Budzę się w momencie, gdy autobus przejeżdża przez długi most nad Mekongiem i trochę nim buja. Spozieram przez okno i ze zdumienia przecieram oczy. To co widzę nijak się ma do tego co sobie wyobrażałem wjeżdżając do bądź co bądź stolicy niemałego kraju. Jak do tej pory każda stolica witała mnie przynajmniej kilkoma wieżowcami, szerokimi zatłoczonymi ulicami i tymi wszystkimi wielkomiejskimi atrybutami, a tu nic – wiocha. Wprawdzie nie od dziś wiadomo, ze nie jestem fanem wielkich miast i jak się tylko da to ich unikam, ale  skoro już w jakiejś jednej czy innej metropolii ląduję (bo muszę) to mam tez określone wobec niej oczekiwania. A  tu nic – wiocha. Nie wiem więc czy bardziej się ciesze czy bardziej jestem zawiedziony? Za wcześniej jeszcze na takie dywagacje. Jest szósta rano. Autobus odjechał, zostawiając mnie na jakimś skrzyżowaniu, na którym z każdej strony ustawiony jest tłum motocyklistów, czekających na znak by mnie rozjechać jak tylko spróbuję przejść na drugą stronę. Obok coś co ma być pewnie dworcem, ale na pewno nim nie jest. Trochę jestem zdezorientowany. Nie tak sobie wyobrażałem pierwsze kroki w stolicy. No nic – nie zastanawiając się póki co jak będzie wyglądało moje życie w największym mieście Kambodży, w Phnom Penh, zarzucam plecak na ramią i idę szukać jakiejś bazy. Tak czy siak zostanę tu parę dni. Promienie słońca, dobre śniadanie, brak (pozostawionego w niezłym hostelu) obciążenia na plecach i pierwszy krótki spacer promenadą wzdłuż szerokiej rzeki powodują, ze zaczynam patrzeć na Phnom Penh z innej perspektywy i z coraz większym zachwytem. Tu w zatoce ogromnego Mekongu, w blasku złotych typowych khmerskich dachów, pośród przechadzających się buddyjskich mnichów, czując egzotyczne zapachy, wydobywające się z szeroko otwartych garkuchni, wydaje mi się dostrzegać Azję o jakiej marzyłem. Wiem już mniej więcej w jakim kierunku mam się poruszać. Chcąc poznać najpierw tzw starówkę idę w stronę rzeki. Mijam: królewski pałac, który jako oficjalne miejsce zamieszkania króla Sihamoni, tylko w części udostępniony jest zwiedzającym (przede wszystkim zobaczyć można salę tronową), Srebrną Pagodę z ogromnym khmerskim dachem, muzeum narodowe, w którego zbiorach znajdują się najładniejsze i najcenniejsze eksponaty kultury khmerskiej, liczącej sobie ponad 1000 lat, ogromny pomnik niepodległości, którego centralną cześć stanowi imitacja świątyni Angkor Wat (ta też jest na państwowej fladze), a który ustawiono tu w roku 1958 w piątą rocznicę uniezależnienia się od Francji. Mijam też wspaniały pomnik legendarnego króla, szefa rządu, polityka i narodowego bohatera Norodoma Sihanouka, zmarłego w w 2012 roku, trochę surrealistyczny pomnik wdzięczności Kambodży dla wietnamskiej armii, która pomogła obalić tyrana Pol Pota (o nim jeszcze będzie mowa), kilka buddyjskich świątyń, parę zielonych skwerów z fontannami, nieskończoną ilość pubów i dopiero teraz widzę, ze Phnom Penh to jednak nie taki zaścianek się wydawało na pierwszy rzut oka. Wprawdzie nie posiada, albo jeszcze nie widzę, drapaczy chmur i kilkupasmowych autostrad, wprawdzie daleko mu do nowoczesnego Singapuru, kosmopolitycznego Kuala Lumpur czy błyszczącego blaskiem buddyjskich świątyń Bangkoku to jednak spoglądając na ciągnącą się wzdłuż Mekongu promenadę, widzę ze nawet kilkugodzinnym spacerem nie ogarnę całego miasta, które z każdym krokiem coraz bardziej mi się podoba. W takim razie – myślę sobie, skoro nie spacerem to może biegiem? Już dawno nie biegałem, a plaska topografia Phnom Penh, zacieniona promenada i apetyt na zobaczenie czegoś więcej niż tylko turystycznej dzielnicy, bardzo mnie do tego zachęcają. Zachłystując się rześkim porannym powietrzem nawet nie zauważam kiedy przebiegam pierwsze kilka kilometrów, pozostawiając za sobą dzielnicę skwerów, świątyń i pomników. Biegnąc wpadam w świat sklepów, warsztatów i podupadłych domów. Tutaj życie nabiera zdecydowanie szybszego tempa i muszę się bardzo kontrolować by też nie przyspieszyć. Mimo, ze biegnę swoim zwyklym rytmem 9 km/h to i tak wydaje się, ze wszystko dookoła jest szybsze. Dzieci po kilkoro na jednym rowerze lub skuterze spiesza się do szkoły, starsi w tuk tukach lub samochodach spiesza się do pracy, a ci którzy nigdzie się nie spieszą (tak jak ja) muszą się spieszyć by tym spieszącym zejść z drogi. Jeden wielki chaos. Na pierwszym większym skrzyżowaniu odbijam więc w wydaje się spokojniejszą stronę. Tylko się wydaje. Właśnie wbiegłem do dzielnicy banków, urzędów i hoteli (jednak Phnom Penh tez posiada parę wieżowców) i tu tez się wszyscy spiesza łącznie z mnichami, niosącymi grube aktówki), tyle tylko,że chaos jest bardziej zorganizowany. Tutaj samochody i motory przynajmniej zatrzymują się na czerwonym świetle. Ja z kolei biegnąc nie lubię się zatrzymywać – nawet na światłach. Na następnym dużym rondzie zawracam.  Czuję, ze mimo całej przyjemności jaką daje poranne bieganie przez budzące się do życia miasto, nogi powoli zaczynają odczuwać jego ogrom. Teraz jestem już przekonany, bo nie tylko widzę, ale i czuję że stolica Kambodży to absolutnie nie jakieś tam małe miasteczko. Wracając w stronę hostelu, nie biegnę tą samą drogą (nigdy tak nie robię o ile nie muszę) i ku memu zdziwieniu dobiegam do wyrastającego ni stąd ni zowąd wzniesienia. Strzałka i podpis informują o stojącej na gorze świątyni. Muszę zapamiętać to miejsce i tu wrócić. Jest górka, to przecież muszę na niej być. Ale nie teraz. Nie biegiem. Sił mam coraz mniej, a droga do domu daleka. Później gdy jestem tu ponownie z aparatem fotograficznym I przewodnikiem, dowiem się, ze owo wzniesienie liczące sobie zaledwie 27 metrów jest jedyna górka w całym mieście, a mieszcząca się na niej świątynia to Wat Phnom, w  której przechowuje się cztery statuetki Buddy. Podobno świątynię Phnom postawiono już w roku 1373 by umieścić w niej owe 4 statuetki wyrzucone na brzeg przez pobliski Mekong, a znalezione przez wieśniaczkę imieniem Penh (stąd nazwa stolicy Phnom Penh). Jakież jest moje zdziwienie, gdy po powrocie, zalany potem i ledwo trzymając się na nogach odczytuje z telefonicznej aplikacji Endomondo, że oto właśnie, zwiedzając stolice Kambodży, niejako mimochodem ustaliłem swój własny rekord życiowy w bieganiu – prawie 21 km toż to już polowa maratonu, uff. I na tym jeszcze nie koniec. Ustanowiwszy nowy rekord, ustanawiam jednocześnie, że odtąd bieganie po stolicach odwiedzanych państw staje się moim nowym hobby. Szkoda, ze dopiero teraz, bo miałbym już w swojej kolekcji kilka obrazków wykreślonych  przez Endomondo. Biegałem przecież już w Buenos Aires, Limie, Panamie, Managua, Meksyku, Hawanie, Brazylii, Wellington, Sydney i ostatnio w Bangkoku. Szkoda, szkoda, ale to nic przede mną jeszcze tyle stolic, ze zdążę się nabiegać. Na razie z bieganiem daje sobie spokój. Trudno mi wejść po stromych schodach na czwarte piętro, gdzie mam swoja bagaże, a co dopiero zastanawiać się nad nowymi biegowymi wyzwaniami. Do obiadu nie opuszczam pokoju, przyglądając się miastu z wysokości czwartego pietra. Mam balkon, a że to się rzadko zdarza więc i ten element pobytu w khmerskiej stolicy muszę wykorzystać, pozwalając jednocześnie ochłonąć nie pojmującym jeszcze porannego wysiłku nogom. Tak dalece tego nie pojmują, że już po paru godzinach odpoczynku ponownie wierzgając próbują wyciągnąć mnie na spacer. Idę. Każde miasto, a szczególnie stolice wieczorami i nocą wyglądają zupełnie inaczej niż w dzień. Phnom Penh tez. Jeszcze zanim się ściemni odwiedzam Świątynię Phnom na 27 metrowym wzgórzu, a potem już tylko nocne targi z aromatycznymi khmerskimi przysmakami i masą azjatyckich towarów, oświetlone place nad Mekongiem z rozłożoną na kocach tubylczą młodzieżą i głośne knajpy z rozbawionymi turystami i mocnymi trunkami. Wracam w środku nocy z mocnym postanowieniem: jutro z łóżka nie wychodzę co najmniej do południa. Będąc w Phnom Penh nie sposób nie pomyśleć o nieodległej historii czerwonych khmerow, reżimu Pol Pota i tragedii mieszkańców, jaka ich w latach 1975 – 1978 z jego ręki spotkała. W ciągu zaledwie paru lat ludność Kambodży zmniejszyła się o 25 procent, to znaczy zginął co czwarty człowiek. Z 8 mln mieszkańców wymordowano według rożnych statystyk około 2 mln ludzi. Takiego ludobójstwa w takim tempie nie sposób sobie wyobrazić, a co dopiero zrozumieć tych, którzy to przeżyli. Horror do kwadratu. Nie było chyba rodziny, która by nie straciła w tym czasie kogoś bliskiego. Do teraz można zauważyć brak na ulicach albo przynajmniej bardzo mało osób starszych. Miejsc kaźni upamiętniających dla potomnych te straszne czasy jest w całej Kambodży kilkadziesiąt, a w samym Phnom Penh dwa najbardziej znane i najbardziej okrutne. Oba udostępnione do zwiedzania. Pierwsze to wiezienie nr 21, gdzie urząd bezpieczeństwa państwa (takie nasze SB) przetrzymywał, przesłuchiwał, torturował i w końcu wywoził do niedalekiego obozu śmierci, tzw. wrogów ludu. Przez wiezienie 21 w ciągu 3 lat przeszło i w większości nigdy z niego nie wyszło kilkanaście tysięcy ludzi. Drugim miejscem wywołującym ciarki na całym ciele jest ów odległy o kilkanaście kilometrów obóz zagłady Pola Śmierci w Choeung Ek. Właśnie tam, by przejrzeć się z bliska tej okropnej historii i oddać hold ofiarom komunistycznego terroru wybieram się dzisiaj na wypożyczonym w hostelu skuterze. Jadąc niewielkim motorkiem, nie muszę kierować się główną drogą i wybieram raczej mało uczęszczane, dziurawe, często nie utwardzone boczne dróżki, prowadzące przez mało atrakcyjne, ale za to jak prawdziwe przedmieścia stolicy. To co tu widzę jeszcze bardziej wprowadza mnie w podły nastrój. Do widoku biedy, brudu i półnagich dzieci kapiących się w kałużach, zdążyłem się w ciągu paroletniej podroży przyzwyczaić. Jednak niektóre rzeczy dalej mnie przerastają.Tak jak teraz. Niby według mapy po prawej stronie ma płynąć rzeczka i muszę szukać mostu by się przedostać na druga stronę. Sęk w tym, ze nie widzę rzeki. Pal sześc most, ale gdzie rzeka? Potrzebuję paru minut by zrozumieć, że wysypisko śmieci przede mną, pełne plastikowych worków, wypełnionych śmierdzącymi odpadami, to była kiedyś rzeka!!! Do tej pory myślałem, że w rzece można się utopić, a dopiero teraz widzę, że rzeka tez się może utopić w stertach śmieci. To już drugi horror, z którym przychodzi mi się dzisiaj mierzyć. Makabra, a najgorsza wobec tego co widzę, jest bezsilność. Jadę dalej, zachodząc w głowę co zrobić z tym fantem I nic nie przychodzi mi na myśl. Tym bardziej nic, ze wkrótce moja głowa zajęta jest już całkiem czymś innym. Czymś z czym też nie bardzo sobie radzi. Właśnie przekroczyłem bramę obozu zagłady Pól Śmierci i z miejsca jestem zdruzgotany. Nie będę wymieniał i opisywał okropności jakie się w tym miejscu działy niespełna 45 lat temu, bo nie jestem w stanie. Wspomnę tylko, że mordercy zwani czerwonymi khmerami (specjalnie pisze małą literą i uważam ze to nie błąd) by oszczędzać amunicji, zabijali swe ofiary kopaczkami, kijami lub kamieniami, a dzieciom roztrzaskiwano głowy, trzymając je za nogi i uderzając, o któreś z rosnących obok drzew. Ciała, wrzucano potem do rowów i zasypywano. Ci którzy w jakiś sposób przeżyli kamieniowanie czy roztrzaskiwanie zostawali zakopani żywcem. Dzisiaj porośnięte trawą szerokie kopce, wskazują miejsca zbiorowych mogił, a symboliczne opaski niezapominajki, wieszane na drzewach, z których jeszcze nie obeschła krew mordowanych dzieci, świadczą, że nie zapomnimy. Ze słuchawkami na uszach obchodzę cały teren obozu, zatrzymując się przy każdym wyznaczony punkcie i słuchając powolnego głosu przewodnika opowiadającego o tamtych krwawych czasach. Na końcu dowiaduję się ze główny winowajca tych okrucieństw Pol Pot doczekał sędziwego wieku w gronie swej rodziny, swoich dzieci i wnucząt i nigdy nie został osadzony ani nie odpowiedział za swoje czyny. Dlaczego? By na to odpowiedzieć trzeba by się zając polityką tamtych czasów – zimna wojna, konflikt wietnamsko – -amerykanki itd., a na moim blogu nie chcę tego robić. Fakt pozostaje taki, że po raz trzeci dzisiaj mój mózg nie ogarnia tego co widzę i słyszę. Musze trochę przewietrzyć głowę i ogarnąć myśli. Po rzece śmieci i czerwonokhmerskich przeżyciach potrzebuję przynajmniej trochę pozytywnej energii i jakichś ładniejszych krajobrazów. Nie skręcam na głównej drodze z powrotem w kierunku Phnom Penh, tylko w przeciwną, w stronę jeziora Tonle Bati. To takie miejsce 33 km za miastem, gdzie miejscowi chętnie przyjeżdżają na piknik lub by odpocząć od wielkomiejskiego pośpiechu. Pewnie tam nad wodą, pod palmami w jednym z drewnianych ustawionych na palach domku uda mi się zresetować umysł i wrócić do rzeczywistości. Udaje się. Spędzam nad jeziorem pół dnia, po drodze odwiedzam dwie bardzo stare buddyjskie świątynie i znowu jestem tam, gdzie bylem rano. Znowu jestem pełen energii, gotowy do dalszej podroży – tylko gdzie tym razem? Może nad morze?
Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł