Wspomniałem w ostatnim artykule, że dzisiaj będę odpoczywał po ostatnich kilkudniowych eskapadach. No i tego planu się trzymam z tym, że z małą korektą. 70 km na wschód od Christchurch jest półwysep Banks, a na nim podobno urokliwe, położone nad samym brzegiem błękitnej zatoki miasteczko Akaora. Więc skoro już mam leniuchować to może rankiem się jeszcze trochę sprężę, dojadę do opisywanego w przewodnikach miasteczka i tam rozłożywszy się na plaży w cieniu palmowego liścia, oddam się bez reszty błogiemu lenistwu? Stanowcze „Tak” na powyższe pytanie powoduje, że już o 8 rano siedzę w autobusie, a o 10 z minutami (niby 70 km, ale autobus kręcąc się po górach i robiąc przerwy raz w romantycznej starej osadzie Littel River i raz na punkcie widokowym na malowniczą zatokę, potrzebuje aż dwóch godzin) wysiadam przy szerokiej plaży, w faktycznie cudownej Akarorze. No trudno – leniuchowanie musi jeszcze chwilkę poczekać – przecież muszę najpierw przynajmniej trochę pozwiedzać miasto. Trzeba zobaczyć: latarnię morską, molo z wypływającymi spod niego ławicami ogończowatych śmiertelnie niebezpiecznych płaszczek, kościół św. Patryka, stary angielski cmentarz i … no właśnie. Idę jeszcze w kierunku francuskiego cmentarza, ale tu zwiedzanie się kończy. Francuski cmentarz usytuowany jest na sporawym wzniesieniu, a ja przecież obiecałem sobie dziś leniuchować, a nie wspinać się po górach. Skoro obiecałem to obiecałem – pomny łacińskiej sentencji „pacta sunt servanda” w duchu dodaję – zwłaszcza tych danych sobie – i kończąc zwiedzanie zawracam w kierunku plaży. Po drodze, tuż przed samą plażą coś mnie intryguje. Mijam mały posterunek policji z napisem Gendarmerie(?) Rozglądam się i dopiero teraz spostrzegam, że ulice nie są tu street tylko rue (?) Przysłuchuję się i słyszę, że ludzie, przynajmniej niektórzy, rozmawiają ze sobą po francusku (?) Dlaczego? Dlaczego nawet pomnik malarza łudząco przypomina francuskiego artystę? Skąd tu, nagle w środku Nowej Zelandii, wzięła się Francja? Opowiem o tym już leżąc na kocu w obiecanym cieniu palmowego liścia.

Otóż zanim miasteczko Akaroa stało się tym czym jest dzisiaj, czyli oazą spokoju, działo się tu różnie, ale spokoju to tu raczej nigdy nie było. Najpierw około 8 milionów lat temu potężne eksplozje dwóch wulkanów wyżłobiły w lądzie dwie głębokie fiordowe zatoki, tworząc tym samym długi półwysep, który rzecz jasna wtedy jeszcze nie miał nazwy. Nazwę Banks nadał mu dopiero kapitan Cook, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu w roku 1770 i na cześć badacza i podróżnika Josepha Banksa właśnie jego nazwiskiem ochrzcił wyspę. Wyspę? Tak właśnie myślał Cook. Widać jak głęboko w ląd wcinają się obie zatoki, skoro nawet tak znakomity żeglarz i odkrywca jakim był kapitan Cook, mylnie sądził że dopłynął do wyspy. Po tym odkryciu, jak zresztą po wielu innych dokonanych przez Cooka, Europejczycy nie bardzo zawracali sobie nimi głowę. Zawracali sobie za to aż nadto rdzenni mieszkańcy półwyspu, Maorysi z plemienia Mao Ngai tahu i Ngati Toa, którzy w latach 30 XIX wieku prowadzili między sobą tak zaciekłe walki, że się nawzajem prawie całkowicie powyrzynali. Siedem lat po zakończonych waśniach, od pozostałych przy życiu Indian, zrujnowany półwysep odkupił, francuski łowca wielorybów, Jean Langlois, chcący założyć tu państwową, francuską, spółkę połowów morskich ssaków. W tej sprawie po wykupieniu od Maorysów ziemi udał się do Francji by namówić rząd do wzięcia udziału w spółce. Dopiero po dwóch latach (tyle zabrało mu przekonywanie francuskich decydentów o intratności spółki) powrócił tu z 63 francuskimi osadnikami, lecz niestety było to już za późno. W tym czasie o zamiarach Francuza dowiedzieli się Anglicy i niezwłocznie wysłali w kierunku Nowych Ziem okręt wojenny, który miał pokrzyżować francuskie plany. Tak też się stało. Anglicy dopłynęli dosłownie dwa dni przed Francuzami, zawiesili w dzisiejszej Akarorze swoją flagę i na podstawie umowy z Waitangi (dzień zawarcia umowy między Maorysami i Anglikami w Waitandze 06.02.1840, obchodzony jest obecnie w Nowej Zelandii jako święto narodowe, także pewnie jeszcze się na nie załapię) ogłosili półwysep Banksa jako angielski. Francuscy osadnicy mimo wszystko osiedlili się wprawdzie nie na francuskiej już ziemi co nie przeszkodziło im do dzisiaj kultywować i przechowywać francuskiej tradycji z językiem, jak można to usłyszeć, włącznie. Kto wie jak by się potoczyły losy dzisiejszej Nowej Zelandii gdyby wtedy przed ponad 150 laty to Francuzi jako pierwsi zawiesili swoją flagę? Prawdopodobnie cała południowa wyspa zostałaby francuską kolonią i dzisiaj Nowych Zelandii byłaby dwie – północna angielska i południowa francuska.

Zupełnie inna zdaje się też być przyszłość Akaroy. Zniszczony przez trzęsienie ziemi w 2010 roku pobliski port Iyttelton prawdopodobnie nie szybko, o ile w ogóle, zostanie odbudowany, w związku z czym Akaroa wzięła na siebie ciężar przyjmowania ogromnych turystycznych statków z kilkoma tysiącami pasażerów na pokładzie, którzy wychodząc na ląd bezwzględnie rozniosą urokliwą oazę spokoju francuskiej Akaroy. Na szczęście statki nie zawijają jeszcze codziennie, a nawet nie wiem czy co tydzień. Oby niech to było jak najrzadziej.

W drodze powrotnej jeszcze jedna niespodzianka. Chyba ostatnia, no bo ile niespodzianek może pomieścić jeden dzień? Zatrzymujemy się przy malutkiej wytwórni serów. Można prześledzić tu cały przebieg produkcji, ale to jeszcze nie ta niespodzianka. Można serów, a mają ich tu kilka gatunków, popróbować, ale to też jeszcze nie to o co chodzi. Oprócz serów można spróbować kilku rodzajów win i to jest ta prawdziwa niespodzianka. Po degustacji oczywiście można zaopatrzyć się w jeden lub więcej atrybutów nieodzownych przy konsumpcji sera, a mierzonych w litrach. Ja poprzestaję na degustacji i jednego i drugiego i jestem very, very happy.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł