Pomyślałem –“może morze?” i w ciągu dwóch następnych dni spędzonych w wielkomiejskim gwarze, z może robi się z pewnością. Kambodża ma na południu, nad Zatoka Tajlandzką kilkaset kilometrów wybrzeża, w tym kilkadziesiąt wspaniałych plaż. Zatem żeby zdobyć pełen obraz tego cudownego państwa środka Półwyspu Indochińskiego nie może i tam mnie braknąć. Muszę, choćby tylko na parę dni, ruszyć na południe – myślę i układam plan. Wizy jeszcze mi wystarczy, a stamtąd przynajmniej według mapy, droga do Wietnamu krótsza. Poza tym po kilkunastu dniach spędzonych intensywnie na skakaniu po ruinach, wędrowaniu po błotnistych bezdrożach i zwiedzaniu tętniącej życiem stolicy, czas na parę dni spokoju. Najlepiej w przytulnym bambusowym domku tuż przy plaży. Spodziewam się takowy znaleźć w Otres i właśnie do niego kupuję na jutro bilet.

Z początku wszystko idzie dobrze. Rano na dworzec (bilet już mam od wczoraj), bagaże do luku, miejsce przy oknie i heja. Ruszamy. Zaczęło się psuć około 30 km przed Otres. Konkretnie psuje się samochód. Przez godzinę kierowca próbuje naprawić to, co chyba od początku jest wiadomo, że jest nie do naprawienia – na moje oko siadła skrzynia biegów. Kierowca leży w cieniu pod autem, my stoimy w ponad 30 stopniom upale i przyglądamy się tej nierównej walce, nie wiedząc co dalej. Kierowca nie rozmawia po angielsku i po innemu też nie więc szanse na uzyskanie informacji są słabe. Po godzinie daremnej pracy bierze w końcu do ręki telefon, Acha, myślę sobie – jest jeszcze nie dobrze, ale lepiej. Pewnie mają taką umowę, że dzwonią do szefa po godzinie prób uruchomieniem auta na własną rękę. Szkoda, że kiedyś u mnie w firmie nie wydałem takich dyspozycji. Przy każdej nocnej awarii, miałbym godzinę dłużej spania hihi. Po telefonie, chyba do szefa, zaczyna się coś dziać. Kierowca tłumaczy na migi, że zaraz podjadą taksówki. Nie można tak było od razu? Ale to jeszcze nie koniec. Taksówka podjeżdża. Tyle tylko, że jedna, a nas jest 11 osób. Kto jedzie? Ci co więcej zapłacą. Okazuje się, że za taksówkę musimy zapłacić sobie sami. Ja z trójką innych obieżyświatów jedziemy ostatnią, która przyjeżdża. Jako, że nie ma już konkurencji możemy negocjować cenę i wychodzi na czterech zupełnie przyzwoicie. Ale to jeszcze nie koniec. Taksówka podwozi nas tylko do centrum Otres, tak jak autobus by nas zawiózł, a nie tak jak taksówka powinna pod adres. A, że i z tym kierowcą się nie da dogadać, przeto grzecznie wychodzimy i dalej, by dostać się w okolice Otres Beach, muszę sobie radzić sam. Do plaży niecałe 10 km i teoretycznie mógłbym iść nawet z plecakiem, ale po ponad dwóch godzinach stania na słońcu siły jakby mnie opuściły i taki marsz wydaje się niemożliwy. Następna taksówka natomiast wydaje się nadmiernym luksusem – dwie na dzień to przesada. Tuk tuk też zbyt drogi. Decyduję się na mototaxi, czyli skuter. Ale to jeszcze nie koniec. Siadam z plecakiem za kierowcą, drugi plecak pakujemy mu między nogi i ruszamy gliniastą rozmytą ostatnimi deszczami drogą. Z początku omijamy ogromne kałuże, ale gdy robi się ich coraz więcej i są coraz większe ten pan za kierownicą zaczyna po prostu przejeżdżać je wpław. Tuż przed plażą, przy której mam szukać mojego adresu kałuże są już tak wielkie i tak głębokie, że widzę, że nie da rady przez nie przejechać. Krzyczę mu stop. I go away alone. Nie reaguje. Eeeee stop ! – krzyczę mu w ucho, widząc jak gwałtownie zbliża się do kałuży wielkiej jak morze po lewej stronie. Stop I go I…. Nie skończyłem i buuum, a raczej i pluuusk. Leżymy w środku czerwonego bajorka z plecakami na ziemi i motorkiem do góry kołami. I to już jest koniec. Pierwszy nerw mija dość szybko jak widzę, ze oprócz tego, że jesteśmy mokrzy i brudni to nic wielkiego się nie stało. Plecaki wytrzymały. Laptop przeżył i mimo, że jestem zły na chłopa, bo jak baran wbił się w kałużę, której nie mógł przejechać, to jest mi go też trochę żal. Patrzy z takim zdziwieniem na mnie jakby nie rozumiał co się stało albo się boi, że mu teraz nie zapłacę. Płacę, a jakże, ale ostatnie metry idę już pieszo.

Hostel o cudownej nazwie, “Wish You where here”, która zdecydowała, że to właśnie w nim zostaję, jest faktycznie, jak sugeruje nazwa niezwykły. Bambusowy dom pod palmą z wiszącą w powietrzu hippisowską atmosferą i takową muzyką w tle powoduje, że w moment zapominam o upale na ulicy i kąpieli w kałuży. Momentalnie zmieniam nastrój i momentalnie jest mi fajnie. Tak to będzie trwało pewnie przez następnych parę dni i nawet krótkie przeziębienie wywołane chyba zbyt długim siedzeniem w morzu lub zbyt zimnym wieczornym wiatrem, wyleczone w ciągu dwóch dni, imbirem, czosnkiem, limonką, miodem, aspiryną na noc i dużą ilością miodu, nie jest w stanie mi tego nastroju zepsuć.

Droga z Phnom Penh nad morze zaczęła się bardzo fajnie. Wcale nie byliśmy najgorszym i najbardziej przeładowanym autem.

Aż do czasu gdy coś się zepsuło. Znaczy my wiedzieliśmy co, ale kierowca nie wiedział i szukał. A to po prostu auto się zepsuło.

Główna droga do plaży. Takie wertepy, dziury i kałuże to w Kambodży mały pikuś.

Ta kałuża przerosła możliwości mototaksi, pogrążając nas w swoich odmętach.

Moja baza pod palmą przy morzu nie ma wprawdzie ani 5 ani 4 ani nawet żadnej gwiazdki jeżeli chodzi o standard, ale za to 10 gwiazdek jeżeli chodzi o atmosferę. Tam u góry to okno z mojego, no powiedzmy pokoju, z widokiem na morze.

Właśnie z takim widokiem.

Plaża przy moim „Chciałbym, żebyś tu była” jest taka jak najbardziej lubię. Pół dzika, prawie pusta i niezwykle romantyczna.

Potem robi się znacznie lepiej, czyli gorzej. Tutaj plaża stara się dorównać europejskim kurortom znad Lazurowego Wybrzeża.

Ciągle się stara przez następne kilkaset metrów.

W końcu przestaje się starać dorównać europejskim, ponownie staje się plażą szeroką, kambodżańską, urodziwą, ale bez nadmiernych ozdób.

To wywołuje u mnie niesamowitą radość.

Tym większą, że po jakichś 2,5 km wędrówki najpierw romantyczna, potem santropezka i szeroka, plaża zwęża się i znowu staje się taka, jaką wiedziałem, że znajdę na południu Kambodży – zapomniana przez Boga i turystów, ale nie przez rybaków.

Wpadająca do morza rzeka, zaraz za rybacką osadą, jest utrudnieniem w dalszej wędrowce, ale nie przeszkodą.

Podobnie jak płot, który ktoś postawił ni stad ni zowąd na jedynej prowadzącej z powrotem do miasta dróżce. Szczęściem był tak kulturalny, że postawił drabinę i strzałką oznaczył dalszy kierunek drogi. No cóż – utrudnienie, ale nie przeszkoda.

Wszystko jest cudne: spacer po długiej plaży, pływanie w spokojnym i ciepłym morzu, wędrówka zakamarkami rybackich osad i pyszne jedzenie na pobliskim targu (zwłaszcza świetnie przyrządzone ryby), ale nic nie może dorównać wieczorowi pod palmą, przy szumie muskających brzeg fal i muzyce Pink Floyd – Wish You where here.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł