Szary, wydobywający się zza horyzontu świt i nietypowy dla Himalajów krajobraz za oknem, uświadamiają mi, że budzę się zupełnie nie tam, gdzie planowałem. W podróży czasem tak bywa, że człowiek budzi się nie tam gdzie miał, albo nie tam gdzie chciał. Bywa, że nawet nie tam gdzie zasnął – ale to już tylko w szczególnych przypadkach. Jeszcze kilka dni temu byłem pewien, że o tej porze, będę już siedział na dachu świata i majtając nogami obserwował z wysokości kilku tysięcy metrów jego bezkres, a tu co? Miast ośnieżonych górskich szczytów i buchających parą jaków, widzę te same, co wczoraj ciągnące się ku rzece równiny i spacerujące po nich wychudzone krowy. Najwyższy czas pakować plecak, ruszać w drogę i zmienić klimat – myślę, spoglądając na zegarek i mocno się przeciągając. Jest 5:15. Ostatnie dni, mimo że nadzwyczaj atrakcyjne, dosyć mocno wyhamowały mnie w drodze do Kathmandu, więc teraz, chociaż jeszcze trochę zmęczony i niedospany, nie marudzę. Nie tracąc czasu zrywam się na równe nogi, szybciutko dokonuję porannej toalety, jeszcze szybciej pakuję plecak i po chwili z plecakiem na ramionach i kapeluszem na głowie, gotowy do dalszej podróży, opuszczam przytulny pokój w śpiącej jeszcze Gaji i maszeruję w stronę dworca. Jeszcze raz spoglądam na zegarek – jest 6 kwietnia, godzina 6.05 – do przyjazdu Jenni (z moją córką umówiony jestem za kilka dni w Kathmandu) zostaje coraz mniej czasu, a ja w dalszym ciągu nie mam pojęcia jak i kiedy dotrę do stolicy Nepalu. Jedyne co teraz wiem, to to, że o 6:30 mam pociąg do Patny i muszę się mocno spieszyć.

Patna – hindi पटना, trl. Paṭnā, trb. Patna; ang. nazwa historyczna: Pataliputra (uważny obserwator zauważy tę nazwę na dworcu kolejowym), miasto w północno-wschodnich Indiach, na Nizinie Hindustańskiej, nad Gangesem, przy ujściu rzeki Gandak, stolica stanu Bihar. To ponad 2 mln miasto, które na przełomie er było jednym z największych miast świata, a dzisiaj jest ważnym ośrodkiem handlu, nauki i rzemiosła, niczym mnie nie zaskakuje. Już z okien pociągu, wolno zbliżającego się do zatłoczonego dworca, widzę ogromne kontrasty, typowe dla dużych indyjskich miast. Chwilę potem, z potem na plecach i skurczami w nogach (zbyt długo siedziałem na twardej ławce) zatapiam się w te kontrasty, szukając między eleganckimi centrami handlowymi i ulicznymi targowiskami, między okazałymi wieżowcami i pokrytymi blachą czy tekturą slumsami, między samochodami, tuk-tukami, skuterami, rykszami, osłami, mułami, a nawet wielbłądami tego, czego mi teraz najbardziej potrzeba. Gdzieś tutaj musi być dworzec lub przynajmniej przystanek skąd odjeżdżają autobusy do Kathmandu. Nie muszę pewnie tłumaczyć, że szukanie czegokolwiek, w jakimkolwiek milionowym mieście w Indiach, to jak szukanie igły w stogu siana i z całą pewnością tyczy się to też autobusu do Kathmandu w Patnie. Z drugiej jednak strony, podobno, kto szuka, ten znajdzie, więc szukam zawzięcie, a że już trochę się po Indiach włóczę i trochę się różnych rzeczy naszukałem, mam trochę doświadczenia i nieco mi łatwiej. Jest! Jest dworzec!!! Acha – dworzec? Zakurzony plac przy moście. Obok popękane domy i kilka małych sklepików, a na ścianie nieco sfatygowana kartka z napisem „Patna do Kathmandu wyjazd 13:30, przyjazd 06:00” i numer telefonu. Na szczęście nie muszę dzwonić. Ktoś trąca mnie w ramię i pyta czy chcę jechać do Kathmandu. Chcę – odpowiadam zgodnie z prawdą. Kiedy? – pada następne pytanie. No może dziś, zastanawiam się krótko, albo jutro? Jeszcze nie wiem. Na razie chciałbym wiedzieć ile kosztuje bilet, jak długo się jedzie i jak wygląda autobus, w którym ewentualnie miałbym spędzić następnych kilkanaście godzin. Spoglądam na stojący kilkanaście metrów dalej autobus, liczę w głowie godziny i pieniądze i chyba już nie chcę. Uzyskawszy wszystkie odpowiedzi, jestem pewien, że w ten sposób nie chcę się drapać na jedno z ostatnich pięter naszego globu. Zdezelowany autobus z metalowymi prętami w oknach, stojący pod murem nie zachęca by do niego wejść, a co dopiero nim jechać. Na samą myśl, że miałbym spędzić w nim następnych 17 godzin (to prognoza, w rzeczywistości trzeba liczyć ponad 20) cierpnie mi skóra i pulsują skronie. Bilet kosztuje niecałe 12 euro, co w tutejszych warunkach wcale nie jest super tanio, ale też nie jakoś nadzwyczaj drogo, toteż cena nie jest tym razem czynnikiem, od którego wszystko zależy. Hm – zastanawiam się głośno i zamiast odpowiedzi, dziękuję i proszę o czas do namysłu. Do kiedy ewentualnie muszę kupić bilet, gdybym chciał jechać jutro? –  pytam na odchodne, mimo że na odpowiedzi kompletnie mi nie zależy. Do kiedy będą wolne miejsca – słyszę, jak zawsze w takich przypadkach. OK, zatem – see you later, żegnam się głośno, dodając pod nosem maybe never. Decyzję, która być może wymagałaby dłuższego namysłu, podejmuję w kilka sekund. Autobusem nie jadę! Muszę znaleźć inną możliwość. Wracam na dworzec kolejowy.

Los mi sprzyja. Trochę mi sprzyja. Przy samej granicy z Nepalem jest małe miasteczko Raxaul, do którego z Patny można się dostać pociągiem. Wprawdzie nikt nie wie jak z Raxaul dostać się dalej do Kathmandu, ale ten problem zostawiam sobie na później. Ważne, że teraz w sposób, jaki najbardziej lubię, czyli pociągiem dostanę się do granicy, a potem się zobaczy. Szkoda tylko, że na dzisiaj nie ma już wolnych miejsc. Szczęście natomiast, że są przynajmniej jutro. W Indiach należy rezerwować sobie bilety z dużym wyprzedzeniem, bo pociągi są przeważnie mocno przepełnione i czasem trzeba czekać na miejsce kilka dni. Tym razem mam szczęście i jutro jadę do Rauxal.

A dzisiaj? Dzisiaj muszę rozejrzeć się za jakimś względnie tanim noclegiem (jak zwykle) i względnie blisko dworca, by nie taszczyć daleko dzisiaj i jutro ciężkiego plecaka. Dobra passa szczęśliwie sprzyja mi dalej i już po kilku chwilach ląduję w niezbyt ładnym, niezbyt czystym, ale tanim hostelu tuż przy dworcu. Na jedną noc może być. Kiedy zostaję gdziekolwiek tylko na krótki sen, nie wybrzydzam. Biorę, co jest pod ręką, a resztę czasu, którego w takich sytuacjach nie mam wiele, miast na szukanie lepszego miejsca, poświęcam na rozglądanie się po okolicy. Tak właśnie robię i teraz

Patna, choć od początku nie wzbudza we mnie szczególnych emocji, to jako, że jest ostatnim dużym miastem na mojej drodze przez Indie, zasługuje na ciut więcej uwagi niż tylko pobieżne rzucenie okiem przez okna pociągu, czy w trakcie szukania przystanku i noclegu. Teraz, bez plecaka i bez zaprzątających głowę myśli, spaceruję sobie ot tak bez celu kilkoma głównymi ulicami z wystawnymi sklepami i galeriami (znajduję nawet mój ulubiony Dekathlon, do którego oczywiście zaglądam, ale nic nie kupuję, bo ceny w nim europejskie, a moje potrzeby, przynajmniej na razie, zostają zupełnie południowo azjatyckie). Mam też na tyle czasu by zajrzeć, bodaj ostatni raz, do hinduskiej świątyni i pożegnać tutejsze bóstwa. Gdy okazuje się, że i po tym ceremoniale do zachodu słońca zostają jeszcze dwie, trzy godziny, wypuszczam się jeszcze poza centrum i przesmykuję się wąskimi uliczkami, zapomnianych przez Boga i miejskich włodarzy dzielnic. Na koniec okrążam kilka kolorowych targowisk, skubię tu i ówdzie podpalane w przydrożnych straganach pszenne placki, popijam je gorącą, słodką herbatą i tak powolutku mija mi kolejny, być może przedostatni dzień w Indiach. Teraz zostaje mi już tylko szybko spać, rano zdążyć na pociąg, znaleźć w nim miejsce przy oknie i być może już jutro dotrzeć do Nepalu. Pociąg do Raxaul odjeżdża punktualnie.

Zanim unoszące się semafory otworzą mi drogę do nepalskiej granicy, siedzę już sobie wygodnie przy oknie i nie bardzo przejmując się tym, co będzie się działo przez następnych prawie 8 – 9 godzin, wbijam wzrok w tłoczących się na peronie ludzi i zatapiam się w myślach. W około 8 godzin przejadę ostatnie 250 km dzielących mnie od Nepalu. Ten czas mam zabezpieczony w pociągu w miarę bezpiecznie i spokojnie. Pewnie od czasu do czasu pociąg zatrzyma się na jakiejś stacji; ktoś nowy wsiądzie, ktoś wysiądzie. Przez wagon przebiegną szybko młodzi chłopcy z koszami napojów, a po nich przejdą już nieco starsi proponujący zawinięte w gazetę jedzenie lub wystające z plastikowych toreb słodycze. Za oknem prawdopodobnie lasy wymieniać się będą z łąkami i polami, robiąc od czasu do czasu miejsce dla małych wiosek i niewielkich miasteczek. Z większych miast minę trzy, może cztery i tam naturalnie będziemy stać dłużej i będzie większy raban. To wszystko już znam. To wszystko już wiem. Niespokojne myśli zaczynają się wtedy, gdy wybiegam nimi poza te 8 godzin. Granice zawsze są nieprzewidywalne, a tereny przygraniczne często bywają niespokojne i często panuje w nich chaos z jakąś nieopisaną, wiszącą w powietrzu niepewnością. Jak będzie tym razem? Co czeka mnie w przygranicznym Raxaul, do którego dotrę wieczorem, więc w niezbyt korzystnej porze? Czy uda mi się jeszcze dzisiaj przejść granicę i znaleźć po drugiej stronie nocleg? Czy raczej jeszcze jedną noc spędzę w Indiach i dopiero jutro ruszę do Nepalu? Nie wiem. Na żadne z tych pytań nie znam odpowiedzi i chociaż tyle razy przekraczałem tyle różnych granic, nieodmiennie, gdy zbliżam się do kolejnej, zadaję sobie te same pytania i rozważając różne odpowiedzi nieodmiennie czuję ten sam stan podnoszącej się adrenaliny, szybsze bicia serca i coraz szybciej wirujące w głowie myśli. W takich momentach najbardziej czuję, co znaczy podróżować samemu z plecakiem, czyli na własną rękę, przez świat i chociaż wydawać by się mogło, że nie ma w nich nic przyjemnego, to właśnie te chwile sprawiają, że najbardziej lubię podróżować w taki właśnie sposób. Wydaje mi się, że właśnie w takich sytuacjach najbardziej czuje się smak podróży, powiew wolności i zapach przygody. Ja przynajmniej tak mam i zawsze jak do tej pory, mimo niemiłosiernej egzaltacji, zachowuję spokój. Za dzielnym wojakiem Szwejkiem powtarzam sobie po cichu, że – jakoś to będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

Zgodnie z przewidywaniami jedzie mi się spokojnie i jak na warunki panujące w indyjskich pociągach w miarę wygodnie. Krajobrazy za oknem, znacznie mnie uspakajają, a widok uśmiechniętych dzieci w biednych, słomiano glinianych wioskach powoduje, że mimowolnie odwzajemniam uśmiechy, macham ręką i czuję, że w każdym z tych miejsc mógłbym spokojnie przeżyć kilka dni nie czując lęku, który jeszcze przed chwilą nieco mnie stresował. Jazda jest tak przyjemna, że nawet nie zauważam, jak wraz z mijającymi krajobrazami, mija prawie 9 godzin i nieco spóźniony wjeżdżam na dworzec w Raxaul. Tutaj ponownie przypływa adrenalina i nieprzyjemne mrowienie w plecach. Słońce ogromną czerwoną kulą chyli się ku zachodowi, zaróżowiając horyzont. Zaraz zacznie się szarzyć i ściemniać, a ja nie bardzo wiem dokąd iść. Wokół nie ma nic, co przypominałoby przynajmniej w zarysie jakieś miasto lub co najmniej miasteczko, w którym mógłbym znaleźć hotel, sklep i chociaż trochę cywilizacji. Z lewej strony pod wiaduktem toczy się jakieś życie, ale tam z pewnością nie znajdę, czego szukam. Z prawej kończą się tory, a tym samym cały świat. Z tyłu poza chaszczami nie ma nic. Pozostaje, zatem tylko przód, również nierokujący nadziei na znalezienie czegoś sensownego. Wprawdzie daleko za torami widać pojedyncze pokryte słomą chaty, ale czy to miasto? Znacznie bliżej dostrzegam jakieś jezioro, jakąś ubitą drogę i przede wszystkim zakurzony plac z kilkoma parkującymi na nim dorożkami, zaprzęgniętymi w muły lub małe, wychudzone konie. Gdzieś musi być jednak granica z Nepalem, a przy granicy, chociaż namiastka cywilizacji – myślę, wychodząc z dworca w jedynym możliwym kierunku, czyli w kierunku dorożko-taksówek. Granica? Tak – jest kilka kilometrów stąd, ale o tej porze zamknięta – objaśnia mi młody chłopak siedzący na pryczy. Hotel? Tu już robi dłuższą przerwę. Hotel też jest, ale też daleko. Też kilka kilometrów. Jeżeli chcę, to może mnie do niego zawieść. Nie wiem ile w tym prawdy, co mówi, ale chyba nie mam wyjścia. Za chwilę będzie ciemno, a po ciemku wszystko zacznie być znacznie trudniejsze  – myślę i mówiąc yes, gramolę się z plecakiem na małą, wąską furmankę.

Za jeziorem zaczyna się coś na kształt miasta. Coraz więcej, coraz wyższych domów. Są też sklepiki, bary i co najważniejsze małe hotele. Mijamy już drugi, a mój kierowca nie wstrzymuje konia i jak gdyby nigdy nic jedzie dalej. Hej you – dlaczego się nie zatrzymujemy? Pytam. No, tu nie można – odpowiada i nie patrząc na mnie pogania konia. Acha! Chyba chce mnie, jak każdy taksówkarz, orżnąć na nieco więcej z kasy i będzie wiózł na koniec miasta do ostatniego możliwego hotelu, sądzę po tym, jak mijamy następny szyld z napisem hotel. Zatrzymaj się – proszę. Pójdę tutaj. No, no. Jeszcze chwila i będziemy – odpowiada i nie staje. Nalegam. OK – tym razem jest prrrr, chociaż woźnica jest mocno zdziwiony i chyba niezbyt zadowolony. Tylko koniowi jest wszystko jedno i grzecznie stoi. Biorę plecak, chcę płacić i tu niespodzianka. Chłopak nie chce pieniędzy. Idź spytaj – mówi, a ja poczekam. Dobra. Idę, pytam i wracam. Nie ma miejsc. W hotelu naprzeciwko to samo – nie ma miejsc. Co jest? Hoteli jest sporo, ludzi mało, a w żadnym nie ma miejsc? Nie rozumiem. Za to chłopak pewnie rozumie i z lekkim uśmiechem zadowolenia, mówi – wsiadaj. Wsiadam. Hotel, przy którym się zatrzymujemy, jest nieco większy i jakby nieco ładniejszy od poprzednich, co nie znaczy, że standardem dorównuje najniższej klasie, czegokolwiek takiego w Europie. W Azji już takie spotykałem, a nawet w takich spałem, więc spoko, nic mnie nie przeraża. Świat zdążył okryć się już mrokiem i ani mi w głowie wybrzydzać (pokój jest mały, ciemny, bez okna, a łóżko stare skrzypiące z niezbyt świeżą pościelą), czy się targować (cena zdecydowanie jest nieproporcjonalna do standardu) Biorę, co dają, płacę ile chcą i zamykając za sobą drzwi mojego nowego apartamentu oddycham z ulgą, czując opadającą adrenalinę i zanik mrowienia. Jest dobrze.

Na tyle dobrze, że o dziwo, zaledwie kilka chwil starcza mi, by się nieco ogarnąć i na tyle zregenerować, że mimo późnej pory postanawiam przed spaniem się przejść po najbliższej okolicy, nie czując przy tym istotnego chrobotania w brzuchu. To, co teraz mi w brzuchu gra, to bardziej głód niż strach. Z hotelem jakoś sobie poradziłem, to i z głodem dam radę, aczkolwiek widziane z wysokości pryczy, małe, brudne przydrożne lokale z wiszącymi na hakach płatami mięsa nie napawają optymizmem. Kilka pierwszych to potwierdza. Głód uśmierzam sneakersami  i ciastkami z zakratowanego sklepu i dopiero teraz z dwiema butelkami wody w garści mogę niespiesznym spacerem, mimo narastającej ciemności przyjrzeć się spokojniej przygranicznemu Raxaul. Główną atrakcją miasta jest niewielkie jezioro połączone z odległą, graniczną rzeką  Sariswa (Sirsiya), a praktycznie z tym, co po niej zostało. Dzisiaj to już niestety tylko brudny cuchnący ściek. Jeszcze niedawno wypływająca ze wzgórza Pathlahia i wijąca się przez gęste lasy Ramban w Nepalu, płynęła czystą wodą, zawierającą wiele wartości leczniczych (podobnie jak inne himalajskie rzeki), na południe Indii łącząc się z Burhi Gandak w pobliżu Sugauli. Dzisiaj, podobno trudno zamoczyć w niej chociaż czubek palca u nogi. Po tym, jak 46 fabryk zlokalizowanych w Birgunj w Nepau zrzuca do niej nieoczyszczone odpady, kolor rzeki zmienił się w czarny, a cuchnący zapach sprawił, że życie ludzi mieszkających w jej pobliżu stało się koszmarem. Moim też.

Mój koszmar zaczął się chwilę po powrocie do hotelu i położeniu się spać. Brudna rzeka płynąca opodal miasta i położone obok jezioro nie pozwalają mi zasnąć przez długie godziny. Wszystko zaczyna się z pierwszym ukłuciem komara tuż po zgaszeniu światła. Od tej pory okrutnie odczuwam na sobie fakt, że życie w obskurnej, śmierdzącej Sariswie nie wyginęło od końca. To co zostało żyje i sądząc po krwawych plackach na ścianie, które dopiero teraz zauważam, ma się nader dobrze. Dokładam moje czerwone placki. Jeden, dwa dziesięć, sto – nic nie pomaga. Nie wiem skąd się te ścierwa biorą, bo przecież nie mam w pokoju okna, a mam wrażenie, że im więcej ich zabijam, tym więcej ich jest. Masakra. Pryskam się sprejem. Trochę trwa zanim zacznie działać, a i to nie daje 100 procentowej gwarancji, że żaden sk…..l mnie nie dziabnie. Rozkładam nad łóżkiem moskitierę, ale też nie mam pewności czy coś przez nią nie przelezie. Po długiej męczącej walce, po zabezpieczeniu placu boju wydaje mi się, że może zasnę. Nie. Nie zasnę. Wprawdzie skubane już tak nie kąsają, ale za to tym głośniej, jakby na złość, bzyczą. Niewiele śpię. Tym bardziej, że niepotrzebnie zaglądając do Internetu przeczytałem, że pogranicze indyjsko nepalskie jest terenem o wysokim stopni zakażeń malarią. Ta wiadomość w oczywisty sposób nie wpływa na spokojny sen.

Rano świat jest piękniejszy. Komary nie dziobią, ani nie bzyczą. Kawałek wczorajszego ciastka i ciepła mocna herbata smakują znakomicie. Podnoszące się znad widnokręgu słońce, odbijając się w tafli spokojnego jeziora, oświetla ospałe jeszcze, ale znacznie ładniejsze niż wczoraj wieczorem miasteczko, a kręcący się po ulicach pierwsi ludzie, pozdrawiając mnie hinduskim Namaste (dzień dobry) wydają się bardzo sympatyczni. Poranki to zdecydowanie najlepsza dla mnie pora dnia – nawet po tak dramatycznej i nieprzespanej nocy.

Od granicy z Nepalem faktycznie dzieli mnie nawet nie kilka, tylko kilkanaście kilometrów. Pierwsze trzy przemierzam pieszo. Ot tak dla zdrowotności, dla: rozprostowania nóg, strząśnięcia nocnej traumy, ponownego rzucenia okiem na przygraniczne Raxaul, którego na pewno nie będę mile wspominał i w końcu dla ostatecznego pożegnania Indii. Od dworca kolejowego do granicy droga się zmienia. Odtąd prowadzi przez niezamieszkałe tereny. Jest długa, prosta i monotonna, więc nie ma sensu nią iść. Lepiej jechać. Tym razem nie jadę na pryczy, przyglądając się końskiemu zadowi, tylko na tylnym siedzeniu skutera, wbijając nos i wzrok w barczyste plecy prowadzącego go mężczyzny. I on nie jest pewny, czy granica jest już otwarta, ale jeżeli nie, to pewnie za chwilę lub za jakiś czas otworzą. Zatrzymujemy się przy małym żółtym domku przed skrzyżowaniem. Myślę, że to tylko skrzyżowanie i nie zsiadam. To tu – słyszę. Faktycznie – dopiero teraz dostrzegam nad niebieskimi drzwiami napis „Immigration Office”. A więc to jest granica, która chociaż otwarta na oścież wydaje się być nie do przejścia z powodu zamkniętych niebieskich drzwi. Potrzebuję do paszportu stempel z datą wyjścia, a ten niechybnie znajduje się za tymi drzwiami. Kierowca skutera nieco mnie pociesza – mówiąc na pożegnanie don’t worry, zaraz ktoś przyjdzie i odjeżdża, a ja dodając w myślach be happy, opieram plecak o indyjsko-nepalską granicę w kształcie niebieskich drzwi i czekam. Niedługo. Jeszcze czuć w powietrzu spaliny oddalającego się w kierunku Raxaul skutera, a już zgrzyt klucza w zamku, a potem skrzypnięcie drzwi oznaczają, że świat się przede mną otwiera. Trochę to trwa. Urzędnik musi się najpierw doprowadzić do porządku, to znaczy założyć okulary i przyczesać włosy. Potem włącza komputer, nastawia wodę na herbatę i zaprasza do środka. Teraz dowiaduję się, dlaczego wczoraj w hotelach mówiono mi, że nie ma miejsc i nie chciano mnie przyjąć. Otóż – jak już wspominałem przygraniczne miasta rządzą się innymi prawami i często niełatwo je zrozumieć. W Raxaul obcokrajowcy mogą nocować tylko w kilku wyznaczonych hotelach i jest to rygorystycznie przestrzegane i sprawdzane. Zanim komputer nagrzeje się na tyle by rozjarzyć ekran, muszę odpowiedzieć na kilka pytań w tym te najważniejsze: kiedy i skąd przyjechałem do Raxaul i gdzie spałem. Kiedy i skąd wiem, ale gdzie spałem? Nie mam pojęcia. Nie zanotowałem nazwy hotelu. A czy mam rachunek za hotel? Ano właśnie. Oczywiście, że mam. Nawet się nieco dziwiłem, że właściciel mi takowy wypisał. Dotąd nigdy takowego mi nie dawano. Urzędnik dokładnie przygląda się rachunkowi. Czyżby coś nie tak? Dziwię się widząc rękę urzędnika sięgającą po słuchawkę stacjonarnego telefonu i drugą wybierającą podany na rachunku numer telefonu. Ktoś po drugiej stronie, chyba potwierdza moją prawdomówność, bo od tego momentu wszystko idzie już szybko i bez komplikacji. Wbity na koniec stempel do paszportu ostatecznie kończy formalną procedurę opuszczenia Indii. Nic nie stoi na przeszkodzie by przekroczywszy próg niebieskich drzwi opuścić je również fizycznie.

Z Indii wychodzę, ale do Nepalu nie wchodzę. Gdzie, zatem jestem? Nigdzie? Skoro między Indiami, a Nepalem nie ma nic, to znaczy, że jestem nigdzie, a to z kolei musi zrodzić następne pytanie czy zatem w ogóle jestem?  Bo czy można być nigdzie, będąc jednocześnie gdzieś? Ja to jeszcze pół biedy. Co mają jednak powiedzieć o sobie osoby koczujące w spartańskich warunkach po obu stronach długiego mostu nad brudną Sirsiya River między jednym, a drugim punktem granicznym? Kim oni są? Nepalczykami, Hindusami, czy może beznarodowcami? Pytania bez odpowiedzi i oczywiście nie traktuję tych rozważań poważnie. Między większością krajów, które do tej pory zwiedziłem, jest tak zwana „ziemia niczyja”, której przejście zajmuje nieco czasu i żeby sobie ten czas jakoś urozmaicić, rozglądając się wkoło rozmyślam sobie o takich właśnie bzdurach. Zdjęć broń Boże robić nie mogę. Idę wprawdzie sam przez most i potem jeszcze długo, szeroką drogą i nikogo, oprócz ludzi pod mostem nie widzę. Nie znaczy to jednak, że ktoś nie widzi mnie. Lepiej nie ryzykować. Chociaż tutaj chyba naprawdę nikt mnie nie obserwuje i nikogo nie interesuję. Nie zatrzymywany przez żadną straż (zresztą wychodząc z Indii, też nie widziałem żadnych formacji wojskowych) mijam żelazne zapory, potem charakterystyczną trzywieżową bramę z jedyną na świecie trójkątną flagą i chyba jestem w Nepalu. A co ze stemplem w paszporcie?  Bez stempla z datą wejścia będę nielegalnym migrantem, a to najpóźniej przy opuszczaniu kraju może mieć przykre konsekwencje. Ale gdzie dostać stempel? Dopiero przy następnych żelaznych zaporach, tuż przed pierwszymi zabudowaniami miasta Birganj spotykam mundurowych i wszystko się wyjaśnia. Okazuje się, że maszerując długą drogą miedzy Indiami i Nepalem, szedłem prawą stroną i nie zwróciłem uwagi na stojący po lewej stronie żółty dom za rozwalającym się ceglanym płotem i z białym szyldem na bramie z czerwonym napisem Immigration Office. Nie ma rady – wracam. Stempel ważna rzecz. Cóż z tego, że nie zauważyłem, skoro jedynie furtka się otwiera, a drzwi i okiennice są zamknięte. Dzwonka nie ma, więc pukam. Pukam raz, pukam drugi i trzeci i za każdym razem zza drzwi odpowiada mi głucha cisza. Czyżby nielegalne wejście do Nepalu było znacznie łatwiejsze niż legalne z paszportem i wizą? Wizę mam, paszport mam, stempel opuszczenia Indii też, ale cóż z tego jak nikt nie chce tego zobaczyć ani sprawdzić. Trochę zdezorientowany obchodzę dom dookoła – nigdzie żywego ducha, ani żadnej informacji. Dziwne! Wracając pod zamknięte drzwi zastanawiam się, co począć z tym fantem, gdy nagle zgrzyt klucza w zamku oznajmia mi, jak przed chwilą w Indiach, że świat się ponownie przede mną otwiera. Tutaj także, jak przed chwilą w Indiach muszę czekać na odpalenie komputera i przygotowanie wszystkich formalności. Wyraźnie zaspany gość w nieco pogniecionej koszuli, najpierw zapala światło, potem komputer i inne urządzenia i nie spiesząc się daje mi dużo czasu na rozejrzenie się po dużym holu przystosowanym na potrzeby biura urzędu emigracyjnego. Kilka antycznych mebli, pamiętających z pewnością kolonialne czasy, na których zgromadzono masę, zakurzonych bibelotów, ogromne biurko ze stojącym na nim komputerem, drukarką, kamerą i urządzeniem do pobierania odcisków palców oraz nie pasujące do całej reszty białe plastikowe krzesła, to cały wystrój pomieszczenia, w którym spędzam następnych kilkadziesiąt minut potrzebnych do otrzymanie upragnionego przeze mnie stempla. Komputer się rozjaśnił. Światło pod sufitem też – znaczy nastał kolejny dzień pracy, który zarówno w Indiach, jak i w Nepalu rozpoczął się mym nagłym pojawieniem znacznie wcześniej niż zwykle. Kocham hinduskich i nepalskich urzędników, że dostosowali się do mnie, nie każąc mi długo czekać. Z europejskimi urzędnikami nie mam takich doświadczeń. Najpierw wiza, potem przegląd stempli w paszporcie, następnie kilka pytań: dokąd, na jak długo, w jakim celu itp. i w końcu zdjęcie, odcisk palca i stempel. Mogę już wejść do Nepalu nie tylko fizycznie, ale i legalnie. Tym razem spokojnie przechodzę za żelazne zapory do pierwszego w Nepalu, tętniącego życiem miasta i… I widząc, co się w nim dzieje nie wydaje mi się, że to koniec dzisiejszych niespodzianek. Od Kathmandu dzieli mnie 150 km i prawdopodobnie nie będzie to 150 km z górki.  

   

Poprzedni Artykuł