Jeszcze przedwczoraj wieczorem wydawać by się mogło, że po nagłej niedyspozycji organizmu zmuszony będę do całkowitej zmiany planów i miast do niedalekiego Khiri Khan od razu jechać do dużego nadmorskiego kurortu Hua Hin i tam szukać medycznej pomocy. Szczęściem obawy okazują się tylko obawami i dzisiaj, po całodniowym odpoczynku, pełen sił i wigoru wychodzę z pociągu tam gdzie zamierzałem, czyli w Khiri Khan. Miasteczko małe, więc prócz mnie z pociągu nie wychodzi zbyt dużo pasażerów i stojące pod dworcem motorki z dospawanymi przyczepkami bez trudu rozdzielają między siebie wszystkich chętnych skorzystania z ich usług. Ja nie korzystam. Jak zwykle wolę własne nogi. Za to długo się im przyglądam zachodząc w głowę jak oni to robią?  Nie bardzo rozumiem, jak tyle ludzi mieści się do takiej małej przyczepki? A już w ogóle poza strefę mojego pojęcia wybiega to, jak taki mały motorek może to wszystko uciągnąć? Widać może, bo akurat rusza. Jeżeli chodzi o dwukołowy transport to Azja szokuje mnie od pierwszego dnia. Od dnia, kiedy zobaczyłem, że oni tymi skuterami są w stanie przewieźć niemal wszystko począwszy od mebli w trakcie przeprowadzki, po transport całej kuchni z restauracją w jednym, czy jak właśnie widać, przewozie kilku osób na raz.

W Khiri Khan zdecydowałem się wysiąść nie dla niego samego, lecz z powodu leżącego 50 km na północ prawdopodobnie jednego z najsławniejszych, a na pewno najstarszego Parku Narodowego Khao Sam Roi Yot. Dostać się do niego możliwe będzie prawdopodobnie tylko z pomocą wypożyczonego gdzieś skutera i to jest moje pierwsze zadanie po ulokowaniu się w wynajętym pokoju niedaleko stacji i bardzo blisko centrum. Tu zresztą wszystko jest bardzo blisko centrum, bo jak wspomniałem miasteczko niewielkie, ale za to urocze. Szukając wypożyczalni motorów przemierzam miasto praktycznie dookoła: najpierw przepiękną promenadą, potem szeroką plażą z długim molo i wspaniałym widokiem na zatokę, następnie wąskimi, kolorowymi uliczkami obstawionymi straganami z najlepszym tajskim jedzeniem, prowadzącymi do owocowego targu. Tutaj przerwa. Widzę wystawione przy ulicy motorki. Szybko dobijam targu. Od jutra rana będę już mobilny. Teraz mogę skoncentrować się na tym, co prawdę powiedziawszy, od postawienia pierwszych kroków w mieści, przyciąga mój wzrok. Tuż przy plaży, na szczycie stromej góry błyszczy w słońcu buddyjska świątynia, do której prowadzą kręte, wysokie schody. Pomny przedwczorajszej niedyspozycji wywołanej przemęczeniem, a jednocześnie niezmiernie ciekawy widoku roztaczającego się z góry uporczywie szukam odpowiedzi na brzmiące mi w głowie szekspirowskie pytanie – go or not to go? Dramaturgia zawarta w pytaniu nasila się, gdy gnany ciekawością staję u podnóża wzniesienia. Otoczony stadem wścibskich, niezbyt przyjaznych małp, czując pierwsze krople potu spływające po plecach, zadzieram wzwyż głowę, próbując ogarnąć bezmiar wijących się przede mną schodów i oślepiony ostrymi promieniami słońca ponownie słyszę – iść czy nie iść?  Oczywiście, że iść. Ale bardzo powoli – decyduję, znajdując, jak mi się wydaje niezły kompromis. W kilkanaście minut jestem na górze. Remontowana, więc niezbyt ciekawa świątynia nie zachwyca. Za to widok! – I owszem. Dla takich widoków warto dokonywać nawet herkulesowego wysiłku (tym razem taki nie był), a szekspirowskie pytanie zawsze pozostawiać z jedynie słuszną odpowiedzią – iść.

Skoro jadę do Parku Narodowego Khao Sam Roi Yot, a jest on jednym z najpiękniejszych parków Tajlandii, to znaczy, że dzisiejszy dzień będzie też jednym z najpiękniejszych? To się dopiero okaże. Do parku mam około 50 km, a więc nieco ponad godzinę jazdy moplikiem. W praktyce okazuje się, że przekraczam ten czas prawie trzykrotnie – i to nie z powodu kraksy, awarii czy bardzo złego stanu dróg. Jadę tak długo z powodu przydrożnych znaków, a dokładnie mówiąc z powodu jednego szyldu. Do Parku mam skręcić w prawo, a strzałka przede mną informuje, że w lewo też jest coś fajnego. Domyślam się, że jest to teren gdzie można obserwować dzikie słonie w ich naturalnym środowisku. Kto rano wstaje temu Pan daje – myślę i automatycznie wciskam migacz w lewo. Czasu z pewnością starczy mi i na park i na słonie. To coś gdzie mam nadzieję zobaczyć słonie w ich naturalnym środowisku okazuje się być nie tylko ogromnym terenem, po którym wprawdzie przechadzają się słonie, o czym informują znaki ostrzegawcze przy drodze, ale też ogromnym nieporozumieniem. Za niebagatelną sumę 50 dolarów można wykupić miejscówkę w wyjeżdżającym o 14 jeepie i wziąć udział w godzinnym objeździe okolicznych terenów z gwarancją natknięcia się na słonie – coś a`la safari. Chyba nie muszę dodawać, że nie korzystam z takich turystycznych atrakcji. Trochę zawiedziony wracam na drogę do parku Khao Sam Roi Yot. Droga przez cudowne plantacje ananasów szybko zaciera powstały przed chwilą zawód, a podarowane przez zbieraczy soczyste, słodkie owoce, lądując w koszyku na kierownicy motorka, całkowicie go wymazują. Szkoda tylko, że niedane jest mi nacieszyć się długo świeżymi ananasami, nie wspominając, że w ogóle nie mam szans ich spróbować. Chwilę nieobecności przy motorze, potrzebną do wykupienie biletu wstępu do parku, skrzętnie wykorzystują wszędobylskie, okropne złodziejaszki z długimi ogonami. Jedyne co mi po moich ananasach zostaje to obrazek uciekających z nimi małp. Dobre i to, bo przyznacie, nie często ma się okazję coś takiego zobaczyć. One jedzą moje owoce, ja się oblizuję i w ten sposób zawiązuję niejako ścisły kontakt z otaczającą mnie naturą. A natura jest tu niesamowita.

Park Khao Sam (będę używał takiego skrótu) to ogromny teren, obejmujący prawie 100 km2, z czego jedna piąta to obszary morskie. Dlatego jest to pierwszy morski park narodowy założony w Tajlandii w roku 1966. Jego nazwa oznacza „Górę o trzystu wzgórzach”, co odnosi się do jego położenia na setkach piaskowych gór, z których najwyższa sięga ponad 600 m n.p.m. Bliskość uchodzących do morza rzek sprawia natomiast, że niebagatelną część parku stanowią największe w Tajlandii słodkowodne bagna, a pośród wzgórz rozciągają się połacie setek hektarów bujnej roślinności. Tak cudnej krainie mam możliwość, choć w nikłym stopniu, przyjrzeć się z usytuowanego na wysokości około 400 m.n.p.m punktu widokowego Khao Daeng View Point, na który się właśnie wdrapałem. Z góry widzę, że faktycznie nie sposób w jeden dzień objechać całego parku i rację miała pani sprzedająca mi bilet wstępu zaznaczając na dołączonej mapie trzy najciekawsze punkty. Pierwszy to właśnie leżący na gęsto zalesionej i stosunkowo stromej górze, tuż przy wejściu do parku, punkt widokowy, na którym właśnie stoję. Po zmęczeniu i udarze sprzed kilku dni nie ma już śladu, a wczorajszy spacer po schodach do świątyni w Khiri Khan znakomicie mnie rozgrzał toteż dzisiaj z ochotą i bez problemów mogę śmigać po niezbyt wysokich, ale kamienistych i stromych wzgórzach parku Khao Sam. Drugi punkt na mojej mapie to odległa o 10 km jaskinia Sai (Sai Cave), do której również muszę się wdrapać na około 300 metrów po kamieniach lub częściowo wykutych w skale schodach. Widok z góry nie jest tym razem tak oszałamiający jak poprzednio, za to sama jaskinia robi ogromne wrażenie. Monstrualne rzeźby utworzone przez tysiące zlepionych z sobą stalaktytów i stalagmitów powodują, że czuję się jak w zaczarowanym świecie bajek, a pilnujące wejścia do jaskini cudowne małpki z białymi czuprynami i takowymi obwódkami dookoła oczu dodatkowo to uczucie potęgują. Nie mam pojęcia co to za gatunek. Może ktoś wie i podzieli się tą informacją w komentarzach? Z góry dziękuję. Po kamiennych schodach pędzę w dół, odpalam ciągle jeszcze gorący motorek, temperatura w słońcu sięga z pewnością 50 stopni, a nigdzie nie znalazłem cienia, w którym mógłbym go schować i już gnam do następnego punktu. Pustą ulicą (gorąc skutecznie odstrasza od wychodzenia z domu), wzdłuż zatoki wracam do głównej drogi. Tu o dziwo mimo upału spora grupa ludzi chroniąc się pod kolorowymi parasolami w rytmie głośnej muzyki, wydobywającej się z jadącego przodem samochodu, podąża do pobliskiej świątyni. Nie zatrzymuję się, bo w takich przypadkach zwykle ja bywam dla tubylców większą atrakcją niż oni dla mnie i muszę z każdym się witać i pozować do zdjęcia, a na to teraz nie mam czasu. Kierując się dalej na północ, przejechawszy następne 10 km docieram do podobno najciekawszego miejsca w całym parku do jaskini Nakhon Cave. Znaczy się do jaskini jeszcze nie docieram, bo to trochę trudniejsze zadanie. Najpierw parkuję motorek przy szerokiej piaszczystej plaży Hat Laem Sala. W jednej z bud z pamiątkami, napojami i jedzeniem posilam się niezawodną tajlandzką zupą, nadrabiam utraconą energię słodką, zimną coca colą i w jakiś niezrozumiały sposób zasięgam języka jak się dostać do poszukiwanej jaskini. Mój mizerny angielski na nic się przydaje. Dużo bardziej pomocny jest wrodzony talent aktorski i po krótkiej konwersacji rękami i nogami wydaje mi się, że wszystko wiem. Jaskinia wydrążona jest we wnętrzu góry leżącej za tą górą, pod którą stoję. By się do nie dostać możliwości są dwie. Pierwsza, z której jak widzę korzystają nieliczni turyści to przeprawa łódką przez morze dookoła góry. Z plaży po drugiej stronie najpierw drogą, a potem kamienistą ścieżką trzeba do jaskini maszerować jakieś pół godziny. Koszt wynajęcia łódki to… nawet nie pytam, bo ta wiedza jest mi zbędna. Od razu wiem, że wybiorę drugą opcję, czyli dotarcie do plaży przez sterczącą nade mną górę Trian. Czas marszu około 45 minut. Dopijam colę, uzupełniam pusty już skórzany bukłak zimną wodą, łapię głęboki wdech i już drapię się po skalistych schodach szybko zostawiając motorek i szeroką plażę nie tyle za mną, co pode mną. Chłonąc boskie widoki na Zatokę Tajlandzką, piękniejące z każdym kolejnym schodem, nawet nie zauważam, kiedy jestem na szczycie, a po paru następnych, znacznie lżejszych minutach, na cudownej, schowanej za szeregiem wysokich palm, plaży. Chłodna woda tylko na chwilę studzi rozgrzane i spocone ciało. Mimo iż jej temperatura jest przyjemna, to dłuższe przebywanie pod morderczym słońcem, a w wodzie jak wiadomo nie ma cienia, nie jest możliwe. Lekko schłodzony uciekam pod palmy. Stąd do jaskini już drobnostka – 500 metrów prosto i płasko przez las i potem 430 metrów po kamieniach i w górę. Następne 45 minut i powinienem być. Uff – jestem.

Największa atrakcja parku, którą niewątpliwie jest jaskinia Phraya Nakhon, przypomina gigantyczną, wręcz królewską komnatę. Pewnie to podobieństwo podsunęło komuś pomysł by z okazji wizyty króla Chulalongkorna (Rama V) w 1890 roku wybudować w niej Pawilon Khuha Kharuehat? Pawilon ustawiono tak, że przez kilka miesięcy w roku, słońce wpadające do jaskini przez naturalny, wielki prześwit w suficie, świeci bezpośrednio nad nim tworząc: po pierwsze nieprawdopodobny efekt wizualny, a po drugie dowód na to, że czasem natura może chadzać z kulturą pod rękę. W takich miejscach troszeczkę żałuję, że nie noszę ze sobą dużego, profesjonalnego aparatu fotograficznego, którym lepiej mógłbym przekazać takie wizualne cudeńka. Oczywiście żal to tylko chwilowe uczucie, momentalnie przegonione wspomnieniami wspinających się po górach turystów, szczególnie tych ze kośnymi oczami, stękających pod ciężarem, ogromnego profesjonalnego sprzętu. Schodząc wąską, kamienistą ścieżką z powrotem do plaży rad jestem, że mam przy sobie tylko mały aparat, krem przeciwsłoneczny i butelkę wody. O! – przede mną na balustradzie usiadła na chwilę rodzinka bardzo płochliwych małp z blond czuprynami (dalej nie wiem, jaki to gatunek) i ja szybko jak Gary Cooper w „W samo południe”, dobywam z kieszeni aparat i błyskawicznie strzelam kilka zdjęć. Dużym, zapakowanym, sprzętem raczej niemożliwe. Aczkolwiek, jeżeli się uda po rozstawieniu statywu i długim oczekiwaniu na właściwy moment to z całą pewnością takie zdjęcie jest dużo lepsze. Moje jednak z powodu szybkości wyszło niezbyt ostro. Poza małpami, których nazwy nie znam, makkakami, których dookoła jest pełno, przy odrobinie szczęścia (ja tę odrobinę mam) zobaczyć można tu jeszcze malajskie jeżozwierze i jelenie, a parę kilometrów dalej, tam gdzie byłem rano: dzikie słonie i azjatyckie woły tzw. gaury. Ponadto fruwa tu ponad 300 gatunków niespotykanych w innych rejonach świata ptaków, a wypływając niedaleko od brzegu natknąć się można na delfiny, które przypływają tutaj aż z birmańskiej Irawadi. Słowem kraina fauną i florą płynąca.

Słońce powoli schodzi za wapienne wzgórza Tenasserim. Czas wracać do domu. Jadąc powoli z powrotem zostawiam za sobą nie tylko ich najwyższy szczyt Khao Krachom wznoszący się na 605 m.n.p.m., idylliczne krajobrazy utworzone z rozciągających się między górami bagien, z których niektóre zamieniono na farmy krewetek, niezliczoną ilość ptactwa wyruszającego na wieczorne łowy, ale przede wszystkim przepięknie spędzony tu dzień. Po godzinie jestem ponownie w Khiri Khan, w którym po całym dniu spędzonym w ciszy i spokoju najstarszego parku, chętnie oddaję się miejskiemu gwarowi. Miasteczko dopiero po zachodzie słońca budzi się z całodniowego, spowodowanego wysoką temperaturą letargu. Teraz wszyscy żyją. Ci tańczą, ci jedzą, ci spacerują, a jeszcze inni, tak jak ja, robią wszystko naraz. To był naprawdę piękny dzień.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł