Dzisiaj od rana zmiana planu. Z Huangshan chciałem pierwotnie pędzić pociągiem dalej na zachód do Narodowego Parku Zhangjiajie, który od dawna zagnieździł się w mojej głowie i już nie mogę się go doczekać. Niestety póki, co – dalsza jazda kończy się tylko chceniem. Mimo, że mam już bilet (chcąc czuć się bezpiecznie, wykupiłem go sobie z kilkudniowym wyprzedzeniem) orientuję się, że z kontynuacją podróży nie będzie tak prosto i że moje poczucie bezpieczeństwa trochę mnie będzie kosztować. Jedyny pociąg jadący w kierunku parku odjeżdża z Hangzhou, z miasta leżącego na wschód, czyli dokładnie w przeciwnym kierunku od zamierzonego. W dodatku wyjeżdża dopiero wieczorem. Tego się oczywiście na bilecie nie doczytałem i teraz wprawdzie dalej jestem bezpieczny, bo mam przecież bilet, ale za to zupełnie bezwolny, bo nic z nim nie mogę zrobić. Oprócz czekania cały dzień (a przecież czasu zbyt wiele nie mam) nic nie mogę zmienić. Trudno – tak to już jest – albo wolność wyboru albo bezpieczeństwo. Wybrałem to drugie, więc nie narzekam. Na przyszłość zostawię sobie chyba ciut więcej prawa wyboru i nie będę się tak spieszył z kupnem biletu – obiecuję sobie w duchu. Ale to na przyszłość. A teraz? Teraz muszę pomyśleć, co zrobić by całkiem nie zmarnować czasu niespodziewanie wykrojonego z planu dnia. Jasne, że nie z takimi przeciwnościami liczyłem się przed przyjazdem do Chin, także taki mała rysa na moim planie mnie nie wzrusza. Rzut oka na mapę, kilka wyczytanych zdań z przewodnika i już wiem, że nie tylko nic nie stracę, ale być może jeszcze coś zyskam. Hangzhou, miasto, którego nie ma na mojej liście „Podróż przez Chiny” może okazać się zupełnie fajnym, na pewno nie tak bardzo turystycznym (jak te zwiedzane do tej pory), a co za tym idzie, być może bardziej prawdziwym, bardziej chińskim, bardziej egzotycznym miejscem. Patrząc na nieczytelny bilet, szukając połączenia z Huangshan do Hangzhou, układając w myślach jeszcze raz wszystko, co przed chwilą o tym mieście przeczytałem, coraz bardziej się cieszę, że los od czasu do czasu płata mi takie niespodziewane figle.

W Huangzhou jestem przed południem. Do odjazdu w kierunku Parku Zhangjiajie zostaje mi dobrze ponad 10 godzin, zatem na zwiedzanie miasta, czasu mam aż nadto. Jest tylko jeden problem. Plecak! Nie będę przecież spacerował kilka godzin po mieście niczym wielbłąd obciążony sporym bagażem. Muszę się go pozbyć. Tylko jak? Najlepszym sposobem byłoby oddać go do przechowalni bagażu. Tak – to dobry pomysł, gdyby nie drobny szczegół. Jak po chińsku zapytać się kogokolwiek – „gdzie jest przechowalnia bagażu?” Próbuję na migi, pokazując na plecak i rysując w powietrzu szafę i klucz. Nadaremnie. Nikt mnie nie rozumie. Nawet w informacji dworcowej nie ma jak się dogadać, bo poza chińskim każdy język jest dla nich tak obcy, jak dla mnie ich. Nie mając innej rady przechodzę cały dworzec z lewa na prawo i z góry na dół uważnie się przy tym rozglądając i gdy już, będąc prawie pewien, że coś takiego, jak przechowalnia bagażu wcale tu nie istnieje, mój wzrok zatrzymuje się na przeciwległej ścianie z obrazkiem walizki i szeroką wnęką z rzędem zamykanych szafek. To jest to – myślę, a pani za ladą, pokazując mi miejsce, gdzie mogę położyć plecak (do szafki się nie mieści) uświadamia mnie, że mam rację. Zostawiam bagaż, biorę żeton, płacę kilka drobnych (niewiele) i na wszelki wypadek proszę by na skrawku papieru pani napisała mi po chińsku jak się nazywa owo miejsce, w którym właśnie zostawiłem swój cały dobytek. W razie, czego nie chcę ponownie długo szukać, bo wieczorem pociąg na pewno nie będzie czekał. Najważniejszy teraz papierek, z kilkoma chińskimi znaczkami, chowam pieczołowicie do portfela i w końcu mogę iść robić to, co najbardziej lubię. Zwiedzać.

Kilka kilometrów z dworca do centrum to nieciekawy odcinek. Coraz bardziej rozczarowany maszeruję wzdłuż szerokich, głośnych i zakurzonych ulic i dopiero, gdy zaczynam powoli tracić dobry nastrój, wzięty jeszcze z Huangshan, gdy zaczyna mi się wydawać, że mimo wszystko całodniowy spacer po zupełnie nieturystycznym i nieznanym mieście, to jedynie ogromna strata czasu, okolica najpierw z lekka, a potem z każdym następnym krokiem coraz szybciej zaczyna się zmieniać i nagle, ni stąd, ni zowąd, robi się zupełnie przyjemnie. Spaceruję oczywiście bez przewodnika i zupełnie na oślep, a jednak udaje mi się znaleźć kilka fantastycznych miejsc: kolorowy park z ogromnym jeziorem pośrodku i wieloma ciekawymi starymi, stylowymi budowlami, stare miasto z kamiennym fortem, dzielnicę chińskich knajpek, wzgórze z widokiem na panoramę miasta, sporo świątyń, pomników, skwerów i wszystkiego tego, czym średniej wielkości miasteczko może uraczyć spragnionego folkloru turystę. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że chyba po raz pierwszy, odkąd jestem w Chinach, czuję prawdziwą, niezmąconą turystycznym zgiełkiem atmosferę państwa środka. Nie ma tu ani turystów ani nadmiaru sklepów z pamiątkami, ani zbyt wielkiego tłumu, za to co rusz stragany z tradycyjną kuchnią, czasami przechodnie w tradycyjnych strojach, czasami gromadki facetów grających w niezrozumiałe dla mnie gry, a i od czasu do czasu równie spore gromadki w nic niegrających, ale głośno przekrzykujących się jedna przez drugą, starszych bezzębnych kobiet. Może dlatego, że nie mam żadnego celu przed sobą, może dlatego, że nigdzie mi się nie spieszy, a może dlatego, że jestem tu chyba jedynym nie- Chińczykiem, oczy otwierają mi się szerzej niż dotąd i po raz pierwszy odkąd wyjechałem z Pekinu (w Pekinie, zwłaszcza pierwszego dnia miałem podobne uczucia) widzę jak wielka jest różnica między tą częścią świata, a jego resztą. Im dłużej tak sobie spaceruję, im dłużej przyglądam się ulicom, domom i ludziom, tym bardziej brzydkie z początku Huangzhou, nabiera blasku i gdy pod koniec dnia, akurat wtedy, gdy wracając na dworzec, zupełnie przypadkowo znajduję coraz to piękniejsze jego zaułki, robi mi się smutno, że tak szybko musimy się pożegnać. Oczywiście, nie jest mi na tyle smutno, bym krótko przed dworcem nie przyspieszył kroku. Miasto miastem, spacer spacerem, ale pociąg nie może mi uciec. W końcu ma mnie zawieść do narodowego parku, do natury, w wysokie góry, a ile to już razy powtarzałem, że żadne miasto choćby było najcudowniejsze (Hangzhou mimo wszystko na pewno takim nie jest), nie jest wstanie zatrzymać mnie dłużej niż to konieczne.

Bagaż mam, miejsce do spania w nie bardzo zatłoczonym pociągu też, toteż po kilku godzinach maszerowania mogę w końcu wyciągnąć się jak długi, podłożyć ręce pod głowę, zamknąć oczy i wyobrażać sobie, co czeka mnie jutro w jednym z najurokliwszych miejsc w Chinach w Parku Zhangjiajie.

Jutro wkrada się do przedziału wraz z pierwszymi promieniami słońca, a to, co w ich brzasku dostrzegam na horyzoncie mówi mi, że jestem na miejscu. Strzeliste niczym herkulesowe maczugi, skaliste, górzyste formacje zapowiadają kolejną przygodę. Jaką?

Poprzedni Artykuł