Nadszedł  długo oczekiwany dzień. Dzisiaj w końcu wyruszam w góry na od dawna planowaną wędrówkę. Prognoza pogody bez zmian wskazuje, że jutro będzie ciepło i słonecznie, czyli otwiera się tak zwane pogodowe okienko. Nie mam powodu by jej nie wierzyć. Wczoraj faktycznie zgodnie z przewidywaniami lało, grzmiało, było mokro i zimno i cały dzień tak, jak zakładałem przeleżałem z książką pod kołdrą. Zrozumiałe więc, że z ogromną radością dzisiaj wyskakuję z łóżka skoro świt, pakuję najpotrzebniejsze rzeczy: śpiwór, szczoteczkę do zębów i coś do jedzenia na trzy dni, do małego plecaka i już mnie nie ma. Od punktu wyjścia na szlak dzieli mnie około 70 km, które przebędę albo autostopem albo liniowym autobusem – jeszcze nie wiem. Zależy od ceny biletu i godziny odjazdu. Autobus mieści się  w górnym przedziale akceptacji toteż za chwilę w nim siedzę, a za następnych parę chwil wysiadam na parkingu Divide, gdzie zaczyna się lub kończy, zależy z której strony patrzeć, jeden z piękniejszych wędrownych szlaków Nowej Zelandii – Routeburn Track.  Na razie jeszcze niewiele o nim wiem. Tylko takie tam encyklopedyczne wiadomości, że jego długość to 32 km, że różnica wzniesień między najniższym a najwyższym punktem to prawie 800 m, że  prowadzi zarówno przez deszczowe lasy, jak i wysokogórskie skalne przełęcze, że po drodze są 4 schroniska i przede wszystkim, że koniecznie trzeba go przejść. Skoro trzeba to ruszam. Dzisiaj tylko do pierwszego schroniska Howden, bo tylko w nim udało mi się zarezerwować dwa noclegi. Przede mną pierwsze 4 km, a więc około godziny marszu. Niewiele. Godzina dopiero południowa, a ja oprócz dojścia do schroniska nic więcej na dzisiaj nie mam w planach. Nic nie stoi zatem na przeszkodzie by odbić ździebko od głównego szlaku i jeszcze dzisiaj zdobyć niewielkie wzniesienie Key Summith  – 919 m.n.p.m, a więc powyżej granicy lasu, z którego podobno podziwiać można wspaniałe widoki na: doliny Hollyford, Eglinton i Greenstone, na górskie pasma Humboldt i Darren i trochę wytężywszy wzrok na jezioro Marian. Jasne, że długo nie muszę sam z sobą dyskutować. Choć nie zawsze się zgadzamy to akurat teraz obydwa moje „ja” są zgodne – idziemy. Dwie godziny zboczenia z trasy nic mi nie szkodzą, a każdy widok, każde przeżycie w przepięknych nowozelandzkich alpach jest na wagę złota o czym mam nadzieję świadczą zamieszczone poniżej fotki.

Wczesnym popołudniem meldują się w prowadzonym przez pochodzącą z Berlina frau Agnes, schronisku „Howden”. Rozglądam się nieco po okolicy ślicznie położonej w dolinie nad górskim jeziorem Howden i długo nie marudzę. Bardzo wcześniej kładę się spać w śpiworze na drewnianej pryczy by jutro również bardzo wcześniej wstać i jeszcze przed wschodem słońca wyruszyć w drogę.

 

„Jest czwarta nad ranem, już kończy się grudzień …” śpiewał Leonard Cohen w „Błękitnym prochowcu”, a ja patrząc na zegarek przypominam sobie te słowa. Wprawdzie poza godziną wszystko jest inne – ani nie jestem w Nowym Jorku, ani nie kończy się grudzień, tylko ta pora dnia. Czwarta nad ranem!  A ja już po kawie i kromce chleba wychodzę na szlak. Nie jestem na tyle niecierpliwy by nie poczekać przynajmniej do wschodu słońca. W góry o tej porze wygania mnie fakt, że brak wolnych miejsc noclegowych w następnych schroniskach zmusza mnie do powrotu tutaj, czyli po prostu ile dzisiaj przejdę tam i z powrotem tyle moje, a chcę, żeby tego było jak najwięcej. Taki jakiś pazerny na te góry się zrobiłem 😉  Cała trasa 32 km, bez 4 które już przeszedłem wczoraj wygląda tak:

  • Divide parking – Howden schronisko 4 km ok. 1 -1,5 godz. (wczoraj)
  • Howden – Mackenzie schronisko 9 km 3 – 4 godz.
  • Mackenzie – Harris Saddle Shelter   8 km 3-4 godz.
  • Harris Saddle Shelter – Routeburn Falls schronisko mocno w dół 3 km 0,5 -1 godz.
  • Routeburn Falls – Routeburn Flats schronisko mocno w dół 2 km 0,5 -1 godz
  • Routeburn Flats – Routeburn Shelter parking 6 km 1,5 -2 godz.

Marzy mi się by dojść przynajmniej do Harris Saddle albo jeszcze kilometr dalej nad, podobno piękne, górskie jezioro Harris. Lekko licząc potrzebuję na to 6 – 7 godzin w jedną stronę, czyli razem 14. By wrócić przed zmrokiem około 18:00, 19:00 muszę wyjść o czwartej nad ranem. No to wychodzę. W plecaku mam tylko wodę, lekką przegryzkę i kurtkę przeciwdeszczową, w ręce kije, w sercu radość, a w głowie sporo pozytywnych myśli – jednym słowem jestem przygotowany najlepiej jak to możliwe. Pogoda zapowiada się świetna także wszystko powinno być dobrze.

Pierwsze kroki w zupełnie pustym i ciemnym lesie oświetla mi jedynie księżyc. Słońce powolutku zaczyna dopiero rozjaśniać skaliste szczyty w momencie, gdy wychodzę na ponad 900 metrów, czyli kiedy minąłem granicę lasu. W lesie z powodu ciemności bardziej słyszałem niż widziałem kilka wodospadów. By zobaczyć je w pełnej okazałości, koniecznie muszę wrócić tu przed zachodem słońca powtarzam sobie w myślach i notuję w pamięci. Wodospady to mój konik.

Droga ze skalnych szczytów zaczyna opadać znowu w kierunku lasu i dalej w kierunku doliny, gdzie nad sporym jeziorem Mackenzie stoi duże schronisko o tej samej nazwie. Zgodnie z planem jestem tu o 7. Poza dwiema osobami, które już też szykują się w trasę, nie ma żadnego ruchu. Widać 7 rano i tu jest bardzo wczesną porą, a ja już pierwszy odcinek mam za sobą. Nie robię długiej przerwy. Tylko parę łyków wody i idę dalej. Przy skąpym świetle schowanego jeszcze po drugiej stronie gór słońca nie bardzo można podziwiać ani kolorów górskiego jeziora, ani otaczającej doliny i porośniętych deszczowym lasem górskich zboczy. Wszystko to zobaczę przy powrocie.

Teraz dosyć stromym traktem przebijam się znowu przez barierę lasu, by po przekroczeniu jego granicy na 900 metrach wspiąć się skalistą ścieżką na pierwszy szczyt 1100 m.n.p.m  i jak to zwykle na szczytach bywa, po odczekaniu, aż zaparty w płucach dech się ponownie odblokuje, wyszeptać sakramentalne łaaaaał. Słońce już dostatecznie oświetla przeciwległe ośnieżone wierzchołki, widoki są przenajcudowniejsze. Czas też taki, że można zarządzić pierwszą dłuższą przerwę i właśnie ją zarządzam. Plecak i kije na bok, aparat do ręki, dwa kroki tu i uwieczniam widok z lewej, trzy kroki tam i mam na karcie widok z prawej. Teraz odkładam aparat. Siadam na skalnym gzymsie i nic nie robię tylko patrzę, patrzę i patrzę i napatrzeć się nie mogę. Cudo. Po prostu cudo.

Od teraz droga tylko czasami lekko opadając lub łagodnie się wspinając, przez skalne przełęcze i porośnięte bujną trawą polany, prowadzi prosto na następny szczyt Harris – Sattel w języku Maori  Tarahaka Whakatipu  na wysokości 1220 m.n.p.m. Nie jest to dosłownie szczyt tylko przełęcz, przez którą można przejść na drugą stronę górskiego pasma. Robię to od razu. 20 minut za przełęczą jestem nad jeziorem Harris i zdaje się, że zgodnie z planem jest to najdalszy i najwyższy punkt,do którego dzisiaj dotarłem. Jeszcze parę kroków wzdłuż jeziora na przeciwległą skałę, którą szlak prowadzi w kierunku Routeburn Falls przekonuje mnie, że nie ma sensu iść dalej. Ścieżka za chwilę opada stromo w stronę lasu, a tam widoki już kiepskie. Wprawdzie sam wodospad Routeburn może być ciekawy, ale na mnie czeka jeszcze przecież wodospad Earlland, którego z powodu porannych ciemności nie dało się ujrzeć. Muszę dotrzeć pod niego najpóźniej między 17-tą, a18-tą.

Jezioro Harris mam uwiecznione z każdej jego strony w aparacie i w głowie. Nic nie stoi na przeszkodzie by odtrąbić do powrotu. Na przełęczy Harris ustawiono dwa malutkie, drewniane domki, jest też toaleta – wszystko chyba po to by umożliwić wędrowcom jak najlepsze warunki na przyrządzenie i skonsumowanie lunchu. Skoro tak to posłusznie się dostosowuję. Chleb, pomidor trochę sera, jajka na twardo i woda to wszystko co w dzisiejszej karcie menu. Niby niewiele, ale za to jakie pyszne. Nic nie smakuje tak dobrze jak chleb z serem na wysokości ponad 1000 metrów po 8 godzinach marszu. Na kościele Mariackim w odległym o 10.000 kilometrów Krakowie trębacz właśnie przykłada do ust złotą trąbkę by wydobyć z niej pierwsze nuty hejnału i jest to dla mnie jednoznaczny sygnał, że czas kończyć posiłek, podnieść d, zarzucić już prawie pusty plecak i ruszać z powrotem do Howden.

 

Droga powrotna, mimo lekkiego zmęczenia jest z powodu pięknego oświetlenia, wysoko nade mną świecące słońce, o wiele atrakcyjniejsza. Teraz dopiero widać w całej swej krasie i śnieżne języki na skalnych urwiskach, przeróżne barwy deszczowego lasu, rozciągającego się 200 merów pode mną, błękitno-niebieskie wody, niesione wartkim nurtem szerokiej rzeki, płynącej gdzieś bardzo nisko w dole, a przede wszystkim zielone jezioro Mackenzie, którego rano w ogóle nie mogłem rozpoznać. Teraz po zejściu do schroniska dla ochłody i odpoczynku zażywam w nim kilkuminutowej kąpieli. Niedługiej wszakże, bo czas albo bardzo przyspieszył, albo ja nieco zwolniłem (czy to z powodu zmęczenia czy z częstszych przystanków na fotograficzne sesje) w każdym bądź razie by zdążyć zobaczyć wodospad muszę się spieszyć. Tym razem pośpiech wbrew ogólnej opinii, że się nie opłaca, mi się opłacił. 174 metrowy wodospad Earlland czeka na mnie nie tylko z cudownym warkoczem wody. roztrzaskującym się o urwistą grań, ale dodatkową związał go śliczną tęczową kokardą. Fotografia, na której uwieczniłem to cudowne zjawisko z pewnością nie oddaje atmosfery miejsca, ale i tak jestem pewien, że patrząc na nią rozumiecie co czuję będąc pod samym wodospadem i czując bryzę jego wód na twarzy.

Mija 14 godzina drogi, a do schroniska brakuje mi jeszcze kilkanaście minut. Z ulgą, bo od czasu rozstania z wodospadem, zmęczenie kilkunastogodzinnym marszem po górach nagle gwałtownie się wzmogło, dostrzegam dachy schroniska. 36 km i prawie 15 godzin to nie tylko wystarczająco jak na jeden dzień, ale znacznie ponad miarę. Mimo wszystko, mimo zmęczenia i bólu w nogach zdecydowanie się opłacało. Szybko ściągam buty, szybko wypijam gorącą herbatę i jeszcze szybciej pakuję się w śpiwór by jak najszybciej zamknąć oczy i w horyzontalnej pozycji przeżyć cały dzień jeszcze raz.

Na zakończenie chciałbym wspomnieć o tych, którzy z wyprawy do schroniska nie wrócili. Trasa Routeburn chociaż piękna i niezbyt trudna czasami bywa niebezpieczna. Po drodze natknąłem się na dwie tabliczki upamiętniające tragiczne wypadki. W 1963 roku, życie na szlaku straciło dwoje 13 letnich dzieci: Heather Anne McElligott i Bryan William Lamb. Niedawno bo w 2016 roku na szlaku na zawsze pozostał czeski turysta 27 letni  Ondrej „Kuki” Petr.

Jutro, czyli już dzisiaj, pogoda całkiem się zmienia. Nisko wiszące chmury zasłaniają przepiękne wczorajsze widoki. Miałem naprawdę dużo szczęścia, że udało mi się wstrzelić w ten jedyny pogodny dzień. Pakuję majdan, ubieram na bardzo zbolałe nogi traperskie buty i znowu jestem na szlaku. Ostatnie 4 km do parkingu Divide wydają się być trudniejsze niż 36 wczorajszych. Z parkingu po 10 minutach czekania, zabiera mnie autostop – małżeństwo z okolic Dresna, podróżujące po Nowej Zelandii dużym caravanem. Godzina jazdy i znowu jestem w Te Anau i znowu muszę zmierzyć się z pytaniem – co dalej?

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł