Belize, państwo, które w czasach mojej szkolnej edukacji jeszcze nie istniało, przejeżdżam praktycznie bez zatrzymywania. Po pierwsze dlatego, że nic tu poza turkusowym morzem i ślicznymi plażami w zasadzie nie ma, a po drugie ubezpieczenie i wiza tranzytowa na jeden dzień są znacznie tańsze niż dłuższe, turystyczne. Ciekawym przeżyciem jest tylko to, że po raz pierwszy zmuszony jestem dogadywać się w języku, którego jeszcze nie znam, a którym za jakiś czas będę się musiał posługiwać. W Belize językiem urzędowym jest angielski, głową państwa angielska królowa, no i w radiu więcej angielskich piosenek. Poza tym na ulicach zasadniczych zmian w stosunku do reszty kontynentu nie widać. Krajobraz równie zielony jak wszędzie, na drogach ślady po porozjeżdżanych wężach i żmijach, jak wszędzie i nawet dzieci, jak w całej Ameryce Środkowej i Południowej chodzą do szkoły w takich samych dwukolorowych ubraniach.

Parę godzin jazdy przez Belize i olbrzymi napis Mexico informuje mnie, że za chwilę wjadę do ostatniego kraju Ameryki Łacińskiej. Wjadę do kraju podobno na tyle pięknego co i niebezpiecznego, że muszę przyznać, wjeżdżając mam gęsią skórkę i lekką tremę. Wkrótce dowiaduję się, że półwysep Jukatan, od którego zaczynam przygodę z tym państwem, należy do najbardziej bezpiecznych miejsc w Meksyku, więc niepokój opada. Fantastyczna obsługa na granicy i pierwsi wspaniali, przemili Meksykańczycy, poznani na stacji benzynowej, gdzie zatrzymuję się na typowy meksykański posiłek – czarna fasola z obowiązkową limonką (później się dowiem, że w Meksyku do wszystkiego dodaje się limonkę) i pierwszy w Meksyku nocleg, powodują, że obawy całkowicie znikają.

W wyśmienitym nastroju, mijając co rusz jakąś pielgrzymkę (widać, że to bardzo katolicki kraj) pieszą zbliżam się do Playa del Carmen. Darek, ten poznany w Gwatemali, powinien wrócić ze swej wyprawy za około cztery dni. Mam zatem tyle czasu by samemu rozejrzeć się wzdłuż Wybrzeża Mayów (Costa de Maya). Poszukiwania miejsca na trzydniowy camping zaczynam od Tulum – 90 km przed P.d.C. Pięknie to tu jest. Turkusowe morze i białe jak puder plaże, dodatkowo przyozdobione majańskimi ruinami robią przeogromne wrażenie. Cudownie. Cóż z tego, skoro miejsca na dłuższy postój absolutnie brak. Króciutko parkuję na poboczu, by choć na chwilę wstąpić na plażę i zanurzyć się w zielonej głębinie. Wiem, że jeszcze tu wrócę – Tulum należy do tych miejsc na Jukatanie, które koniecznie należy zwiedzić, a że za niespełna miesiąc przylatuje Asia, więc z pewnością przyjedziemy tu razem. Obiecałem, że bez niej niczego oglądać nie będę.

W Playa del Carmen poszukiwania Campingu również kończą się fiaskiem. Jest jeden 20 km przed, ale mi się nie podoba – drogo i tłoczno. Wolę spędzić następną noc na stacji benzynowej, na stromym podjeździe (tylko tu było miejsce) i następnego dnia szukać dalej. W Puerto Morelos, 20 km za Playą w kierunku Cancun, znajduję to czego szukam. Mały camping, przy samym morzu. Elegancki, zadbany z wszytkim co potrzeba i w dobrym miejscu, ale z dwiema wadami. Wysoka cena i to, że prowadzą go wybitnie niesympatyczni Amerykanie. Mam nadzieję, że to nie przedsmak tego z czym przyjdzie mi się spotykać za następną granicą. Ale ale – póki co jestem w słonecznym Meksyku, nad wspaniałym karaibskim morzem i nie bardzo zaprzątam sobie głowę co będzie za ….. nie wiem, kilka miesięcy.
Puerto Morelos, do niedawna malutka rybacka wioska, nie rozbudowała się w ostatnich latach, jak sąsiednia Playa del Carmen. Trzy dni relaksuję się spacerując, czasem biegając po śnieżnobiałym piasku między moim polem, a małym oddalonym o 3 km centrum. Parę sklepów, parę knajp, kościół, skwerek i pijalnia świeżych soków to wszystko czego w takim miejscu potrzeba – więcej nic. Resztę czasu jak zwykle zabierają porządki w aucie, przeglądanie przewodników, pisanie bloga, malowanie mojej przebytej drogi na przyczepce i przyglądanie się ślubnym ceremoniom na plaży o zachodzie słońca. Chyba w Stanach panuje na to moda, bo codziennie na plaży przy hotelu obok jest jedno wesele.
Darek dzwoni. Jutro będzie i ma dla mnie świetne miejsce na postawienie samochodu i zakotwiczenie na dłużej. Wspaniale. Umawiamy się nazajutrz w południe. Koniec laby (przynajmniej na razie). Od jutra biorę się mam nadzieję z darkową pomocą za szukanie odpowiednich warsztatów i kosmetykę samochodu. Chcę z tym być gotowy przed przyjazdem Asi, bo potem czeka nas długa droga dookoła Jukatanu. Już się cieszę. Parę dni spędzone na tym półwyspie naprawdę zachęcają do dłuższego, ba do długiego tu pobytu.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł