15 maja 2018

Poranek po piekielnie trudnym, ale widokowo niebiańskim dniu zastaje nas ponownie w iście rajskiej scenerii. Jest to wprawdzie zupełnie inny raj niż ten na szczycie Ijen po wschodzie słońca, ale nie o to teraz chodzi – raj to raj. Zgodnie ze złożoną po wyczerpujących, wulkanicznych ekscesach obietnicą, tak długo jeździliśmy wczoraj po północno – wschodnim wybrzeżu Bali w poszukiwaniu wymarzonego miejsca na kilkudniowy odpoczynek, aż w końcu w malutkiej miejscowości Banyuwedank znaleźliśmy to o czym marzyliśmy. Bungalowy hotel Whitesand Beach zjawił się nam faktycznie niczym długo oczekiwany Paradise. Sama nazwa Plaża Białego Piasku już jest przekonująca, a bambusowy domek z werandą i widokiem na zielone góry i błękitną zatokę dokonuje reszty. Na podjęcie decyzji, że to właśnie tu chcemy się relaksować nie potrzebowaliśmy więcej niż kilku sekund i oto właśnie dziś budzimy się w pokoju z bambusowymi ścianami, wśród śpiewu ptaku, zapachu owoców i bajecznego widoku wschodzącego słońca, odbijającego się w spokojnej wodzie zatoki. Zapowiada się bardzo leniwy dzień.

 

Leniwy w naszym przypadku z pewnością nie znaczy nudny. Na pewno nie będzie tak, że cały dzień nie wytkniemy nosa poza bambusowy pokój. Oboje z Asią należymy do tej grupy ludzkości, która najlepiej odpoczywa w trakcie chociażby minimalnej aktywności fizycznej. Zatem oprócz długiego wylegiwania się i cieszenia zupełną bezczynnością znajdujemy jeszcze czas i ochotę na objechanie motorkiem półwyspu i długi spacer po wymarłej rafie koralowej. Dla Asi to niewątpliwie brama do  trzeciego już raju w przeciągu zaledwie dwóch dni. Szeroka długa plaża obfitująca w morskie skarby typu resztki rafy, najrozmaitsze muszle i kolorowe kamienie to chyba najpiękniejsza rzecz jaka może ją spotkać na ziemi. Obserwując ją nad każdym znalezionym „skarbem” jestem pewien, że odziedziczyła po swoich praprzodkach silną potrzebę zbieractwa i chyba nic nie sprawia jej więcej radości niż wyszukiwanie wyrzuconych przez morze cudności. Moi przodkowie pewnie nie trudnili się zbieractwem, a że nawet nie ośmielam się domyślać czym przeto nic nie robiąc siedzę sobie na plaży wpatrzony w bezkres roztaczającego się wkoło oceanu, zadowalając się jedynie od czasu do czasu głębokim nurem w jego turkusowe głębiny.

16 maja 2018

To, że zdecydowaliśmy się na dłużej osiąść w tym właśnie miejscu zawdzięczamy nie tylko przepięknym krajobrazom i cudownemu bambusowemu domkowi, ale a może przede wszystkim bliskością rafy koralowej i jednym z najlepszych na Bali miejsc do snorkowania. Pobliska wyspa Menjangan, słynąca z różnorodności ryb i koralowców w połączeniu z nadzwyczaj dobrą podwodną widocznością, przyciąga tutaj niczym magnes pasjonatów tej podwodnej aktywności, do których i my z pewnością się zaliczamy. Jeszcze wczoraj wieczorem zarezerwowaliśmy sobie miejsce na łódce, która zaraz po śniadaniu ma nas zabrać na całodniowy rejs po zatoce, połączony ze postojem na wyspie Menjangen i kilkoma wyskokami w głębiny by zlustrować jej podwodny świat. Bilet gwarantujący miejsce w łodzi, dwa posiłki, napoje i jako, że Menjangan leży na terenie Narodowego Parku West Bali Barat, wstęp do tegoż parku, nie jest najtańszy, ale po wykazaniu się handlowym kunsztem mieści się w granicach naszego budżetu. Nie mogę napisać ile zapłaciliśmy za wycieczkę, bo jednym z warunków umowy i wynegocjowanej ceny jest zakaz jej zdradzenia, ale mogę zapewnić, że na pewno opłaca się targować.

Łódka dobija właśnie do brzegu. Chłopaki z hotelowej restauracji uwijają się by załadować schowany w styropianowych pudłach prowiant na cały dzień dla kilku osób – oprócz nas, sternika i motorniczego na drewnianych ławkach sadowi się jeszcze francusko – brazylijska para, starsze małżeństwo z Australii i rodzina z kilkuletnim brzdącem z Korei. Z Korei? Z której Korei? – pytam ironicznie by przełamać pierwsze lody. Z południowej oczywiście, odpowiadają z szerokim uśmiechem co znaczy, że udało nam się nawiązać pierwszy kontakt i dalszy dzień będzie równie miły, jak jego początek. Mamy fajne towarzystwo, dobre humory, póki co bezchmurne niebo, gorące słońce, orzeźwiającą bryzę i błękitne fale i chyba nic więcej nam do szczęścia nie trzeba. Póki co, nic więcej. Im dalej odpływamy od brzegu tym bardziej brakuje nam podwodnych wrażeń i z coraz większą niecierpliwością wypatrujemy miejsca, w którym będziemy mogli zaspokoić głód wrażeń. Okazuje się wkrótce, że tych miejsc jest kilka, a każde inne, a każde cudowne. Czegóż my tu pod wodę nie mamy? – cudowne ogrody miękkich i twardych korali, porośnięte lasem gorgonii pionowe, wysokie ściany wyspy i niewyobrażalnie kolorowe ławice ryb. Podobno ktoś widział rafowego rekina, który wraz z morskim żółwiem nie jest w tych okolicach rzadkością. Myśmy go nie dostrzegli lecz w niczym nie umniejsza to naszym podwodnym przeżyciom. Można by rzec, że pod wodą jesteśmy w niebo wzięci.

Wisienką na czekoladowym torciku dzisiejszego dnia jest dwugodzinny postój na prawie bezludnej wyspie Menjangan. Bezludnej nie znaczy w tym przypadku nie zamieszkałej. Poza kilkoma hinduskimi mnichami, dbającymi o wybudowaną na wyspie świątynię z wykutą w białym kamieniu ogromną figurą boga Ganeshy, wyspę zamieszkuje kilkanaście niezwykle sympatycznych, bratających się z turystami jeleni. Z ich przyczyny tubylcy nazwali wyspę Menjangan, co przetłumaczywszy na nasze znaczy „Wyspa jeleni”.

W drodze powrotnej, a jakże, ponownie w paru miejscach zwiedzamy podwodne koralowe królestwa i równo z zachodzącym za górami słońcem przypływamy na „naszą” plażę. Odbijający się w wodzie czerwono – złoty blask zachodu dodaje kończącemu się dniu dodatkowego kolorytu i niezapomnianej nutki romantyzmu.

17 maja 2018

Dwa dni odpoczynku i lenistwa kończę o 6 rano porannym kilkukilometrowym biegiem. Trzeba się nieźle zaprawić na następnych parę dni. Będziemy żegnać się z morzem i ponownie wkraczać w środkowe, górzyste tereny wyspy, a te pewnie wymagać będą od nas jako-takiej kondycji. Zapatrzony w sielskie rolnicze tereny rozrzuconych bezładnie wiosek, nadbrzeżne pasy odnowy wymarłej rafy koralowej, a nawet małe, przyozdobione pomarańczowymi kwiatami groby, trochę mi się w trakcie biegania pokręciły kierunki świata i miast wrócić tą samą drogą, którą wybiegłem wracam z przeciwnej strony. I to nie bez problemów. Biegnąc najpierw przez rozlewiska, a potem plażą wzdłuż wybrzeża dobiegam do płotu grodzącego prywatny teren hotelu. Jak ja nie lubię takich ograniczeń mojej wolności. Dookoła natura, morze i plaża i nagle ograniczający mi to wszystko płot!  Znaczy podobnie jak ongiś Adam w raju mogę wszystko, oprócz jednego. A właśnie, że nie! Właśnie to jedno, to co jest za płotem najbardziej mnie w tym momencie interesuje, tym bardziej, że mieszkam przy tej właśnie plaży za hotelem, a wracać 6 km absolutnie mi się nie chce. Muszę zgrzeszyć i przeskoczyć przez płot. Widać skakanie przez płot to taka nasza polska tradycja hihi. Za ogrodzeniem trochę jeszcze muszę powalczyć z dzikim zielskiem i w końcu przebijam się do asfaltowej ścieżki i nią dalej, z słuchawkami na uszach, udając hotelowego gościa uprawiającego poranny jogging, przebiegam koło wartownika, wymykam się z prywatnej hotelowej posesji i jestem u siebie. Asia już czeka ze śniadaniem.

 

Daleko musimy dzisiaj jechać? Pytam Asię, mając nadzieję, że nie tak daleko by nie zdążyć jeszcze przynajmniej zanurzyć nogi w gorących wodach, wypływających dosłownie 3 km stąd źródeł. Asia mająca już przygotowany plan na parę następnych dni, jakby czytając w moich myślach odpowiada – Niezbyt daleko. Na pewno zdążymy napić się kawy przy gorących źródłach, zwiedzić przydrożną świątynię i jak szybko znajdziemy nocleg to może jeszcze uda się nam przed spaniem wykąpać pod bieżącą wodą wodospadu Sing Sing.

Nogi w basenie z gorącą wodą faktycznie udaje się wymoczyć. Hinduską świątynię Pura Agung Pulaki ustawioną na stromym klifie, strzeżoną jak zwykle przez kilkanaście małpich rodzin, również zwiedzamy bez pośpiechu i jak zostaje nam jeszcze tyle czasu by zatrzymać się na wyśmienity sok z sirsaku wydaje się, że nic nie może zmącić naszego harmonogramu. Wydaje się tak aż do momentu, gdy po przejechaniu prawie 60 km decydujemy się szukać noclegu. Tym razem nie jest tak łatwo. Ale niezastąpiona w takich sytuacjach Asia i tym razem daje sobie radę. Kilka razy przejeżdżamy tam i z powrotem od wioski do wioski i w końcu mamy nie tylko co chcemy, ale jeszcze ciut ponad to. Znowu spędzimy noc w czystym, eleganckim pokoju w drewnianym bungalow za bardzo przyzwoitą backpakerską cenę.

A że mimo wszystko aż tak długo poszukiwania kwatery nie trwały to jest jeszcze zupełnie realna szansa, że zgodnie z planem zdążymy wykąpać się pod wodospadem. Wprawdzie pojawiły się już myśli, żeby przełożyć ten punkt na jutro, ale że jutro też ciasno z atrakcjami to od razu pakujemy kąpielówki, zostawiamy plecaki w pokoju i już znowu siedzimy na motorku kierując się 15 km wgłąb lądu. Do samego wodospadu nie da się dojechać. Spory kawałek trzeba iść. Dla nas przywykłych już do poszukiwań spadających w dżungli wód to żaden problem. Przy parkingu, gdzie zostawiamy motorek, jak zwykle w takich miejscach, niczym z podziemi wyrasta przedstawiający się jako przewodnik elegancki młodzieniaszek, proponując nam swe usługi. Oczywiście odmawiamy, wiedząc, że wodospad jest niedaleko, a droga do niego nie jest trudna. Facet jednak nie daje za wygraną i tak czy siak przykleja się do nas i prowadzi wgłąb lasu. Może jego lekka niepełnosprawność lub nadzwyczajna uprzejmość czy też osobisty czar powodują, że godzimy się jednak na towarzystwo, umawiając się na satysfakcjonującą obie strony cenę. A może po raz kolejny jakaś nadprzyrodzona siła kieruje naszymi decyzjami powodując, że do wodospadu Sing Sing idziemy z przewodnikiem? Wodospad, jest faktycznie niedaleko i nie sposób go nie zauważyć. Jednak gdybyśmy byli sami prawdopodobnie nacieszylibyśmy oczy jego widokiem, pewnie trochę pokąpali się w niezbyt zachęcającym do tego bajorku i wrócili na parking. Szczęściem mamy przewodnika, który stanowczym ruchem głowy pokazuje, że mamy iść dalej tłumacząc stosunkowo dobrą angielszczyzną, że to po co tu przyszliśmy jest schowane głąbiej. Okazuje się, że Sing Sing to dwa wodospady – jeden Sing i drugi Sing. Droga też już przestaje być prosta, a miejscami w ogóle z powodu ostatnich deszczy jej nie ma. W życiu sami byśmy nie trafili. No, ale siła wyższa nie próżnuje i prowadząc nas tym razem dosłownie za rękę, która jest ręką niechcianego z początku przewodnika, doprowadza nas do prawdziwego ukrytego w dżungli, wspaniałego wodospadu. Stojąc pod opadającą z kilkunastu metrów lodowatą wodą, a potem zanurzając się w jej głębi nie żałuję decyzji zaangażowania przewodnika, tym bardziej, że dodatkowo wyprowadza nas jeszcze na punkt widokowy, a całą drogę zabawia opowiadaniami o zwyczajach na Bali, o mieszkających tu potomkach byłych holenderskich kolonizatorów (90 procent murowanych willi w okolicy należy właśnie do nich), o swojej rodzinie i życiu jakie prowadzi po wypadku, któremu uległ jakiś czas temu. Bardzo zadowoleni, przy pożegnaniu dokładamy do umówionej ceny, jeszcze solidny napiwek – naprawdę się opłacało.

18 maja 2018

Wydawać by się mogło, że ciągle i wszędzie się bardzo spieszymy i że cała nasza podróż po Bali to bardzo męczący wyczyn. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Mimo iż codziennie doświadczamy wielu wrażeń i nowych przygód to nie ma mowy byśmy wzorem japońskich turystów gnali na łeb, na szyję by jak najszybciej zobaczyć jak najwięcej. Asia tak organizuje plan zajęć, że mimo iż codziennie jesteśmy w ruchu to wszystko udaje się przeżywać powoli i z rozkoszą.

Tak jest i tym razem. Zanim opuścimy nadmorską Singaraję i ruszymy w góry, spokojnie relaksujemy się śniadaniem na tarasie przed naszym drewnianym domkiem, zastanawiając się co chcemy dzisiaj zobaczyć, a z czego możemy zrezygnować, po czym ustaliwszy trasę bez pośpiechu ruszamy dalej. Najpierw do największej na Bali buddyjskiej świątyni Brahma Vihara Arama, której zwiedzenie zabiera nam trochę ponad godzinę.

Potem do wodospadów Melanting i Labuhan, którym z racji ich położenia w stromych górach poświęcamy z radością i sporym wysiłkiem znacznie więcej czasu. Ci którzy mnie znają wiedzą, że na tego typu atrakcjach nigdy nie oszczędzam, a Asia mam nadzieję, że chyba z satysfakcją, mi w tym towarzyszy. Kąpiel ani pod jednym ani pod drugim wodospadem nie jest tym razem możliwa, toteż napatrzywszy się do woli na spadający z hukiem żywioł, napstrykawszy jak zwykle przesadną ilość zdjęć, wracamy na górę.

Ponownie odpalamy naszą niezawodną jak dotąd maszynkę i wąskimi serpentynami wkręcamy się wyżej i wyżej w coraz bardziej zachmurzone góry, gdy gdzieś na 1700 metrach nad lustrem morza, nie mamy wyboru i wbijamy się w ciemną barierę deszczu. Z początku wydaje się, że nasze przeciwdeszczowe kurtki ochronią nas na tyle, że uda się nam dotrzeć do celu – wioski nad jeziorem po drugiej stronie góry. Po 5 minutach jazdy w monsunowym deszczu zdajemy sobie sprawę, że jest to niemożliwe. Jedyne co możemy zrobić to schować się w przydrożnym sklepie, przeczekać najmocniejszą ulewę (monsunowe deszcze są bardzo obfite, ale z reguły nie trwają dłużej niż godzinę) i szybko, przed następnym atakiem deszczu znaleźć miejsce na nocleg. Udaje się. Zanim z nieba ponownie spadną hektolitry wody znajdujemy miejsce do spania po raz kolejny w cudownym wprost miejscu. Dzisiejszą nos spędzimy ponownie w eleganckim pokoju, usytuowanym w bajecznie kolorowym ogrodzie na wzgórzu przy punkcie widokowym w Wangarii.

19 maja 2018

Umysł zgaszony wczorajszym zmierzchem, rozbudzają tuż przed wschodem słońca miarowo dudniące o ceramiczny dach krople deszczu. Za chwilę poranne zorze powinny rozpalić ogień nad położonym w dole jeziorem, a jako że bazujemy bezpośrednio przy punkcie widokowym, nie mogę odmówić sobie wzięcia udziału w tym  przedstawieniu. Po ciemku w przeciwdeszczowej kurtce wychodzę na drewnianą platformę i za chwilę zostaję jedynym widzem wyjątkowego spektaklu. Rozpoczął się pierwszy akt deszczowej symfonii blasku. Nieziemskie zjawisko. W drugim akcie, deszcz ustaje, a przebijające się zza wierzchołków gór słońce swym romantycznym blaskiem przyciąga na platformę następnych spragnionych spektakularnych przeżyć widzów. Już nie jestem sam. Budzę Asię – niech i ona rozpocznie dzień od tak estetycznych wrażeń.

Skoro rozpoczęliśmy dzień w tak fantastycznych okolicznościach przyrody, to nie wypada nam tego nie kontynuować. Tuż po zakończeniu przedstawienia z platformy widokowej ruszamy do następnego spektakularnego miejsca. Wąską, błotnistą po całonocnej burzy ścieżką, na skróty, docieramy jako pierwsi turyści do wspaniałego wodospadu GitGit, który w złotych promieniach jeszcze nisko wiszącego słońca, reprezentuje się bardzo tajemniczo i romantycznie. Za parę godzin, gdy nie tylko słońce rozjaśni cały teren, ale i tłumnie przybyli ludzie nie pozwolą rozkoszować się widokiem spadającej po skałach wody pewnie nie będzie już tak romantyczne jak teraz, gdy jesteśmy tu sami. Jedynie kiczowate dekoracje (serduszka, koguciki, kwiatki i huśtawki, które w zamiarze konstruktorów mają pewnie urozmaicić fotografie, a przy okazji wyciągnąć od każdego parę groszy) psują trochę naturalną dzikość bądź co bądź dżungli. Ale cóż  – co kraj to obyczaj i w Indonezji przyzwyczailiśmy się już do tego, że naturalne piękno terenu często zostaje zdeformowane przez „ozdoby”. Trudno. Pijemy poranną kawę patrząc na wodospad i jeszcze zanim ostatnie koguty zakończą obwieszczanie początku dnia meldujemy się z powrotem w hotelu. Teraz już tylko śniadanie, pakowanie, ostatni rzut oka na …”leżącą w długich cieniach między górami sinoniebieskimi…” dolinę, dokładnie taką, jak ta z wiersza Stachury:

„Kiedy przybyłem do tej doliny,
Dzień miał się już ku zachodowi.

Słońce na mojej stało wysokości
Na widnokręgu tam po drugiej stronie
I można było jego blask łagodny
Nareszcie znosić bez mrużenia powiek.

Dolina zaś leżała w długich cieniach
Między górami sinoniebieskimi;
Cicho i spokojnie –
Tu było dawno po wojnie…”

i już znowu mkniemy dalej. Tym razem droga (mocno w dół) prowadzi do jednej z ważniejszych na Bali, hinduskiej świątyni Ulun Danu Beratan, poświęconej bogini Batur. Zjechawszy nad jezioro, wielce zdumieni zatrzymujemy się przed zamkniętą bramą mocno podupadłej świątyni, niedowierzając, że w tak katastrofalnym stanie znajduje się święte miejsce wyznawców Hinduizmu, mocno reklamowane w przewodnikach. Sprawdzamy jeszcze raz na mapie. Faktycznie pomyłka, o którą wśród tak wielu czynnych i nieczynnych świątyń na Bali nie trudno. Nasze docelowe miejsce leży przy tej samej drodze, którą jedziemy, ale jakieś 2 godziny przebijania się przez góry dalej. Pora w dalszym ciągu jest na tyle wczesna, że nie tylko nie musimy się spieszyć, nie tylko możemy sobie pozwolić na częste postoje i kontemplację cudownych krajobrazów ponownie przykrytych chmurami gór, ale stać nas też na to, by parę chwil poświęcić indonezyjskim harcerzom zgrupowanym na jakimś obozie przy prowadzącej nas drodze. Z pewną dozą nostalgii, przypominam sobie własne przeżycia z harcerskich obozów w Borowianach niedaleko Tarnowskich Gór. Z uśmiechem stwierdzam, że młodzież na całym świecie, mimo wszystkich fizycznych i kulturowych różnic, ubrana w mundurki, chusty, pasy, sznurki i co tam jeszcze, maszerując w wyprostowanej pozycji i salutując przed dowódcą w gruncie rzeczy jest do siebie podobna.

Tak się zadumałem nad podobieństwem szarych i zielonych mundurów, że nie zauważam jak podobnych harcerzy zastępują zupełnie niepodobni Bogowie. Jesteśmy w świątyni Ulun Danu. Parkuję motorek na parkingu, Asia w tym czasie kupuje bilety i wypożycza kolorowe sarongi, bez których wstęp do świętego miejsca nie jest możliwy. Po chwili jesteśmy na dziedzińcu prawdopodobnie jednej z najładniejszych, a na pewno jednej z najważniejszych ( i drugiej co do wielkości) hinduskiej świątyni na całej wyspie. Dzisiaj nie jest zbyt tłoczno. Dosyć przyjemne spaceruje się po zacienionych, wybudowanych najczęściej w kształcie prostota placach. Raz do roku, chyba w marcu, odbywają się tu uroczystości ku czci patronki bogini Batur i wtedy jako, że ścigają przed jej oblicze pielgrzymi z całej wyspy, jest tu niesamowicie tłoczno, ale też kolorowo i egzotycznie. Niestety nie trafiliśmy na ten czas, co nie znaczy, że ubrani tradycyjnie wierni, wędrowni mnisi i mniszki nie pozwalają wyobrazić sobie, jak wygląda tu w czasie świąt. Co jednak najbardziej przykuwa moje zawsze stęsknione pięknych widoków oko, to rozciągająca się z tyłu świątyni panorama na jezioro i wulkan o tym samym boskim imieniu – Batur. Z lewej strony wulkanu jeszcze dzisiaj gołym okiem dostrzec można, niczym niezarośnięte blizny, skrzepłe ślady lawy po ostatniej erupcji w 2000 roku, która poprowadziła przed oblicze bogini Batur kilkaset dusz. Opowiada nam o tym przewodnik spotkany na tarasie widokowym, a lekka mgiełka w oku zdradza, że nawet zapach hinduskich kadzideł, wydobywający się ze świątyni nie jest jeszcze w stanie przebić wspomnień i smrodu, jaki towarzyszył wybuchowi wulkanu 18 lat temu.

Co nie znaczy, że wulkan Batur do dzisiaj jest zamknięty. Wręcz przeciwnie. Kilkugodzinną wędrówką można dojść do krateru i ukrytego w nim malowniczego jeziora. Mam szaloną ochotę tego dokonać. Pod wulkanem i tak musimy się zgodnie z wyznaczonym przez Asię planem zatrzymać na noc (jutro będziemy zwiedzać wioskę Trunyan) więc może z samego rana uda się zdobyć wulkan? Najlepiej byłoby wejść tak by z jego szczytu zobaczyć wschód słońca. Podekscytowani czekającymi nas wrażeniami zjeżdżamy do jedynej miejscowości, z której prowadzi droga na wulkan. Już na pierwszym skrzyżowaniu, jeszcze przed pierwszymi zabudowaniami zostajemy zatrzymani przez tzw. konika, który wszystko wie, wszystko może no i przede wszystkim na wszystkim zarabia.

Po wskazaniu nam w sumie fajnego, czystego i niedrogiego hotelu, w którym z uciechą się lokujemy następuje druga znacznie trudniejsza i mniej przyjemna część negocjacji. Otóż okazuje się, że ów jak się można dość szybko zorientować przedstawiciel lokalnej mafii, proponuje uczestnictwo w porannej 4 godzinnej wyprawie na wulkan za jedyne bagatela 50 dolarów. Droga na szczyt niezbyt wysokiego, bo mierzącego zaledwie 1717 metrów Batura nie jest ani trudna technicznie, ani skomplikowana topograficznie, widać ją stąd jak na dłoni, ani niebezpieczna (nie licząc oczywiście agresywnych, posiadających jak się wydaje monopol na przewodnictwo lokalsów) więc płacenie 50 dolarów wydaje mi się zupełnie pozbawione logiki. Od momentu zadania przeze mnie, być może niezbyt w tej sytuacji szczęśliwego pytania – co się stanie jak wybierzemy się na górę na własną rękę i uzyskaniu jako odpowiedzi symbolicznego ruchu otwartą dłonią po szyi, rozmowa dla mnie traci sens. Asia i tak nie bardzo ma ochotę na wczesnoporanną wędrówkę, tym bardziej, że już wcześniej naczytała się na internetowych forach o zawracanych przez miejscowych bandziorów turystach, a ja po takim dictum dołączam do niej i nie bez pewnej satysfakcji rezygnuję ze zdobywania wulkanu Batur. Dlaczego nie bez satysfakcji? Ano bo po pierwsze zdaję sobie sprawę, że wiedza jaką posiadam nie bazuje tylko na stopniu oczytania, ale również na miejscu i okolicznościach jej zdobycia. Te z kolei są tu takie, że decyzję o wycofaniu się można uznać nie tylko za słuszną, ale a może i przede wszystkim (zwłaszcza w świetle niedawno opisywanych wydarzeń w Meksyku – śmierć Krzysztofa Chmielewskiego) za mądrą. A, że mądre decyzje cieszą chyba każdego przeto i ja czuje się usatysfakcjonowany. Po drugie, wydaje mi się że zdążające do nieskończoności ego mojego rozmówcy (potencjalnego pilota jutrzejszej wycieczki) jest odwrotnie proporcjonalne do jego inteligencji co nie wróży dobrze mojemu duchowemu dobrostanowi przez było nie było ponad 4 godziny wyprawy. Po trzecie w końcu, mam nadzieję, że daję przykład innym pasjonatom pieszych wędrówek by bojkotowali tego typu praktyki i nawet za cenę nie wejścia na jedną czy drugą górę pozbawiali lokalnych mafiozów możliwości łupienia turystów. Co innego oczywiście, gdy za ceną biletu jak np. do PN są wyznaczone i utrzymywane szlaki lub gdy droga jest na tyle niebezpieczna, że faktycznie wymaga towarzystwa wykwalifikowanego przewodnika. Osobnym tematem do rozważań przy tej okazji jest konflikt pomiędzy dwiema grupami interesów mijającymi się na krętych ścieżkach świata. Z jednej strony mamy typowych, niezbyt przygotowanych do górskich wędrówek urlopowiczów, którzy w krótkim czasie chcą jak najwięcej zobaczyć i przeżyć i nawet bajecznie wysokie ceny za każdego rodzaju przygodę mają wkalkulowane w urlop nie rzadko all inclusive i druga grupa globtroterów, którzy znacznie wolniej, o własnych siłach i przeważnie na niskim budżecie też chcą ujrzeć jak najwięcej wspaniałości świata, ale przy wygórowanych cenach nie zawsze ich na to stać. Nomen omen to właśnie oni przeważnie odkrywali i udostępniali szerokiej publiczności nowe ścieżki i nieznane miejsca, które stając się turystycznym hitem przestały być dla nich samych dostępne. No cóż widać taka karma – myślę, uświadamiając sobie jednocześnie, że coraz głębiej zanurzam się w rozważaniach, poszukując wytłumaczenia dla czegoś chyba niewytłumaczalnego. By się dalej nie męczyć po raz kolejny gratuluję sobie mądrej decyzji i idę spać. Jutrzejszy dzień, z tego co przed snem zdradza mi Asia, też zapowiada dużo niespodzianek.

20 maja 2018

Wynagrodzeniem za odstąpienie od nocnego zdobywania szczytu wulkanu Batur powinna być możliwość dłuższego poleżenia sobie w łóżku – przynajmniej tak sobie myślę. Nic z tego. Wprawdzie nie muszę wstać o 4 rano. Ale już o siódmej jesteśmy na nogach, bo dzisiejszy plan znowu jest naszpikowany atrakcjami jak świąteczna babka bakaliami, a wieczorem powinniśmy ponownie przywitać się z morzem.

Zaczynamy od odwiedzenia niezasymilowanych z otaczającą społecznością mieszkańców wioski Trunyan. Podobno ludzie Ci do tego stopnia oddalili się od świata, że nie mieszając się z nim rozmnażają się tylko we własnym gronie co naturalnie prowadzi do chorób i kalectw. Piszę podobno, bo po dotarciu do wioski nie rzuca się nam w oczy by nadzwyczajna ilość mieszkańców wyglądem lub zachowaniem zdecydowanie różniła się od innych poznanych do tej pory Balijczyków. Jedynie większa bieda i żebractwo jest jakby tu bardziej zauważalne, ale może tylko dlatego że wypraszanie pieniędzy od przyjeżdżających tutaj dość liczne turystów stanowi dosyć łatwy sposób zarobkowania. Tak czy owak skoro w poważnych książkach w taki właśnie sposób opisywane jest życie Trunyan, nie mamy powodów by temu nie wierzyć. Trudno natomiast uwierzyć w jaki sposób co poniektórzy mieszkańcy, ci bardziej szanowani, zdobywają empiryczną wiedzę o Niebieskim Królestwie. To postanawiamy sprawdzić na własne oczy. Jak ? Ano najprościej jak to możliwe, czyli udając się na cmentarz. Tak bardzo proste to jednak nie jest. Osobliwy (zaraz napiszę dlaczego) cmentarz usytuowany jest na niewielkiej wyspie, do której dotrzeć można jedynie wynajętą we wsi łodzią. Zmniejszając koszta wynajmu pakujemy się do dosyć sporej łódki razem z parą z Los Angeles (hihi w całej tej makabrycznej wyprawie brakowało tylko aniołów i już są) i z pomocą dwóch wioślarzy płyniemy po spokojnych wodach jeziora Batur w kierunku wyspy-cmentarza. Płyniemy, płyniemy a ja w tym czasie wytłumaczę co takiego osobliwego czy raczej nieosobliwego, bo mówimy o nieboszczykach, kryje w sobie wyspiarskie miejsce pochówku. Otóż zacni przedstawiciele trunjanskiej społeczności, czyli tacy, którzy albo za życia piastowali jakieś wysokie stanowiska, albo wydali na świat gromadkę zdrowego potomstwa, albo po prostu byli silni i zdrowi (co dowodzi, że faktycznie znaczna część społeczeństwa jest niepełnosprawna) nie są, w odróżnieniu od większości, grzebani tradycyjnie w ziemi na jednym z dwóch mieszczących się na lądzie cmentarzy, tylko składani z całym swoim dobytkiem na wyspie bezpośrednio pod gołym niebem, czy raczej pod wysokim drzewem. Co pewien czas opróżnia się jedną z 11 bambusowych klatek, przeznaczonych do składania zmarłych, rozrzucając kości po wyspie. Czaszki natomiast układa się jedną na drugiej na specjalnie przygotowanym kamiennym murze co dodatkowo potęguje i tak już przeraźliwe makabryczną scenerię. A co z fetorem rozkładających się zwłok? No jest. Jest, ale prawie nie wyczuwalny. W tym cała tajemnica cmentarza-wyspy, nad którym górują olbrzymie konary drzewa Trunyan (od niego lokalna społeczność przyjęła swoją nazwę) , którego nadzwyczajną właściwością jest pochłanianie zapachów.  Nie spędzamy na cmentarzu pod drzewem zbyt dużo czasu. Tyle ile trzeba by poznać tak odmienną od naszej kulturę, tyle ile trzeba by oddać cześć zmarłym i tyle by na niewielkiej tym razem ilości zdjęć uwiecznić to niezwykłe miejsce. Potem jak najszybciej pragniemy je opuścić.

Opuszczając nadbrzeżne okolicy jeziora Batur i leżącego po przeciwnej stronie wulkanu, po raz kolejny przejeżdżamy przez miejscowość, w której spędziliśmy dzisiejszą noc i wczorajszą niemile wspominaną rozmowę  z lokalnym Capone. Jego kumple podobnie jak wczoraj, z niedopalonymi petami w ustach, sądząc zapewne, że są przedstawicielami społecznej awangardy, stoją na rogatkach wioski, wypatrując kolejnych nadających się do oskubania turystów. A tych przyjeżdża tu całkiem sporo i dziwi mnie fakt, że nikt się przeciwko jawnemu rozbojowi nie buntuje. Ja już też nie. Górzysta, kręta i niewiarygodnie piękna droga sprawia, że bardziej koncentruję się na niej niż na tym co już minęło.

Po prawie trzech godzinach walki niewielkiego silniczka, obciążonego dwojgiem dorosłych ludzi i dwoma plecakami z dosyć wysokimi górami utrudzeni i zmęczeni dojeżdżamy do następnej okazałej i jednocześnie największej na Bali hinduskiej świątyni Pura Basakih – świątyni Matki położonej na zboczu wybijającego się na 2995 m.n.p.m wulkanu Agung (najwyższa góra Bali). Pura Besakih powstała jako górska świątynia tarasowa już w VIII wieku. Od tego czasu była rozbudowywana i obecnie składa się z 22 kompleksów składających się w sumie z ponad 200 budowli, połączonych schodami i tarasami. Centrum zespołu świątynnego stanowi pagoda Pura Penataran Agung, symbolizująca kosmiczną górę Meru, oraz Padmasana (Lotosowy Tron). W ciągu roku w świątyni obchodzi się około 70 świąt, opartych na tradycyjnym 210-dniowym kalendarzu balijskim, a niektóre z nich, jak informuje oprowadzający nas po świątyni przewodnik, powtarzane są tylko raz w roku, niektóre tylko raz na 10 lat, a są i takie, które odprawia się tylko co 100 lat. Te ściągają oczywiście największe rzesze wiernych. Pozwoliliśmy sobie jak widać na przewodnika, bo świątynia Matka jest naszą ostatnią świątynią na Bali więc na koniec chcemy się trochę więcej dowiedzieć o symbolach, ceremoniach, budowlach, wierzeniach i ciekawostkach tak odległej nam kultury.

Ciekawostką, ale nie taką z dziedziny duchowości, tylko bardziej prozaiczną, czy też dosłownie przyziemną, jest to, że podczas ostatniej erupcji wulkanu w roku 1963 niszczycielskie strumienie lawy, paląc wszystko co napotkały na swojej drodze ominęły świątynny kompleks. Cud? Może? Natomiast w roku 1995 już nie za sprawą cudu, a z powodu kulturowego dziedzictwa świątynia Pura Besakih wpisana została na światową listę UNESCO. Swoją drogą ciekawe, która to już pozycja z tej światowej listy odwiedzona przeze mnie w trakcie mojej włóczęgi przez świat? Może czas by zrobić własną listę poznanych miejsc z listy?

Pozostawiając za plecami olbrzymi wulkan Agung, dymiący od czasu do czasu w środkowo wschodniej części Bali, nieodzownie zbliżamy się do wschodnich wybrzeży wyspy nad morzem …? No właśnie nie wiem czy następne dni spędzimy jeszcze nad Morzem Jawajskim czy już nad Morzem Floreskim. Trudno w seledynowo – błękitnych wodach wypatrzyć granicę. Co jednak wiem to to, że kierujemy się do nadbrzeżnego miasta Amed i spędzimy tam co najmniej kilka dni wygrzewając się, leniuchując i odpoczywając po zimnym, deszczowym i wyczerpującym, ale za to jak bardzo bogatym we wrażenia, czasie w górach.

Przed samym Amed, już prawie o zachodzie słońca, czeka nas jeszcze jedna zupełnie przypadkowa i nieplanowana niespodzianka. Wodne ogrody z cudnymi fontannami i czas na chwilę oddechu przy zimnym piwie. Strasznie nas już bolą tyłki od całodziennej jazdy.

W Amed jesteśmy o zmroku. Tylko w blasku ulicznych neonów i pomocy przypadkowych przechodniów udaje się nam się znaleźć elegancki pokój przy samej plaży. Jest tak przytulny i przyjemny, że chyba nie szybko z niego wyjdziemy. Tak się nam przynajmniej wydaje dopóki głód nie wygrywa potyczki ze zmęczeniem i bezwzględnie goni nas w poszukiwaniu czegokolwiek czym można by było go trochę obłaskawić. Szczęściem malutka knajpka po drugiej stronie ulicy rekomendowana przez Tripadvisor spełnia wszystkie nasze kulinarne zachcianki. Wygląda na to że będziemy się tu stołować częściej, ale o tym zadecydujemy już jutro.

21 maja 2018

Wydawałoby się, że po trudach przejazdu motorkiem przez górzystą część Bali nic nie będzie w stanie wyciągnąć mnie z łóżka. Rzeczywistość ponownie okazuje się zgoła odmienna. Głęboki sen, nadmorski wiatr i szum uderzających o piaszczystą plażę fal sprawiają, że bardzo szybko się regeneruję i zanim morze zmieni barwę z tego wczesnoporannego czerwonego na to późnoporanne błękitne jestem już na plaży w sportowym stroju, gotowy do od dawna nie uprawianego joggingu. Tą poranną aktywnością nie tylko dbam o fizyczną kondycję, która już nie raz pomogła mi wyjść obronną ręką z nieprzewidzianych tarapatów, ale i mój ulubiony sposób poznawania nowych miejscowości. Biegając zapamiętuję gdzie jest sklep, gdzie apteka lub inne budynki, mogące mi się do czegoś przydać. Amed wydaje się być niedużym miastem i chyba bardzo popularnym nadmorskim kurortem wypoczynkowym. Jest tu sporo hoteli różnej klasy, restauracji, centrów nurkowych oraz co najważniejsze, a co udaje mi się dostrzec po wbiegnięciu na dosyć wysoki klif, kilka plaż ze świetnymi warunkami do uprawiania snorkelingu na rafie koralowej.

Przy śniadaniu dzielę się z Asią moimi odkryciami i nie trudno się domyśleć, że resztę dnia spędzamy snorkując na cudownej rafie, 40-50 metrów od brzegu i wylegując się na fantastycznie rozgrzanym piachu.

Wieczorem jesteśmy zgodni co do tego, że nasze charaktery nie pozwolą nam zbyt długo wałkonić się  w cichym, ale mało ciekawym ( poza oczywiście rafą) miasteczku i jednomyślnie postanawiamy, że jutro w południe (bo do południa jeszcze raz snorkowanie) ruszamy dalej w kierunku wyspy Nusa Penida. Tam będziemy próbowali zorganizowany dłuższy postój. Asia przeczytała że jest tam rajsko.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł