Kilkuletnią podróż po świecie można sobie dzielić na różne sposoby pod różnymi aspektami. Dla mnie jednym z takich głównych podziałów jest dzielenie czasu w podróży na ten, w którym jestem „gdzieś” i na ten, w którym do tego „gdzieś” jadę.  Oba naturalnie bardzo się od siebie różnią. Gdy jestem gdzieś na miejscu, mogę sobie obserwować świat dookoła powoli bez obawy, że jeden lub drugi obraz zaraz zniknie. Ba, mam nawet czas uwiecznić znaczną część podziwianej okolicy na karcie sztucznej pamięci i nie muszę się bać, że z czasem coś mi umknie, o czymś zapomnę. Zupełnie inaczej jest w momencie, gdy jestem w tak zwanej drodze, czyli kiedy przemieszczam się między jednym, a drugim gdzieś. Wtedy naturalnie piękno świata obserwuję nie wkoło tylko wzdłuż i dzieje się to szybko, bo oglądane widoki szybko uciekają, nie pozwalając długo się sobą cieszyć. O spokojnym robieniu zdjęć też oczywiście mowy nie ma, dlatego muszę się mocno koncentrować by niczego z uciekających za oknem obrazów nie uronić i jak najwięcej zapamiętać. Nie zawsze jest to rzecz jasna łatwe, bo w znacznym stopniu zależy i od czystości szyb w autobusie, samochodzie, pociągu lub czegoś, czym akurat jadę, i od prędkości pokonywania kolejnych kilometrów, i oczywiście od miejsca, na jakim siedzę lub stoję, bo nie zawsze jest ono przy oknie. Taki właśnie dzień w drodze zapowiada się nam dzisiaj. Coś mi się wydaje, że czeka nas sporo przesiadek i atrakcji, bo droga, choć prawdopodobnie malownicza, zdaje się być dosyć trudna. Przede wszystkim nie wiemy dokładnie, dokąd chcemy jechać, nie mówiąc o tym, że nie mamy pojęcia jak. Jak to? Może ktoś spyta. Przecież mieliście dokładnie ułożony plan i wszystko było jasne. Było, ale się zmyło – odpowiem. Plany między innymi są po to, żeby je zmieniać i z tej możliwości właśnie korzystamy. Teoretycznie, powinniśmy dzisiaj wracać tą samą drogą, którą przybyliśmy do Ałma-Aty i skoncentrować się na zwiedzaniu wybranych miejsc w jej pobliżu. Taki był plan. Mieliśmy oglądać jeszcze jakieś jedno jezioro, jakieś góry i park. Wszystko bez wątpienia śliczne, ale coś mi w tym przeszkadza. Nie żebym miał dosyć jezior, gór i pięknych widoków. To nie to. Bardziej nie podoba mi się to, że będziemy wracać tą samą drogą, a ja nie lubię się wracać. Znacznie bardziej lubię chodzić wkoło niż tam i z powrotem i to zawraca mi głowę. Dzielę się moją rozterką z Asią i proponuję by zmienić trasę. Może zamiast wracać pojedziemy dalej na południe do Kirgistanu? Tam skręcimy na zachód i na północ i jak Kolumb wrócimy do Ałma-Aty z przeciwnej strony niż wyszliśmy, co ty na to? Wprawdzie nie zobaczymy (przynajmniej nie wszystkich) wybranych już miejsc w okolicach stolicy Kazachstanu, ale przecież po drodze, jadąc do stolicy Kirgistanu, na pewno znajdziemy jakieś inne, może jeszcze ładniejsze? Kto wie? Asia szybko przystaje na moją propozycję (też widać nie lubi się wracać) i mimo starannie przygotowanego planu, zarzucamy go i w dalszą drogę ruszamy na chybił trafił.

Pierwszy punkt – musimy się dostać do granicy. Pożegnawszy naszych miłych gospodarzy, spojrzawszy jeszcze raz przez ramię na biało niebieski domek i łóżko w zielonym sadzie, zatrzaskujemy za sobą gościnne drzwi i ruszamy pieszo wzdłuż drogi z nadzieją, że wkrótce zatrzymamy jakiś samochód. Co do słowa „wkrótce” nadzieje okazują się płonne. Saty to ostatnia wioska, do której biegnie droga, także jedynie możemy liczyć na samochody wyjeżdżające stąd, a tych po prostu nie ma albo przynajmniej nie ma dużo. Dopiero, gdy dachy ostatnich domów i leżący na granicy wioski cmentarz, zostają tak daleko za nami, że prawie gubią się z oczu, nadjeżdża pierwszy samochód i od razu się zatrzymuje. Pan dyrektor tutejszej szkoły jedzie na zebranie do znanego nam już sprzed paru dni Jalanas. Los się do nas uśmiecha w ostatniej chwili. Kilka sekund po tym, jak zajmujemy wygodne miejsca w super aucie marki Łada z nieba spadają pierwsze krople niezbyt mocnego deszczu. Los nie uśmiecha się niestety do pary Holendrów, których poznaliśmy jeszcze w Szaryńskim Kanionie, a którzy przemierzając świat na rowerach, mają teraz podwójnie ciężko. Nie dość, że podjazd stromy i długi to jeszcze ten deszcz. Dla niego, to pewnie nic nadzwyczajnego, bo skoro wyjechał z Holandii kilka miesięcy temu i przejechał do tej pory ponad 10.000 km, to na pewno, nie z takimi przeciwnościami się już mierzył. Gorzej z nią. Ona dojechała do niego na kilka tygodni, próbując posmakować trudnego życia na dwóch kółkach, twardym siodełku i morderczych podjazdach i teraz bardzo się męczy, chociaż mijając ją nie widzimy grymasu nieszczęścia na twarzy. Asi jest jej trochę żal, a ja tłumaczę, że tak to właśnie jest. Coś za coś – cena wolności jest czasem wysoka to raz, a dwa ile frajdy będą mieli potem, gdy będą zjeżdżać z górki. Zawsze o tym myślałem, pokonując na rowerze ostre podjazdy w Nowej Zelandii i zawsze dodawało mi to sił. Przypominając sobie teraz tamten czas serdecznie macham pozostającym z tyłu rowerzystom i życzę im w duchu by dalsza droga była tylko z górki.

W Jalanas nic się nie zmieniło. Wydaje się, że nawet bezdomne psy nas nie zapomniały, bo zupełnie nie zwracają na nas uwagi i nawet na moje usilne prośby o pozowanie do zdjęcia, ostentacyjnie obracają łby. Milusińskie. Po ostatnim pobycie czujemy się tu dosyć swojsko. Wiemy gdzie jest sklep, gdzie główna droga i jak dojść do skrzyżowania z wylotową ulicą w kierunku na Kirgistan. Nie wiemy tylko, że takie są dwie. Droga z Ałma-Aty do Kirgistanu przebiega jakieś 70 km stąd, zataczając ogromny łuk i można dotrzeć do niej albo jadąc na wschód, jak przyjechaliśmy ostatnio, albo udając się na południe, skracając tym samym odległość od kirgiskiej granicy o kilkadziesiąt kilometrów co w tutejszych warunkach możne oznaczać kilka godzin. Szkopuł w tym, że droga na południe jest niedawno wybudowana i niewielu kierowców o niej wie dlatego wszystkie mijane nas do tej pory samochody pojechały na wschód. No i mamy dylemat. Stanąć tam, gdzie jedzie więcej (co i tak nie znaczy, że dużo) i narażać się na 100 km dłuższej drogi, czy czekać tu gdzie stoimy licząc, że może jednak ktoś wie o nowym połączeniu i nas weźmie. Zanim się decydujemy, możemy się przecież też rozdzielić wykorzystując tym samym ogromny atut podróżowania we dwoje, zatrzymują się aż dwa samochody tej samej marki Łada. Jeden się psuje, drugi próbuje mu pomóc. Najpierw pomaga jemu – skutecznie, potem zajmuje się nami, też z powodzeniem. Pan, tym razem architekt, nie tylko wie o nowej drodze, ale też ma zamiar nią jechać i kawałek może nas podrzucić. Rozmawiamy oczywiście po rosyjsku, bo i pan dyrektor i teraz pan architekt to osiedleni tu Rosjanie i wydaje mi się, że to oni właśnie tworzą kazachstańską elitę, czy jak kto woli inteligencję. Ta obserwacja potwierdzi się w czasie dalszej podróży jeszcze kilkukrotnie. Naszym drugim już dzisiaj samochodem mamy przebyć jedynie kilkanaście kilometrów i trochę się boję, że jak potem utkwimy na nowej, nieznanej nikomu drodze, to zostaniemy tam na amen. Pytam naszego nowego wybawiciela, a on zdaje się już chyba sam o tym myślał, bo bierze telefon i dzwoni do brata. Brat po was przyjedzie i zawiezie aż do Karkary, ostatniego miasta przed kirgiską granicą – powiada, odkładając telefon. To się nazywa mieć szczęście w spotykaniu pomocnych ludzi. W szczerym polu, przy zapierającym dech punkcie widokowym na zieloną dolinę, dokonujemy zamiany aut, robimy pamiątkowe zdjęcie i dziękując jednemu, że nas podwiózł, a drugiemu, że nas podwiezie wsiadamy do trzeciego już dzisiaj środka transportu. W dalszym ciągu jest to łada. Pewnie powodem wyznaczenia i wybudowania nowej drogi nie był nadzwyczajny walor prześlicznych terenów, przez które przebiega, ale jeżeli tak, to projektant miał niewyobrażalne wprost poczucie estetyki. Od tego, co widzimy po obu stronach nie można wprost oderwać oka i chyba po raz pierwszy trochę mi przykro, że szybko i sprawnie przejeżdżamy ponad sto kilometrów i wysiadamy już w znacznie mniej eleganckim przygranicznym miasteczku Karkara.

Wydaje się, że najtrudniejszy i najdłuższy etap podróży mamy za sobą, więc z zadowolonymi minami idziemy do przydrożnego baru na posiłek. Posiłek spoko, ale wiadomości, jakie na nas czekają po nim, już mniej. Taksówkarz może nas podrzucić do granic miasta (na krótkich odcinakach autostop czy taksówka to ten sam pieniądz więc nie ma sensu stać i machać), ale do granicy 20 kilometrów dalej nie. Chyba, że za takie pieniądze, że my mówimy też nie. Jedziemy do rogatek wysiadamy i po kilkunastu minutach wiemy, że najgorsze jednak jeszcze nie za nami. Tu gdzie stoimy kończy się asfalt i dalej aż do Kirgistanu ciągnie się polna, szutrowa, wąska droga, którą notabene nic nie przejeżdża. Stoimy dobrą godziny i nic. Nie przejechał ani jeden samochód. Chyba trzeba będzie wrócić do miasta i twardo ponegocjować z taksówkarzami – myślę. Tylko jak wrócić, skoro w tamtą stronę też nic nie jedzie. Pytamy w pobliskich domach, czy ktoś by nas nie podrzucił do miasta. Jest. Wprawdzie żąda ciut więcej niż taksówkarz, który nas przywiózł, ale tym razem musimy godzić się na wszystko. Dochodzi 16, a o 18 zamykają granicę i trzeba nam będzie siedzieć tu do jutra. Tak, to jest taka granica w polu, która czynna jest tylko od ósmej do osiemnastej i szlus. O tym wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy jednak, że tak trudno będzie się do niej dostać. Paulina i Asia, które poznałem w Irkucku, ze dwa miesiące temu przekraczały tę granicę i pisząc mi o wspaniałych widokach, jakie tutaj oglądały nie wspomniały o jakichkolwiek problemach. Widocznie miały więcej szczęścia. My wracamy na postój taksówek i handlujemy. Dosyć szybko dochodzimy do ceny, która zadowala obie strony tylko zostaje jeszcze jedna sprawa. A co za granicą? Taksówkarz nie może jej przekroczyć więc dalej musimy sobie radzić sami. A jaka tam jest droga – pytam? Jak się wydostaniemy z granicy do najbliższego miasta w Kirgistanie? Nie ma problemu – słyszę. Droga wprawdzie dalej jest szutrowa i dziurawa, ale na granicy są kirgiskie taksówki więc spokojnie pojedziecie dalej. OK. – skoro tak to wsiadamy i jedziemy. To już nas szósty pojazd dzisiaj. Bardzo miły taksówkarz robi, co może by umilić nam prawie godzinną drogę po wertepach cały czas coś nam opowiadając. A to o swoim życiu i częstych przeprowadzkach, a to o otaczających nas górach, to znowu porównuje czasy Związku Radzieckiego i obecne wychwalając oczywiście te stare, ale najbardziej się jeży, gdy pytam o stosunki z sąsiadami. Ci z Kirgistanu to w porządku ludzie – mówi. Tacy sami jak my. Kazachy i Kirgichy to bracia. Ale Kitajce!!! Uchowaj Bóg. Kitajce i Mongoły to tfu, spluwa przez otwarte okno – to nie są dobrzy ludzie, to nasi odwieczni wrogowie. Chcę zapytać dlaczego, ale widząc jak mu oczy zachodzą krwią, nie drążę tematu, tym bardziej, że właśnie dojeżdżamy do czegoś, co chyba jest granicą. Jest jakiś domek, jest płot, jest jeden camper na włoskich rejestracjach i więcej nic. Totalne bezludzie. A gdzie kirgiskie taksówki? Chcę zapytać, ale już nie mam kogo. Nasz taksówkarz wziął kasę i odjechał, a my zostaliśmy sami w szczerym polu po raz kolejny doświadczając prawdomówności taksówkarzy na całym świecie. Mój kolega twierdzi, że wierzyć taksówkarzowi to tak jakby psu dać pilnować kilogram kiełbasy. Ma rację, tylko cóż nam z tego. Jedyna szansa, że zabierzemy się z Włochami. Pytam. Niestety, nie da rady. Camper przygotowany jest tylko na dwie osoby i z tyłu kompletnie nie ma jak usiąść. Bardzo im przykro, ale nie mogą nam pomóc. Włosi odjeżdżają 100 m do drugiego punktu kontrolnego – to już pewnie jest Kirgistan, a my zaczynamy procedurę wymeldowywania się z Kazachstanu. Asia już ma stempel, teraz ja. W międzyczasie pytam pana w wojskowej czapce, co mamy zrobić, jak się stąd wydostać? Najpierw jest wszystko mówiący ruch ramion, a po chwili namysłu słyszę jedyne rozwiązanie. Mogę zadzwonić po taksówkę, będzie za około godzinę do dwóch. Ale wtedy granica będzie już zamknięta, więc gdzie mamy czekać. Musicie się odprawić, przejść do Kirgistanu i tam usiąść na kamieniu i czekać – innej rady nie ma. A dlaczego Włosi was nie zabrali?  – pyta. Nie mają miejsca, odpowiadam i zerkam na Asię. Oni jeszcze stoją przy okienku. Asia już wie, o co chodzi. Biegnie i jeszcze raz rozmawia używając pewnie całego swojego wdzięku. Ja w tym czasie też dostaję swój stempel i dołączam do rozmowy. Już się coś dzieje. Włosi przekonani przez celników, że nic im ze strony kirgiskiej policji nie grozi za przewożenie większej liczby osób niż zapisane jest w karcie rejestracyjnej wozu, decydują się nas zabrać. Musimy troszeczkę przemeblować tył i w bardzo niewygodnych pozach, ale z uradowanymi minami sadowimy się na drewnianej ławie naszego siódmego dzisiaj samochodu. Widok mamy kiepski, miejsca twarde, ale cóż tam. W tej sytuacji po stokroć lepiej jest źle jechać niż dobrze siedzieć, toteż nawet do głowy nam nie przychodzi marudzić. Nasi wybawcy okazują się super sympatycznymi podróżnikami z niemieckojęzycznych Dolomitów, więc możemy rozmawiać i po niemiecku (to ja) i po angielsku (to Asia), a że tematów jest sporo, przeto droga, choć faktycznie paskudna i często blokowana przez konie, krowy, owce i co tam jeszcze by na nią nie wylazło, mimo bólu w karku i nogach, mija szybko i w bardzo przyjemnej atmosferze. Rozstajemy się bardzo serdecznie jak starzy dobrzy znajomi, na głównej drodze 15 kilometrów przed Karakol. Oni jadą szukać miejsca na noc nad jeziorem (trochę im zazdrościmy), a my kolejną, ósmą już okazją do miasta.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł