22 maja 2018

Zgodnie z wczorajszym postanowieniem opuszczamy dzisiaj Amed. Jednak nie następuje to bezpośrednio, jak to do tej pory bywało, po przebudzeniu. Dzisiaj od rana dajemy sobie na wszystko czas. Świadomość, że droga do portu, skąd odpłyniemy na Nusę Penidę, nie jest ani długa ani trudna, pozwala do woli, a przynajmniej do południa, relaksować się jeszcze przyjemnościami kurortowego miejsca. Najpierw długo celebrujemy, własnoręcznie przygotowane i spożywane na tarasie z widokiem na morze, śniadanie. Są uwielbiane przeze mnie pomidory, są gotowane jajka (mamy w przedpokoju małą kuchenkę), jest dżem i świeże pieczywo. Gdy do tego właścicielka pokoju donosi kawę i naleśniki z bananem (niezwykła indonezyjska gościnność nieustannie mnie zachwyca) to nasze poczucie szczęścia sięga zenitu. Sięga. Sięga, ale go nie przekracza. Przekroczy go dopiero wtedy, gdy po śniadaniu wolniutkim spacerkiem, szeroką plażą, z ubranym w pierzastą czapę, wulkanem w tle, dojdziemy do błękitnej zatoki. Tutaj z maskami na twarzach znikamy na długie chwile pod taflą spokojnej, błękitnej wody by po raz wtóry oddać się uciesze obserwacji bajkowego świata ukrytego w zakamarkach koralowej rafy. Teraz nasze poczucie szczęścia niczego nie sięga. Teraz ono po prostu nie posiada granic.

Wypoczęci i naładowani po brzegi pozytywną energią wyciągniętą z morskiego dna, zaraz po obiedzie ruszamy dalej na południe. Chcemy do jutra, możliwie wcześnie rano, dotrzeć na „jajeczko” znoszone przez „kurę” Bali, czyli na wyspę Nusę Penidę. Do portu Padangbai, skąd wypływają promy na wyspę prowadzą dwie drogi: pierwsza płaska, szeroka podobna do autostrady i druga węższa kręta prowadząca wzdłuż brzegu z jednej strony i stromych zboczy wulkanu z drugiej. Którą wybieramy? No właśnie – my już wiemy, a Wy? Pierwsze wzniesienia i rozprzestrzeniające się z nich krajobrazy potwierdzają, że wybraliśmy dobrze.

Pewnie, że nie ma nic za darmo. Za piękne widoki trzeba zapłacić zmęczeniem, które usuwamy licznymi postojami. W żaden sposób nie wpływa to jednak na jakość podróży. Wręcz odwrotnie. Wybierane miejsca postoju są dzięki cudownym widokom fantastyczne, a jedno z nich Taman Soekasada Ujung Water Palace, oprócz tego jest jeszcze nadzwyczaj ciekawe. Tu zatrzymujemy się na dłużej.

Tak się nam pięknie i ciekawie droga wije, że nawet się człek nie obejrzał, a tu słońce powoli kryjąc się za widnokręgiem pokrywa nas i wyspę ciemnościami, w których przyjdzie nam szukać schronienia na dzisiejszą noc. Po zmroku takie wyzwania są zawsze trochę trudniejsze niż w ciągu dnia, ale Asia i tym razem, chociaż nie bez kłopotów, radzi sobie z tym problemem znakomicie. Znajduje 6 km od portu tani, lecz niezbyt urodziwy pokój. Za to właściciel okazuje się na tyle urodziwy i sympatyczny, że cała reszta nam nie przeszkadza i dwa wygodne łóżka ze świeżą pościelą zupełnie wystarczają. Zostajemy.

23 maja 2018

Skoro świt, o tak zwanym suchym pysku, czyli bez jedzenia, pędzimy co sił w motorku do portu by jak najszybciej przeprawić się na wyspę i dopiero tam śniadaniem rozpocząć nowy dzień. Nie udaje się. Już ze znalezieniem miejsca, z którego odpływają promy mamy sporo kłopotów, a gdy szczęśliwi go znajdujemy, okazuje się, że przewożą one tylko ludzi bez pojazdów. Te większe, które zabierają motorki, motocykle i samochody, odpływają z innego portu, oddalonego jakieś 8 km stąd. Nie duże to dla nas wyzwanie. Jedziemy i w 20 minut meldujemy się w pilnie strzeżonej przez panów mundurowych strefie, z której odpływają statki i promy na większą wyspę Lombok i mniejszą Nusę Penidę. My na tą mniejszą. Niestety tu oczekuje na nas następna niespodzianka. Jedyny w ciągu dnia prom odpływa dopiero o 13:00. A my jako, że się od rana spieszymy jesteśmy tu już o 8:15. Wychodzi na to, że mamy bardzo  dużo czasu. Czasu, który wprawdzie chcieliśmy spędzić na rajskiej wyspie obok, ale co tam – trudno. Trudno, albo może nie trudno. Nie ma tego złego co by … itd. Sprawdzamy mapę i okazuje się, że południowo-wschodnie wybrzeże Bali posiada na tyle dużo fajnych miejsc, że na pewno do 13-tej nie będziemy się nudzić. Kupujemy bilety za 60.000 dla nas dwoje i 52.000 za motorek, zostawiamy w przechowalni plecaki i uciekamy z niezbyt ładnego portu na bardzo ładne pobliskie plaże. Na pierwszej – Bias Tugel Beach, zaraz przy porcie, zabudowanej małymi stylowymi knajpkami, jemy w końcu upragnione śniadanie. Na drugiej cudownej, schowanej nieco między stromymi skałami o, jakże odpowiadającej prawdzie nazwie, Blue Lagoon Beach pijemy soczek wyciśnięty ze świeżych owoców i nie odrywamy oczu od czarującego widoku na niebywale piękną, romantyczną zatokę. Na trzeciej z kolei – Pelabuhan Amuk, ciągnącej się między skalistymi urwiskami, spacerując po piasku i kamieniach szukamy wyrzuconych przez morze skarbów w postaci kolorowych muszelek (to ulubione zajęcie Asi). Aż nie chce się wierzyć, że gdzieś indziej może być jeszcze piękniej niż tutaj, a powiadają ludzie, że tak właśnie jest na Nusie Penidzie. Niewiarygodne! A czy prawdziwe? – za chwilę się przekonamy. Wybija 12-ta. Czas wracać do portu.

Po prawie godzinnym oczekiwaniu na zaokrętowanie, prom powoli odbija od brzegu i pozostawiając zielone wzgórza i złote piaski Bali za sobą zbliża się do naszej następnej, chyba już siódmej z 40 wysp należących do rozciągniętego równoleżnikowo łańcucha Małych Wysp Sundajskich, będących z kolei częścią Archipelagu Malajskiego położonego na wschód od Jawy. No to już mniej więcej wiadomo dokąd płyniemy? Czy właściwie gdzie wysiadamy? Statek właśnie dobija do brzegu. Jesteśmy na Nusie Penidzie – „Kurzym jajku” pomiędzy Bali i Lombok, na którym prawdopodobnie, o ile sprawdzą się opowieści o czarującej urodzie wyspy, spędzimy trzy następne dni.

Na razie jednak niestety nic na to nie wskazuje. Miasteczko, w którym wysiadamy nie zaskakuje niczym nadzwyczajnym. Wybetonowane plaże raczej odstraszają niż zachęcają, a kwatery noclegowe drogie i niezbyt urodziwe. Jednym słowem szału nie ma. Szukamy miejsca na nocleg dalej poza miastem. Zielony las palm (las palmas hihi) i piaszczysty brzeg zapowiadają zmianę niekorzystnego pierwszego wrażenia. Im dalej w las tym nie tylko więcej drzew, ale i wrażenia coraz lepsze. Niecałe 10 km za portem znajdujemy to o co nam chodzi. Bambusowe bungalowy, 100 metrów od morza, w środku palmowego lasu, wydają się być niezłym miejscem na dłuższy pobyt. Jeżeli mamy jeszcze jakiekolwiek wątpliwości to świeża ryba pieczona na patyku nad ogniskiem po drugiej stronie ulicy, definitywnie je rozwiewa.

24 maja 2018

Smażona ryba na kolację ostatecznie przekonała nas wczoraj o słuszności wybranego miejsca na nocleg. Nie rozwiązała jednak zagadki dotyczącej rzekomo nadzwyczajnej urody całej wyspy i słuszności decyzji o poświęceniu jednego lub dwóch dni w wypoczynkowym Amed na rzecz podobno piękniejszej Penidy. Ruszając po śniadaniu w głąb i na zachód wyspy będziemy się starali odnaleźć odowiedź na to tak nurtujące nas pytanie.

Nusa Penida jako niewielka wyspa  o owalnym kształcie (około 20 km długa i 12 km szeroka) i łącznej powierzchni 203 km² zasiedlona przez nie więcej niż 7.000 mieszkańców, wydawałaby się możliwa do objechania, nawet słabym motorkiem, w ciągu jednego dnia. Nic z tych rzeczy. Absolutnie, bezlitośnie dziurawe, kamieniste drogi, a czasem całkowity ich brak nie pozwalają rozwijać szybkości większej od dobrego marszu. Dodatkowym utrudnieniem są zatykające dech w piersiach widoki z urwistych klifów, które w ogóle nie pozwalają się poruszać. Przygważdżają do miejsca i każą trwać z wybałuszonymi oczami i otwartymi ustami nie wiadomo jak długo. Nic zatem dziwnego, że na pokonanie paru kilometrów potrzebujemy sporo ponad godzinę.

Pierwszym takim miejscem, które przybija nas do ziemi jest wzgórze nad Delphin Bay (zatoka delfinów), do którego mozolne dotarcie po niesłychanie makabrycznej drodze wyciska z czoła więcej potu niż prażące podrównikowe słońce, które też nie próżnuje. Delphin Bay mimo, że jest dopiero pierwszym punktem widokowym na naszej trasie, już wydaje się być najpiękniejszym miejscem na świecie. Aż trudno sobie wyobrazić co będzie dalej. Z lubością, aczkolwiek pewnie nieudolnie (oko obiektywu nie potrafi ogarnąć całego otaczającego nas piękna) staram się udokumentować moim małym aparatem fotograficznym wszystko co widzę. Małym, bo od czasu zmiany rodzaju podróży z kołowej na pieszą rozstałem się z ciężkim dużym aparatem i teraz  piękno świata uwieczniam jedynie małym, ale za to lekkim Lumixem z bardzo dużym zoomem.

Asia znając następne miejsca, do których mamy dotrzeć  (sama je przecież wybierała), widząc moją rozpromienioną i szczęśliwą twarz zaręcza, że dalej będzie równie bajerancko, a może i lepiej. Naprawdę ?– nie dowierzam. A jednak. To co widzimy na Angels Billabong, gdzie woda wydrążyła w skałach naturalne baseny, w których nie omieszkuję popluskać ciesząc się przy tym jak dziecko, a potem na Broken Beach, gdzie woda wydrążyła w skale naturalny tunel, tworząc w ten sposób jeden z najpiękniejszych mostów jakie widziałem, ostatecznie dowodzą, że rację mają Ci, którzy twierdzą, że Nusa Penida to najcudowniejsze, wprost zjawiskowe miejsce na mapie świata. A to podobno jeszcze nie koniec. Nie, nie dlatego, że pożerając cudne widoki jednocześnie pożeramy najsmaczniejsze zapiekane w cieście banany, podnosząc tym samy o parę kresek strzałkę na naszej skali samozadowolenia, ale dlatego, że Asia ponownie uparcie twierdzi, że dalej będzie jeszcze piękniej. Ponownie ma rację.

Wiele cudów widziałem w ciągu ostatnich pięciu lat włóczęgi przez świat. Jednak to co tu i teraz maluje się przed moimi oczami, o ile nie jest czymś najcudowniejszym to z pewnością plasuje się bardzo wysoko. Bukit Klingking, zatoka między wysokimi urwistymi klifami, wypełniona białym piaskiem, o który rozbijają się turkusowe fale, przerasta wszelkie wyobrażenie piękna. Mam wrażenie, że Balzak twierdząc, że najpiękniejsze rzeczy na świecie to: kobieta w tańcu, koń w galopie czy żaglowiec na pełnym morzu, nie widział tego co teraz widzę ja. Zresztą nawet gdyby widział to nie wiadomo czy byśmy się o tym dowiedzieli. Nie ma bowiem pewności, że nawet tak zacnemu mistrzowi słowa i pióra udałoby się w całym tym szalonym, niehamowanym zachwycie znaleźć odpowiednie litery i poskładać je w logiczny ciąg właściwych słów, opisujących roztaczający się wkoło widok. Taką pewność mam natomiast co do moich prób opisywania tego co oczy widzą, a głowa nie pojmuje.  Nie próbując się ścigać z Balzakiem, nawet nie szukam odpowiednich liter, słów czy zdań, a robię jedynie to co zawsze w momencie wielkiego zachwytu czynić zwykłem: otwieram usta i rozkładam ręce. Ciągle nie jestem pewien czy jawa to czy sen. Sądząc po minie Asi i jej również z zachwytu otwartych ustach, ona także nie jest pewna. Nie dowiemy się zatem oboje czy śnimy cy też nie, dopóki nie zanurzymy się w turkusowej toni i nie dotkniemy bosą stopą białego piasku. Do plaży jest niedaleko – około 200 metrów. Idziemy? Idziemy. Zastanawiacie się skąd to retoryczne pytanie? Otóż dzielące nas od plaży 200 metrów to odległość mierzona w pionie, a nie w poziomie. Tak wysoka jest ściana klifu, po której trzeba zejść by przekonać się czy to co jest w dole nam się śni czy jest naprawdę. Powoli, ostrożnie po prowizorycznych schodach zbudowanych z patyków, powiązanych sznurkiem, schodzimy do plaży starając się póki co nie myśleć o powrocie. Im niżej jesteśmy tym trudniej spojrzeć w górę, nie mówiąc już o wyobrażeniu sobie powrotnej wspinaczki. Ale to dopiero ewentualnie będzie. W tym momencie zdecydowanie ważniejsze jest to co jest, a jest bezapelacyjnie najpiękniej jak tylko można sobie wyobrazić. Chyba zwariowałem. Biegam jak szalony po całej plaży, nie zważając na rozdzierające plecy niczym ostrym nożem, gorące promienie wiszącego tuż nade mną słońca. Wskakuję do wody nie dbając o kręcące mną fale niczym bęben kręcący pranie w automatycznej pralce. Strzelam dziesiątki, a może setki zdjęć, nie zastanawiając się, że słona woda i drobny piasek w jednej sekundzie zamienić mogą mój aparat w nieużyteczną kupkę plastiku. I dopiero nasyciwszy się do cna urokiem najpiękniejszego miejsca w Indonezji, niczym Zagłoba czerwonym winem (pewnie tak samo się nam kręci w głowach) siadam przy Asi w cieniu powalonej palmy i pozwalam rozsądkowi wrócić na swoje miejsce. Jeszcze raz powoli, trzeźwym umysłem kontempluję co tak naprawdę się dookoła dzieje i dopiero w ten sposób dostrzegam, że condicio sine que non (warunkiem koniecznym – jak by powiedzieli Rzymianie, gdyby tu byli) do zrozumienia otaczającej mnie rzeczywistości nie jest bieganie, skakanie i fotografowanie tylko spokojne siedzenie, lubieżna obserwacja i głęboka zaduma ad infinitum.

No cóż – łacińskie cytaty nie są już dziś w modzie jak ongiś, gdy mistrzowie pióra ubarwiali nimi swoje teksty (np. Mickiewicz w „Pani Twardowskiej” …. Twardowski ku drzwiom się kwapił Na takie dictum acerbum, Diabeł za kuntusz ułapił: „A gdzie jest nobile verbum?”…), jednak kierując się radami Marka Grechuty, który „słowami perlił jak z pereł kolie”, postanowiłem takimi perełkami dodać opisowi plaży Bukit Klingking odrobiny blasku by w ten sposób przybliżyć wrażenie jakie na mnie wywarła.

Czas wracać na górę. Zbieram powyrzucane z plecaka rzeczy i nagle, ze zdumieniem znajduję w piasku pod ubraniami klucz od skutera. Nie nasz. Nasz mam przyczepiony na łańcuchu do wewnętrznej kieszeni. Przez sekundę widzę zdziwioną twarz właściciela, który pokonawszy w 50 stopniowym upale xxx schodów po pionowej 200 metrowej ścianie, orientuje się że nie ma klucza. Robi mi się go bardzo żal. Pewnie wróci się na dół i będzie szukał – myślę, mimo iż szansa znalezienia małego klucza w dużym piachu nie jest wielka. Na wszelki wypadek oddaję klucz chłopakom handlującym obok chłodnymi napojami. A nóż, widelec komuś to pomoże.

Wdrapawszy się po stromej ścianie, sapiąc i stękając srogo, momentalnie szukamy zacienionej knajpy i zimnego piwa. Już przy pierwszym łyku cudownego napoju, wspaniale chłodzącego nasze spocone, zdyszane i z ledwością łapiące oddech ciała, wykończone kilkudziesięciominutową wspinaczką, przy stole zjawia się jeszcze bardziej od nas zmęczony, ale ogromnie ucieszony wysoki, dobrze zbudowany, mówiący płynnie po angielsku blondyn. Trzyma w ręku znaleziony przeze mnie klucz. O! – fajnie, że go masz, bo znalazłem go w piachu i oddałem chłopakom – mówię, równie ucieszony jak on. On tylko patrzy tak jakoś z góry i odchodzi bez słowa. Nie ma nawet zwykłego thanks. Szkoda. Pewnie się zastanawiacie skąd był. Też się zastanawiam i sądząc po akcencie chyba wiem. Nie wyciągam jednak zbyt pochopnych wniosków, nie generalizuję. Byłem przecież kilka miesięcy w tym kraju, o którym Wy myślicie, a ja wiem i nie mogę potwierdzić, że wszyscy tam są tacy. Wręcz odwrotnie – trafiałem zawsze na bardzo miłych, serdecznych ludzi.

Powoli wracamy do hotelu. Powoli, bo kamienista, dziurawa, kręta droga od rana nie poprawiła się ani o jotę. Mimo, jak mi się wydaje, moich nienajgorszych umiejętności prowadzenia jednoślada, muszę się bardzo starać i jeszcze bardziej koncentrować by nie tylko nie rozwalić motorka, ale i by nas w niepołamanym stanie dowieść do domu. Momentami jest tak źle, że Asia schodzi, nie chcąc zbytnio ryzykować zdrowiem lub życiem. Ja nie mając wyboru z zaciśniętymi wargami w niewytłumaczalny sposób przejeżdżam przez kamieniste torowisko. Fajnie, że przynajmniej mieszkańcy mijanych co jakiś czas skupisk kilku drewnianych domostw, które trudno nawet nazwać wioskami, wymownym gestem podniesionego kciuka i uśmiechem od ucha do ucha, dają znać że są pełni uznania dla moich motorowych wyczynów. Tylko Ci zajęci obserwowaniem walki kogutów nie bardzo zwracają na nas uwagę. To z kolei uzmysławia mi, że nie aż taki ze mnie kogut i nie ma się co zbytnio wychwalać.

Grzechem byłoby nie zakończyć tak wspaniałego dnia jakimś równie wspaniałym akcentem. Kolacja z drinkiem o zachodzie słońca w stylowej knajpce przy plaży świadczy, że oboje nie grzeszymy.

25 maja 2018

Wczorajszy dzień dostarczył tyle wrażeń, że nie przerobiwszy ich w ciągu nocy, przerabiamy je jeszcze raz od rana. Poza tym nie robimy dzisiaj absolutnie nic. Od dawna zasłużyliśmy sobie na taką przerwę. Przerwę, która nie tylko ma zrelaksować nasze wymęczone codziennymi eskapadami ciała, ale co ważniejsze pozwolić trochę odpocząć zmysłom, które od dłuższego już czasu dostają codziennie sporą dawkę emocji i można się zacząć obawiać czy aby ze szczęścia nie zwariujemy. Żeby z kolei nie zwariować z lenistwa to oprócz podniecania się wczorajszymi jeszcze raz przeżywanymi obrazami i nic-nie-robieniem, na chwilę wyskakujemy do centrum miasteczka by ponownie złapać kontakt z prozaiczną rzeczywistością. Jutro opuszczamy najcudowniejszą Nusę Penidę, więc trzeba zarezerwować bilet na prom, uzupełnić zapasy żywności i oddać ciuchy do pralni. W godzinę mamy wszystko załatwione. Pierwszy prom wypływa o 7-mej rano, następny o 12-tej. Bierzemy ten pierwszy. Dla Asi to ostatnie momenty nad morzem. Dla mnie zresztą, przynajmniej na jakiś czas też, więc przed dalszą jazdą w głąb Bali chcemy dokonać rytualnego pożegnania z nim, a najlepiej byłoby dokonać tego na poznanej trzy dni temu Błękitnej Plaży. Mamy szansę o ile wypłyniemy o siódmej rano. Zakupy też już przygotowane do spakowania, tylko z praniem trzeba czekać. Odbiór o siedemnastej. Nietrudno się domyśleć, że jak się cały dzień nic nie robi to trudno ze wszystkim zdążyć. Po odbiór prania przyjeżdżamy 2 minuty po piątej i zastajemy już tylko zamknięte drzwi. Tabliczka informuje, że open będzie ponownie jutro od 8 rano. Dwie minuty zniweczyły nasz cały misternie układany jutrzejszy plan. Zamieniamy rezerwację promu z 7-mej na 12-tą i zamiast żegnać się z morzem w Błękitnej Zatoce na Bali, postanawiamy dokonać tego aktu rano w krystalicznej zatoce (Crystal Bay) na Nusie Penidzie.

26 maja 2018

Poranek ostatniego dnia na Nusie Penidzie ponownie wyciąga nas z łóżek przed świtem. Wprawdzie żegnać się nigdy nie jest fajne, ale tym razem, skoro na rytualne pożegnanie wyspy i morza wybraliśmy niewielką romantyczną zatokę Crystal Bay, to gnamy do niej z radością i w wielkim pośpiechu by zdążyć jeszcze na ostatni wschód słońca. Zdążamy. Słońce powoli rozświetla przytulną plażę i leniwie, jakby od niechcenia uderzające o nią fale coraz bardziej turkusowych wód – nie wiem czy to jeszcze Morza Balijskiego czy już Oceanu Indyjskiego? Ale jakie to ma znaczenie? Ważne, że okolica malownicza, że woda ciepła i że nie ma nic przyjemniejszego, jak poranna w niej kąpiel. Tak długo żegnamy się z jednym z piękniejszych zakątków świata, że potem już wszystko musimy robić szybko. Szybko wracamy, szybko odbieramy wyprane ciuchy, szybko jemy śniadanie i szybko jedziemy do portu, bo prom jest już tuż tuż. Przynajmniej powinien być. I po co się było tak spieszyć? Prom podpływa z ponad godzinnym opóźnieniem.

Z powrotem na Bali lądujemy na tyle późno, że znowu lub też w dalszym ciągu musimy się spieszyć by dotrzeć do Ubud (to nasze ostatnie już miasto w trakcie 3 tygodniowej podróży) jeszcze przed zmrokiem. Jesteśmy o 17-tej i po bezproblemowym znalezieniu pokoju na dwie następne noce i zakwaterowaniu się, możemy w końcu wrzucić luz i zwolnić tempo.

 

27 maja 2018

Pokój bezproblemowo znaleźliśmy wczoraj oczywiście po raz kolejny dzięki Asi. Tym razem jednak nie za sprawą jej nadzwyczajnych zdolności, tylko dlatego, że mieszkała już tutaj z Jolką w czasie ich ostatniego pobytu w Ubud, miesiąc temu. Dobrze, że dziewczyny wtedy znalazły takie fajne miejsce, bo dzięki temu ostatnie dni na Bali spędzimy we wspaniałej, przypominającej bardziej buddyjską świątynię niż pensjonat, indonezyjskiej rezydencji.

A dzisiaj od rana załatwiamy już tylko wszystkie niezałatwione i pozostawione na koniec sprawy. Ja przede wszystkim muszę odwiedzić dentystę, bo parę dni temu wypadła mi plomba. Wizyta, chociaż jak to u dentysty nie bardzo przyjemna, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Po raz nie wiadomo który przekonuję się, że świat, który zwykliśmy opisywać jako trzeci lub co najmniej drugi, wcale tak bardzo nie różni się od naszego, a czasem nawet go przerasta. Mimo niedzieli cała operacja z naprawieniem zęba, w schludnym, czystym gabinecie trwa około pół godziny i kosztuje łącznie z zastrzykiem przeciwbólowym niecałe 20 euro. Jeszcze jakieś pytania? Asia z kolei potrzebuje sporo czasu na wyszukanie i kupienie drobnych upominków. Jak się wraca z tak dalekich egzotycznych wypraw to nie tylko należy przygotować się na długie opowieści i pokaz zdjęć, ale trzeba też każdemu przywieźć przynajmniej małym prezent. Targ w centrum Ubud doskonale nadaje się do załatwiania takich spraw. Przy okazji spaceru na targ, jakbyśmy to nie tylko my żegnali się z Indonezją, ale i Indonezja z nami, natrafiamy na kolorowy, prawdopodobnie poświęcony patronce i opiekunce Ubud, pochód.

Na koniec, ażeby nasz kilkutygodniowy pobyt na Bali zakończyć prawdziwym indonezyjskim akcentem, robimy to, na co już od dawna mamy ochotę, a obiecaliśmy sobie nawzajem spełnić tę zachciankę, jako prezent urodzinowy (oboje obchodziliśmy ten życiowy incydent miesiąc temu) właśnie ostatniego dnia w Ubud. Idziemy na godzinny, prawdziwy, relaksujący indonezyjski masaż.

28 maja 2018

Przedostatniego dnia, nie mamy już wiele do roboty. Wystarczy umyć nasz jakże niezawodny motorek, spakować po raz ostatni plecak, jeszcze raz przejść się po fantastycznym, egzotycznym Ubud i po obiedzie ruszyć w drogę do Kuty. Musimy pokonać ostatnie 30 km z ponad 1000 km drogi dookoła Bali. Mimo, że jadę bardzo powoli, to czas jednak leci nieubłaganie szybko i nie wiedzieć kiedy dojeżdżamy do kresu naszej podróży. W Kucie pod naszym starym, dobrym hotelem Kayun czeka już Ami Heri, właściciel wypożyczonego nam skutera (gdyby ktoś będąc na Bali potrzebował dobry, tani skuter to polecam Amiego, którego znaleźć można wśród moich znajomych na facebooku i w ten sposób nawiązać z nim kontakt). W momencie oddania dwóch kółek, które tak niezawodnie obwoziły nas po różnych drogach wspaniałej indonezyjskiej wyspy, czuję, że nasza fantastyczna wyprawa i niewyobrażalna przygoda de facto dobiegła końca.

 

29 maja 2018

Dzisiaj od rana wszystko co robimy, robimy w Indonezji po raz ostatni. Zaczynamy od ostatniego śniadania w hostelu Kayun, a potem wszystko leci już automatycznie: ostatni spacer na plażę, ostatnie zakupy, ostatni obiad, ostatnie pakowanie, ostatni kurs mototaxi, by wieczorem ostatni raz zameldować się na balijskim lotnisku Denpansar. Asi samolot do Warszawy odlatuje o 22-giej z minutami. Ja muszę na mój do Malezji do Kuala Lumpur, czekać do szóstej rano. Po długim i jak zwykle smutnym pożegnaniu z Asią, rozkładam sobie na metalowej ławeczce karimatę i śpiwór i na tak prowizorycznie zorganizowanym łóżku z plecakiem pod głową po raz ostatni zasypiam na Bali.

Za parę godzin skrzydlaty metalowy ptak uniesie mnie w przestworza, by kolejny już raz przekroczyć Równik i pozostawiwszy za sobą i we wspomnieniach południową półkulę, wysadzić mnie na północnej. Zasypiając mam nadzieję, że to co mnie na niej czeka, będzie równie piękne i ekscytujące, jak to co dane mi było przez kilkanaście miesięcy przeżywać na tej, na której słońce wstaje na zachodzie i kładzie się spać na wschodzie.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł