Która jest? Spoglądam na zegarek. Ledwo minęła czwarta po południu, ale spowity w szarówce świat za oknem autobusu, który właśnie zatrzymał się na dworcu w Fenghuang mówi zupełnie coś innego. Grube chmury w dalszym ciągu szczelnie zasłaniające słońce powodują, że mam wrażenie, że jest znacznie później i patrząc na zegarek cieszę się, że jest inaczej. Muszę przecież poznać się z nowym miejscem, znaleźć lokum, przemaszerować z plecakiem pewnie jak zwykle kilka kilometrów i zrobić to wszystko przed zapadnięciem nocy. Nocą nie lubię poznawać nowych miejsc, tym bardziej się cieszę, że zostaje mi jeszcze sporo czasu. Cieszę, się cieszę, wszakże niestety niedługo. Powodowana brakiem słońca szarość świata, w którego ramiona wpadam tuż po opuszczeniu autobusu, to nic w porównaniu z szarością otaczającego mnie dworca i rozczarowaniem, jakie we mnie wywołuje. Fenghuang, to według wszystkich informatorów: tych papierowych, wirtualnych i bezpośrednich zasłyszanych tu i ówdzie, jest jednym z najpiękniejszych chińskich miast i w żadnym wypadku nie należy go ominąć. Posłuszny tej radzie jestem oto tu gdzie być powinienem i co? I póki, co lipa.

Sam dworzec, usytuowany na wzniesieniu, otoczony resztkami starego muru obronnego, wprawdzie wskazuje na dosyć długą historię miasta, ale o piękności czy nawet o niewielkiej ładności mowy nie ma. Starymi kamiennymi schodami schodzę w dół i kierując się w stronę centrum cały czas myślę, że może tam, pośród sklepów, bazarów straganów, coś się zmieni. A gdzie tam. Na dole jest jeszcze gorzej.  Im bardziej oddalam się od dworca i starych kamiennych murów, tym mniej jest miejsc, na których mógłbym, choć przez chwilę zawiesić oko. Czyżbym znowu pomylił miasta? W Chinach ta upiorna przypadłość omyłek, nie rzadko burzy mój spokój i absolutnie nie mam na nią teraz ochoty. Siadam na gzymsie, ściągam plecak – mapa, notatnik – nie, wszystko się zgadza. Wszystko oprócz urzekającego piękna tak bardzo opisywanego w przewodnikach, że postanowiłem osobiście się o nim przekonać. Zaraz, zaraz. Na zdjęciach widać, że miasto odbija się w wodzie. Jeszcze raz zerkam na mapę. Tak, tuż przede mną jest rzeka, a w miejscu gdzie robi ona spore zakole powinno znajdować się stare miasto. To chyba o nim jest wszędzie mowa. Tam też zarezerwowałem sobie hostel. Nadzieja, że przy rzece, od której dzieli mnie niecały kilometr, coś się zmieni, dodaje mi sił. Zarzucam ponownie plecak i już z raźniejszą trochę miną maszeruję dalej w dół miasta wzdłuż, brudnych, walących się, zupełnie nieciekawych kamienic.

Strzałka z napisem Old Town, nie tylko każe mi skręcić obok galerii handlowej w lewo, ale równocześnie sugeruje, że kierunek, w którym podążam jest i słuszny i mocno turystyczny, bo w Chinach to naprawdę zupełna rzadkość, prowadzące dokądkolwiek napisy są w języku angielskim. Jeżeli już tak się zdarza, to musi to być faktycznie atrakcja na skalę światową, więc chyba w takim razie Fenghuang do takiej należy. A przynajmniej jego część „Stare Miasto” Z opisu pod strzałką dowiaduję się, że cała starówka Fenghuang wpisana jest na listę UNESCO, co rozwiewa mi wszelkie wątpliwości o jej atrakcyjności, a czy tak rzeczywiście jest zaraz przekonam się sam.

Mijam galerię, schodzę po szerokich schodach na coś, co chyba jest rynkiem i wiecie, co? Czuję się jak Alicja, która przeszła na drugą stronę lustra. Zaledwie 50, może 100 metrów, wzdłuż galerii sprawiło, że nagle znajduję się w zupełnie innym świecie. Ogromny, jakiś mityczny, ptak z rozpostartymi metalowymi skrzydłami na środku placu, po którym kręcą się tubylcy w kolorowych ludowych strojach i muzyka wydobywający się z kilku ustawionych tu i ówdzie ludowych instrumentów, powodują, że muszę na chwilę przystanąć, zaciągnąć powietrza, przetrzeć oczy i ogarnąć całą sytuację. W końcu, po kilku chwilach zauroczenia, gdy z zadowoleniem stwierdzam, że imaginacja ponownie mnie nie zawiodła, bo właśnie tak wyobrażałem sobie najpiękniejsze miasto Chin, udaje mi się z zachwytem wyszeptać – to jest to! To jest to, czego szukałem. To są prawdziwe Chiny.

Szukając hostelu, długo spaceruję po wąskich uliczkach wzdłuż szerokiej rzeki, i jeszcze węższych, krętych wokół drewnianych, chylących się ku ziemi domów, a im dłużej chodzę, tym dłużej chce mi się chodzić. Niewiarygodne. Nawet plecak nie cięży mi tak jak zwykle, co nie znaczy, że gdy już znajduję swoje lokum, w drewnianym krzywym domku nad wodą, nie zrzucam go z ulgą i nie wyciągam się na chwilą na wygodnym łóżku. Tylko na chwilę, Przecież długo nie uleżę, gdy na zewnątrz tak pięknie zaczyna się noc. Noc odbijająca się milionem świateł w lustrze rzeki i rozpylająca w powietrzu tysiące zapachów setek restauracji. Muszę iść!

Rano pogoda robi się znacznie lepsza, żeby nie powiedzieć, wyśmienita. Czyste niebo, jasne słońce i urok miasta skłaniają mnie do natychmiastowego zarezerwowania ponadplanowo jednego dnia dłużej, a zaraz po tym nie tracąc czasu zabieram się i Was drodzy czytelnicy na wycieczkę po jednym z najpiękniejszych, a są tacy, którzy twierdzą, że najpiękniejszym mieście Chin, Fenhhuang.

Zanim zagubię się w plątaninie uliczek ozdobionych kolorowymi lampionami, pod którymi unosi się zapachach lokalnych przysmaków, zanim wieczorem ponownie dam się zauroczyć spektakularnej inscenizacji świateł (to dzisiaj), zanim wdrapię się na okalające miasto wzniesienia, by z ich wysokości spojrzeć na niebywałą zabudowę wzdłuż wijącej się tu niby żmija rzeki, zanim okrążę miasto jego zewnętrznymi murami i dzielnicami (to jutro) zacznę od wyjaśnienia skąd wzięła się nazwa miasta Fenghuang.  

Wyjaśnień jest, jak to zwykle bywa, kilka. Ja przytoczę tylko dwa, które najbardziej utkwiły mi w głowie. Otóż Fenghuang, to po chińsku Feniks, przy czym Feng to Feniks rodzaju męskiego, a Huang żeńskiego. Jedna z legend głosi, że piękno miasta, jako pierwsze doceniły właśnie feniksy, mityczne ptaki, które urzeczone jego urodą długo nad nim krążyły podziwiając drewniane domy, wiszące mosty spinające brzegi skręconej niby warkocz rzeki, kołyszące się na niej łódki i krzątających się po ulicach, odzianych w kolorowe szaty mieszkańców. Ci widząc szybujące nad głowami feniksy, nadali miastu nazwę Miasto Feniksów, a nie wiedząc czy są to oni, czy one dlatego Feng i Huang razem. Z kolei inna wersja twierdzi, że nazwa pochodzi od sąsiedniej góry przypominającej kształtem mitycznego feniksa, który według chińskich wierzeń przynosi szczęście. Zresztą w starożytnych Chinach niezależnie lub współ ze smokami, feniksy często bywały przedstawiane na różnych dekoracjach, zwłaszcza weselnych. Wynika to z tradycyjnych chińskich wierzeń, według których smok chiński w parze z feniksem symbolizują idealną relację między małżonkami i jest symbolem cnoty i wdzięku, co jest kolejnym odniesieniem do koncepcji Yin i Yang (wszyscy pewnie znają biało czarne kółko z czarną i białą kropkę  ) bardzo pozytywnie w Chinach kojarzonej.

Poza tym, feniks podobno pojawia się tylko w spokojnych i szczęśliwych czasach, a ukrywa, gdy zbliża się niebezpieczeństwo. Mam ich tu teraz pełno dookoła: na dachach, skwerach, parapetach, itp., co jedynie może świadczyć o tym, że czasy mamy spokojne, że nic mi nie grozi i śmiało mogę ruszyć w swój długi, jak mniemam, spacer.

Stare miasto Fenghuang, jak wszystkie stare miasta, nie jest duże. Składa się, z nie więcej niż kilkunastu ulic, przy których stoi kilkaset zabytkowych domostw w mieszających się stylach dynastii Ming i Quin, czyli pamiętających XIV, XV wiek. Z tych najważniejszych zabytków, które sobie przezornie wyszukałem i zanotowałem, a teraz będę w labiryncie poskręcanych uliczek usilnie szukał to: wieża we wschodniej (jedynej zachowanej) części muru otaczającego miasto, tęczowy most (Hongqiao), muzeum Starego Miasta zorganizowane w dawnym domu gubernatora regionu, świątynia przodków rodziny Yang, rezydencja Xiong Xilinga – pierwszego premiera (1913-1914) Republiki Chińskiej, dom rodzinny znanego chińskiego pisarza Shen Congwena (1902 -1988), muzeum mniejszości etnicznych w Wanshou Temple – świątyni wzniesionej w 1977 przez kupców przybyłych tu z prowincji Jiangxi, Chongde Tang – prywatna kolekcja antyków w rezydencji Pei Shoulu, najbogatszego mieszkańca miasta i jeszcze kilka innych.

Czego sobie jednak przezornie nie zanotowałem, a to ważna informacja, to, to, że do większości z tych atrakcji trzeba kupić bilet wstępu i nie jest on tani. Można też kupić jeden bilet na całe miasto, który zawiera wstęp do prawie wszystkich wymienionych obiektów, ale kosztuje 150 RMB, to ponad 20 euro, czyli też drogo. Muszę, zatem ograniczyć się tylko do niektórych, sam jeszcze nie wiem których, wejść, a resztę zwiedzić tylko od zewnątrz. Taki już los Globtrottera podrżującego na tzw. „niskim budżecie”, ale nie narzekam. Mnóstwo uciechy daje mi zwiedzanie tych miejsc, które stoją dla turystów otworem, bez konieczności sięgania do kieszeni, a z tego co dosyć szybko zauważam, wnioskuję, że wchodzenie do jakichkolwiek pomieszczeń w tak turystycznym miejscach jak te i tak nie ma większego sensu. W ciżbie przesuwającego się przed eksponatami tłumu raczej trudno czemukolwiek się przyjrzeć nie mówiąc już o przeżyciu jakichkolwiek emocji. Chodzenie po ulicach jest znacznie ciekawsze zwłaszcza, że towarzyszą temu dodatkowe atrakcje w postaci straganów z wszystkim, co nie tylko cudownie pachnie, ale i znakomicie smakuje.  

Od bramy wschodniej bramy, przy której mieszkam, wzdłuż cudownej rzeki Tuo Jiang, kieruję się najpierw ku tęczowemu mostowi bajecznie spinającego oba jej brzegi. Potem zerkam trochę tu, trochę tam i kręcąc się cały czas między drewniany domami po jednej i drugiej stronie rzeki po jakimś czasie ponownie ląduję na rynku, który już wczoraj wieczorem tak bardzo mnie urzekł. Dziś jest jeszcze piękniejszy. Pogoda i czasami zupełnie niebieskie niebo, znacznie poprawiają jego urodę, chociaż i tak, nie to jest teraz jego głównym atutem. To, co teraz widzę i słyszę, ponownie, tak jak wczoraj każe mi przez ściśnięte z emocji gardło, wykrztusić – to są dopiero prawdziwe Chiny. Prawdziwe znaczy się głośne, kolorowe i zupełnie niezrozumiałe, ale jak bardzo w tej swojej odmienności urzekające. Hałas panujący na rynku, tym razem mi nie przeszkadza. Tutaj, w środku cywilizacji, a nie w górach, w sercu natury, niech sobie grają radia przewieszone przez ramię, niech sobie krzyczą przekupki skupione w cieniu pod drzewami, niech chłopy grający w domino głośno wykrzykują swoje emocje. Niech sobie grają ludowe przyśpiewki wszystkie zespoły na raz, (zaraz ile ich tu jest?  raz, dwa, trzy, a i tam jeszcze jeden to cztery), na różnych instrumentach i w różnym rytmie, ale za to wszystkie bardzo głośno i nierówno. Niech się to wszystko miesza z jeszcze głośniejszym, chyba rytualnym w Chinach, charkaniem i spluwaniem. Niech się to wszystko tu dzieje. Tutaj to nie przeszkadza. Tutaj jest w porządku, a nawet powiedziałbym bardzo na miejscu. Takie są po prostu prawdziwe Chiny. Przysiądę, posłucham i napatrzę się do syta. Gdy oczy pełne są już kolorów, a uszy nie wytrzymują wpadającej z wszystkich stron masy decybelów, ruszam dalej. Wrócę tu zapewne wieczorem, bo wieczór w tym mieście to zupełnie inne wrażenia. Po zmierzchu całą trasę powtórzyć trzeba jeszcze raz.

Teraz za to kierunek jeść. Trudny wybór. Wszystkiego dużo, wszystko wydaje się pyszne i wszystko tak pachnie, że po oczach i uszach również nos niedługo jest równie mocno nasycony. Przede wszystkim skosztować muszę to, z czego Fenghuang słynie najbardziej – zatem będzie na pewno słodko, ostro, bo tak jest w całych Chinach i do tego…? No właśnie – zobaczymy.

Do widoku wystawianego przed restaurację menu nie tylko w formie pisanej, jestem już przyzwyczajony. Tak jak wszędzie w Chinach, tak i tu, na ladach przy wejściu zobaczyć można, to co później szef kuchni z tyłu obrabia. Między warzywami i owocami, podskakuje w klatkach żywy, gdaczący drób, w akwariach uganiają się za sobą ryby, a gdzieniegdzie zauważyć można pełzającego węża, skradającego się pająka, albo innego nieciekawego robaka, lub też wyłożoną skórę symbolizującą kota lub psa. Jem szybko coś na ostro, ale zdecydowanie wolę te dalsze stoiska. Tu dopiero jest zabawa i raj dla podniebienia. Jestem w słodkim centrum, w którym tak tutaj jak i poprzednio w Zhanganjiajie królują ciasteczka melasowo- orzechowe. Dwóch rosłych osiłków, ogromnymi, drewnianymi młotami, tłukąc na przemian ubija na oczach przechodniów melasowo orzechową masę.  Potem, gdy trochę ostygnie dzieli się ją na mniejsze kawałki, kroi, pakuje do torebek i głośno namawia do spróbowania i kupienia. Mnie nie trzeba głośno namawiać. Mniam. Nie mniejsze mniam, to już typowe tutejsze smakołyki: ciastka orzechowe z kandyzowanym kiwi i imbirowe cukierki. Tych kupuję ciut więcej. A! Nie ciut, tylko sporo więcej – będę miał na drogę – myślę. Wytrzymają? Hm? No dobra zdradzę – nie wytrzymały, zjadłem przed wyjazdem. OK. – było ostro, było słodko, było nawet, co nie, co szokująco, więc z gastronomią na dzisiaj mam spokój. Teraz sjesta, a wieczorem spacerowania po Fenghuang ciąg dalszy.

Misterium światła długo nie pozwala mi wrócić do hostelu. Mimo że z pewnością nie należę do nocnych marków, tej nocy z napewno nie szybko zamknę oko. W blasku migoczących w rzece światełek, w cieniu skrzydeł oświetlonych feniksów, w pochodzie równie jak ja zachwyconych przechodniów, mógłbym spacerować godzinami. Mógłbym, ale gdzieś około północy, gdy błyszcząca, pachnąca noc w Fenghuang trwa jeszcze na dobre i pewnie, jak to noc potrwa do samego rana, zawracam, by magia czarodziejskiej nocy nie zgasiła mi resztek jasności umysłu.Umysłu, który każe odpocząć i przygotować się na jutrzejszy, pewnie równie ekscytujący dzień. W hostelu długo nie mogę zasnąć. W takich okolicznościach nie przychodzi to łatwo.

Ostatni dzień w Fenghuang, to znowu zachmurzone niebo, brak słońca i co za tym idzie trochę mniej kolorowy świat. No cóż w porze deszczowej tak bywa, ale akurat temu miejscu nic nie jest w stanie ująć uroku. Tu chyba zawsze jest ładnie – myślę, wspinając się na jedno z okalających miasto wzniesień, a wspiąwszy się ponad jego dachy, przyglądając się z góry rzece i drewnianym domom, jestem pewien, że mam rację. Znowu jest po prostu cudnie.

Po wyjściu poza mury starego miasta zostawiam za sobą cały jego urok i niebywałą atmosferę jednak to, co zastaję w „nowym” Fenghuang wcale mnie już tak nie przeraża jak w pierwszym momencie, gdy wysiadłem z autobusu. Przede wszystkim nie czuję się tak rozczarowany, a na nosie mam już inne okulary, w pryzmacie, których widzę to, czego nie dostrzegałem na początku. Krzywe, choć już murowane domy, uliczne targi małe sklepiki, ludzie w tradycyjnych strojach i kobiety z wielkimi wiklinowymi koszami na plecach, też mają swój urok i koloryt, który przedwczoraj mi umknął. Dzisiaj to nadrabiam, a jutro jadę dalej. 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł