Do Arshan, wioski położonej trochę ponad 200 km na południowy-zachód od Irkucka, dojeżdżam w trzy i pół godziny marszrutką. Marszrutki, czyli minibusy to bardzo popularny na Syberii rodzaj transportu publicznego, coś jak w Ameryce Południowej colectivo z tą różnicą, że colectivo jeździło kiedy chciało i jak chciało, a marszrutki mają rozkład jazdy, którego się dokładnie trzymają. Można nawet wcześniej dokonać telefonicznej rezerwacji, jak wczoraj zrobiłem, a przy kupnie biletu poprosić o miejsce przy oknie co też zrobiłem i już po drodze, wpatrzony w krajobrazy za oknem, nie mogę się nadziwić, w jakie fantastyczne rejony jadę. Wynurzające się zza horyzontu wysokie skaliste góry, rozległe zielone doliny i jakby niepoddające się upływowi czasu, drewniane wsie z poprzednich stuleci, dają przedsmak tego, co czeka mnie na buriackiej ziemi. No właśnie – przed chwilą przekroczyłem niewidzialną granicę i znalazłem się w Republice Buriackiej należącej oczywiście do Federacji Rosyjskiej. Na miejscu jest jeszcze ładniej, ale póki co nie mam za bardzo czasu się rozglądać. Ledwo wysiadam z autobusu już zjawia się przy mnie kilka pań w długich spódnicach, czepkach i z co najmniej kilkoma złotymi zębami, oślepiająco odbijającymi promienie wysoko nad nami stojącego i mocno palącego słońca i jedna przez drugą i wszystkie naraz zachwalają walory swoich pokoi do wynajęcia. Liczą zapewne na dobrą okazję, bo swoim kapeluszem, nie wiedzieć czemu wydaję się wszystkim bogatym amerykańskim poszukiwaczem przygód, który w pogoni za nimi wszędzie zostawia dostatecznie dużo pieniędzy. Wiadomość, że jestem podróżnikiem poszukującym taniego schronienia tylko na dwie doby, chłodzi początkowy entuzjazm i większość kobiet odchodzi, pozostawiając mnie z kwitkiem. Nawet bez kwitka, bo nic przecież nie wynająłem. Prawdopodobnie większość pokoi do wynajęcia jest dwu lub kilkuosobowych i najchętniej wynajmowane są na okres całego urlopu, czyli około dwóch tygodni, a ja jestem sam i na dwa dni, czyli kiepski interes. Jedna tylko chadziajka, znająca widać tajniki ekonomi, szybko kalkuluje, że lepiej zarobić parę groszy za dwie noce i jedno łóżko niż w nic i nie pozostawia mnie samego. Proponuje bym poszedł za nią. Idę. I tak nie mam póki co alternatywy. Pokój, drewniana dobudówka do drewnianego domu, z drewnianym łóżkiem, jednym krzesłem i stołem oraz co ważne czajnikiem na wodę bym rano miał gorącą kawę, znakomicie nadaje się na zabezpieczenie moich niewygórowanych potrzeb. Jedynie drewniana latryna i ogrodowy szlauch zamiast prysznica trochę mnie przerażają, ale w końcu jestem na Syberii w mongolsko-buriackiej wiosce, a nie w sanatorium w Kołobrzegu więc nie marudzę. Biorę, co dają, a banio, czyli tradycyjna drewniana łaźnia z piecem, wyposażenie bodaj każdej syberyjskiej chałupy, dostatnio rekompensuje mi wszystkie inne niewygody. Znaczy jeszcze nie rekompensuje, ale są szanse. Na razie o tym nie myślę. Mój umysł zajęty jest już szukaniem odpowiedzi na zupełnie inne pytanie – jak znaleźć drogę i dojść do podobno nieodległego wodospadu o tej samej nazwie, co wioska, czyli Arshan? Okazuje się, że wcale nie muszę zbytnio wytężać szarych komórek, pytać tu czy tam, czy szukać w lesie ukrytych ścieżek. Wystarczy, że wychodzę na główną drogę i ruszam za ludźmi. Wszyscy idą w tym samym kierunku. Najpierw do rzeki, której wody słyną z nadzwyczajnej uzdrawiającej mocy, a później wzdłuż niej do wodospadu. Tę prawidłowość, że wszyscy przyjezdni chodzą tam i z powrotem tą samą drogą, długo przede mną zauważyli również mieszkańcy wioski i okolicznych rejonów i drogę prowadzącą do wodospadu gęsto zastawili straganami z wszystkim tym, co tylko może wyrwać przechodzącym kilka rubli z portfela. Można nawet w litrowych butelkach kupić „wodę życia” z pobliskiej rzeki, aczkolwiek ta nie znajduje wielu amatorów. Zdecydowana większość chętnych namineralizowania się górską wodą bogatą w kwas węglowy (więc dobrze wpływającą na serce, system nerwowy, żołądek i jelita) stoi z butelkami w długiej kolejce do kranu, sprytnie zamaskowanego w kamienne figurze szamana Arshan (arszan znaczy po buriacku uzdrawiające minerały albo uzdrawiające ciepłe źródła i w naturalnej chińskiej, mongolskiej, syberyjskiej lub właśnie buriackiej medycynie jest bardzo rozpowszechniony). Pewnie w drodze powrotnej i ja w ten sposób napełnię swoje bukłaczki życiodajną wodą – myślę, a póki co padam ofiarą przydrożnego handlu i nie mogąc się oprzeć pokusie kupuję za 100 rubli kolejną skórzaną bransoletę. W plecaku nie mam miejsc na pamiątki, a na ręku jeszcze i owszem więc czemu nie. Rzadko tak się zdarza, ale tym razem zakup pamiątki na straganie bardziej mnie cieszy niż widok górskiego wodospadu. Sama spływająca po skałach woda nie jest może najgorszym widokiem, ale tłum rozlewający się szerzej niż woda wokół małego wodospadu, całkiem zasłania jego urok. Nie bardzo jest się czym cieszyć. Sytuację ratuje wąska, mało widoczna i trudno dostępna ścieżka, prowadząca za wodospadem w górę rzeki. Tutaj, jako, że do pokonania jest parę wysokich skał i urwistych zboczy, nie dociera już wielu śmiałków i świat staje się od razu spokojniejszy, a co za tym idzie milszy i piękniejszy. Podziwiając jego naturalne, miejscami sielankowe, a miejscami złowrogie (wtedy muszę ostrożnie stawiać krok za krokiem) piękno, nawet nie zauważam, że oddalam się tak daleko od wioski, że nie wiem czy zdołam wrócić przed zmierzchem. Dopiero drewniany most przerzucony przez kamieniste koryto rzeki i prowadzący za nim ostro w górę skalny, ledwo widoczny szlak, każą mi się zastanowić czy iść dalej, szukając drogi przez góry czy wracać tą samą drogą, którą przyszedłem po kamieniach, skałach i urwiskach. Nie lubię chodzić dwa razy tymi samymi ścieżkami, ale coś mi podpowiada, że tym razem należy tak zrobić. Góry przede mną wydają się jakoś wyjątkowo nieprzyjazne, a późno popołudniowa godzina i zapadający po niej zmrok przywołują nieprzyjemne wspomnienia i strach jakiego się najadłem zgubiwszy orientację w górzystej dżungli w Kolumbii (może niektórzy pamiętają, bo pisałem o tym w którymś z artykułów). Długo się zatem nie zastanawiam. Robię w tył zwrot, nie pokonując nawet drewnianego mostu i wracam tą samą drogą. Przy wodospadzie, przy straganach i przy rzece, w miejscach gdzie można nabrać wody, wydaje mi się, że jest jeszcze więcej ludzi niż było kilka godzin temu. Chyba cała Rosja tu przyjeżdża by napić się uzdrawiającej wody i teraz już rozumiem, dlaczego w małym liczącym 2500 mieszkańców Arshan ceny za nocleg są tak wygórowane. Zresztą nie tylko za nocleg. By zapłacić za tradycyjne buriackie bussy, coś ala polskie pierogi tylko, że w kształcie kuli, nadziewane mięsem lub serem, też muszę głęboko sięgnąć do kieszenie, ale uwierzcie mi nie żałuję. Są pyszne.

Moje nowe mieszkanie z widokiem na Górę Miłości. Jeszcze nie wiem, że jutro będę się na ten szczyt wspinał.
„W baśniach śpią prawdzie dzieje, woda życia nie istnieje, ale zawsze warto po nią iść, ale zawsze warto po nią iść.”

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że mała wioska Arshan oprócz niewielkiego wodospadu, zdrowodajnej wody i unikatowej kultury, powstałej z połączenia szamanizmu z buddyzmem (stąd dokoła sporo buddyjskich świątyń i kolorowych szamańskich wstążek-życzeń) nie ma nic więcej do zaproponowania. To oczywiście mylne spostrzeżenie. Gdy spojrzy się dalej, a szczególnie wyżej od razu widać, że jest tu więcej atrakcji. Okalające malowniczą dolinę Tunka, przepiękne górskie pasmo Sajan, aż się prosi by gdzieś się na niego wdrapać i spojrzeć na okolicę z lotu ptaka. No może aż tak wysoko to nie, bo skaliste wierzchołki, strzelające grubo ponad 2000 metrów, wydają się być nie do zdobycia, ale dostać się przynajmniej poza granicę lasu to już by było coś – myślę lustrując otaczające mnie szczyty. W restauracji, w trakcie pałaszowania buriackich buusów zasięgam języka. Okazuje się, że w góry spokojnie można ruszyć bez przewodnika. Zaraz za rogiem wystarczy skręcić w las, a stamtąd już tylko jedną widoczną ścieżką można się wspinać jak daleko się chce. Na szczyt (jeszcze nie wiem który to) podobno dojść można w trzy godziny – tak mówią jedni. Eee nie – zaprzeczają drudzy. Minimum pięć do sześciu godzin – mówią. Są i tacy, którzy twierdzą, że około czterech, a ktoś z końca Sali jest pewien, że rekord wejścia na szczyt wynosi jedną godzinę. Ten rekord sobie daruję. Z innych podanych czasów wyciągam średnią i wychodzi mi, że na wejście i zejście potrzebuję około 6 godzin. To dobrze, bo popołudniu zapowiadane są burze, więc jak wyjdę rano, to zdążę wrócić przed pierwszymi błyskami.

O ósmej jestem już po śniadaniu i gotowy do drogi. Właśnie się dowiedziałem, że szczyt, na który ruszam nazywa się Pik Luboj, czyli Góra Miłości, ale nawet do głowy mi nie przychodzi, że jest to ten najwyższy widoczny ze wsi punkt, sięgający prawie nieba. Nie wiem dlaczego, ale wchodząc do lasu i szukając drogi w górę, ciągle mam wrażenie, że mój cel to któraś z tych niżej położnych, wystających ledwo ponad zieloną granicę drzew, górek. Ta myśl nie opuszcza mnie jeszcze, gdy po półtorej godzinie trudnej, ale niewyczerpującej wspinaczki osiągam kamienisty szczyt z przepięknym widokiem na miasto, rzekę i wydawać by się mogło bezkresną tajgę. Dumny, że w półtorej godziny dotarłem do miejsca, które według różnych prognoz miało zająć mi od 3 do 6 godzin, siadam na najwyższym kamieniu, zatapiam wzrok w nadzwyczaj cudnym krajobrazie i daję się nieść chwili tak długo, jak tylko mi na to pozwala. Niestety nie pozwala zbyt długo. Po kilku chwilach dołącza do mnie francusko-argentyńska para, wymieniamy po hiszpańsku (cieszę się, że jeszcze nie wszystko zapomniałem) kilka kurtuazyjnych zdań, po czym oni szybko się zwijają, co mnie nieco dziwi i schodzą z mojego punktu widokowego w przeciwnym do przyjścia kierunku, co dziwi mnie jeszcze bardziej. Idę za nimi i już wiem. Mój zdobyty szczyt nie jest jeszcze celem wędrówki. Dalej są szczyty jeszcze wyższe, a moi świeżo poznani znajomi już są na dole i szykują się do następnej wspinaczki. Cóż – szykuję się i ja. To co się od tego momentu dzieje przerasta moje możliwości, by opisać jak stroma jest droga, jak bardzo się męczę i jak piękne są widoki zmieniające się z każdym jednym krokiem wzwyż. Gdy po godzinie wspinaczki, miejscami dosłownie na czworakach, dochodzę do punktu, na którym ktoś na drzewie umieścił tabliczkę z napisem 50% rozumiem, że rację mieli Ci, którzy twierdzili, że 5 godzin podejścia to minimum. Jeżeli ścieżka dalej będzie prawie pionowo wić się wzwyż to nie tylko nie wiem czy i tyle starczy, ale czy w ogóle dojdę. Idę powoli krok po kroku podpierając się kijem, łapiąc korzeni czy wystających kamieni. Po nie wiem jakim czasie wspinaczki jestem w końcu w miejscu, z którego widać szczyt. Wydaje się, że jest tuż, tuż. Łapię głęboki wdech, uwalniam ostatnie rezerwy siły i poderwany niczym na skrzydłach w jakiś niewytłumaczalny sposób szybko pokonuję ostatnie, okrutnie strome podejście. Ostatnie??? Nie!!! Niestety nie. Nie uwierzycie, bo ja też nie wierzę. Wdrapawszy się ostatkiem sił na skalisty grzbiet ze zdumienia przecieram oczy. To nie jest jeszcze Pik Love. Żeby zdobyć Górę Miłości muszę pokonać jeszcze jedno już nie takie strome, ale długie wzniesienie. Dam radę? Dam. Chwilka przerwy i po ostatnich 20 minutach uciążliwego marszu pod górę jestem tam, gdzie jeszcze niedawno myślałem, że nie dojdę. Ależ tu jest pięknie. Pięciogodzinny trud dotarcia na jeden z piękniejszych wierzchołków, na jakich kiedykolwiek byłem spłaca się w ciągu pierwszych sekund. Widok jest nieziemski. Długo siedzę zapatrzony w przeciwległe skalne ściany, w bezkresną tajgę, w majaczącą w oddali zieloną dolinę i porozrzucane po niej mikroskopijne buriackie domki, w krążące nade mną drapieżne ptaki i przesuwające się nad górami białe obłoki i coraz ciemniejsze chmury. To one i pierwsze dochodzące z drugiej strony gór odgłosy grzmotów uświadamiają mi, że czas się zbierać. Przed wieczorem ma być burza. Nie chcę by wraz z piorunami i rzęsistym deszczem zastała mnie w drodze. Nie ociągając się, aczkolwiek niechętnie, opuszczam urocze miejsce zdobyte z tak wielkim trudem. Droga w dół nie jest dużo łatwiejsza. Wprawdzie płuca nie domagają się głośno każdego łyku powietrza i pot nie spływa strugami po plecach, ale nogi, a zwłaszcza kolana pojękują przy każdej śliskiej stromiźnie. Chwilę po minięciu tabliczki z napisem 50% spadają pierwsze krople deszczu, które na szczęście nie zmieniają się w ulewę i nie utrudniają i tak niełatwego marszu. Za to głośne, coraz częstsze i coraz bliżej uderzające świetliste pioruny powodują, że zaczynam się bać by któryś nie trafił we mnie. Przez moment, będąc na otwartej przestrzeni między jednym i drugim lasem zastanawiam się nawet czy nie wyrzucić metalowych kijków, które mogłyby ściągnąć na mnie ognistą kulę kilku tysięcy voltów. Nie wyrzucam. Udaje mi się dobiec do lasu i przy kanonadzie świetlistych fajerwerków i coraz mocniej padającego deszczu dotrzeć szczęśliwie do wsi i mojego przytulnego drewnianego pokoiku. Szybko zrzucam mokre ciuchy, a gorąca kąpiel w tradycyjnym syberyjskim banio elegancko spłukuje ze mnie trudy całodniowej wędrówki, pozostawiając tylko niezapomniane chwile z cudownego szczytowania na wierzchołek Miłości.     

Rano nie mam dużo czasu by długo żegnać z moimi sympatycznymi gospodarzami. Szybkie śniadanko, uścisk dłoni, wypowiedziane po rosyjsku daswidania i spasiba za wsjo, ostatni rzut oka na górujący nad wioską Pik Ljubow i już biegnę na autobus. O 13 muszę być w Sludjance, skąd pociągiem wzdłuż Bajkału pojadę do Studianki. Nic z tego. Autobus miał odjeżdżać o 8 rano. Nie odjeżdża. Idę łapać okazję. Nie łapię. W tych rejonach autostop to chyba nienajlepszy sposób na podróżowanie – nie ma aut. Wracam na przystanek i do Studjanki dojeżdżam godzinę po odjeździe pociągu. Ponownie cały misternie ułożony plan bierze w łeb. Nie ma rady – podróż bajkalskim pociągiem też przekładam na później. Na otarcie łez zwiedzam niezbyt ładne nadbajkalskie miasto i marszrutką wracam do Irkucka, skąd za niedługo pojadę w zupełnie przeciwnym kierunku, na wyspę Olchon na środkowym Bajkale.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł