda na to, że drugie śniadanie los przygotował nam w zupelnie niezwykłych, wprost wymarzonych warunkach. A to jeszcze nie koniec atrakcji, którymi nasza wietnamska mama sypie wprost jak z rękawa. Za chwile podpływamy do manufaktury, wyrabiającej makaron i sami się uczymy go obracać. Potem zwiedzamy warsztat z wyrobami pamiątkarskimi typu wisiorki bransoletki etc., co znacznie mniej nas interesuje.

Za to ostatni punkt jest cudowny, przystań w cudownym kolorowym ogrodzie, gęsto poprzecinanym kanałami. Tu przesiadamy się do małych kajaków, a krótkiego spławu po baśniowym ogrodzie, między nisko zwisającymi drzewami i kwitnącymi tysiącem kolorów krzewami nie jestem w stanie opisać. By zostać w tym jakże magicznym miejscu jak najdłużej decydujemy się zrobić sobie tu przerwę na obiad. Po obiedzie niestety zaczynamy odwrót. Szczęściem nie wracamy tą samą drogą. Mama-sternik i kapitan przewozi nas tym razem wąskimi, rzadko uczęszczanymi szlakami i często musimy schylać głowy by nie zahaczyć o niski most czy powalone drzewo.

Przed zmierzchem dobijamy do macierzystego portu w Cun Thoi. Gdyby nie jeden problem z pewnością każdy z nas przyznałby, że to był jeden z piękniejszych dni. Jedynie śmieci pływające po całej rzece, brud na jej brzegach i czasem dochodzący nas smród, kładą się cieniem na naszych wrażeniach. Do tego nasza sympatyczna wietnamska mama wyrzuciwszy do rzeki plastikową butelkę po coca-coli traci w naszych, a może tylko w moich oczach, przynajmniej połowę sympatii, jaką sobie od początku poznania zaskarbiła. Jeżeli nawet ludzie, którzy żyją z rzeki, bo obwożenie po niej turystów, to pewnie dla niejednego mieszkańca Cou Tho jedyny sposób na przeżycie, zanieczyszczają ją to co dopiero powiedzieć o tych, którzy nie mają z nią nic wspólnego? Straszne. Świadomość poniżej poziomu pływających jeszcze jakimś cudem w Mekongu ryb. Rybacy również nie bardzo przejmują się stanem czystości naturalnego środowiska i zadowoleni, stojąc z wędkami zanurzonymi w stercie śmieci, jakimś cudem wyciągają spod nich żywą rybę. Zadowoleni, ale trochę smutni nachodzącymi nas refleksjami, zwiedzamy jeszcze szybciutko przynajmniej kawałek równie brudnego miasta. We względnie czystej, bo nastawionej na turystów restauracji, wcinamy europejską kolację, kłaniamy się w pas jak wiwatującemu mieszkańcom Cho Tho Ho Chi Minowi i to już koniec naszej przygody w delcie Mekongu. Równocześnie to też koniec naszej wspólnej podroży po Wietnamie. Tyle co witaliśmy się w Sajgonie, a już znowu pora się rozstawać. Dziewczyny jutro rano ruszają do Kambodży do Angkor Wat, a ja znowu solo, tym razem w zgodnym z zaplanowanym kierunku, na północ do…(?) jeszcze nie wiem. Musze zerknąć na mapę. Umawiam się z Jenni I Elizą, że za tydzień spotykamy się w Choi An, czyli mam mnóstwu czasu.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł