Dopiero w pociągu, wiozącym mnie hen daleko na wschód Indii, do graniczącej z Bangladeszem Kalkuty, wspominając po raz kolejny przeżycia kilku ostatnich dni, zdaję sobie sprawę, jak naprawdę potężne wrażenie wywarło na mnie Varanasi. Pożegnane przed chwilą mistyczne miasto nad Gangesem tak bardzo mnie zachwyciło i pochłonęło, że zwiedzając w nim najbardziej święte miejsca Indii, nie tylko zdołałem ułożyć sobie ostatnie puzzle do pełnego obrazu tego ogromnego i zróżnicowanego kraju wielu kultur, ale przede wszystkim na chwilę zapomniałem o męczącej mnie od kilkunastu dni chorobie. Teraz, gdy wrażenia znad Gangesu nieco opadły, choroba niestety wraca i mocno mi dokucza. Duszący kaszel i strugi obfitego potu ze zdwojoną siłą ponownie zalewają mi plecy i czoło, jakby chcąc nadrobić kilka dni względnego spokoju. Spokoju, którego teraz ogromnie potrzebuję, bo przede mną 700 km i 13 godziny jazdy w mocno zatłoczonym wagonie. Nie sądzę by była to jazda przyjemna i beztroska. Kaszel nie pozwala mi zasnąć, a gorąc i duchota sprawiają, że ledwo oddycham. Podkurczone nogi i wygięty w nienaturalny kształt tułów, wciśnięty między plecak, a róg twardej ławki, przeszywają skurcze, wymieniające się z kolejnymi falami potu i dreszczy. Wprawdzie, jak zwykle w takich sytuacjach, tłumaczę sobie, że przecież nikt mi nie obiecał, podróży dookoła świata tylko z pięknymi przeżyciami i przyjemnymi przygodami, ale świadom tego, że nawet najgorszy czas musi się kiedyś skończyć, próbuję zamknąć oczy i jakoś przetrwać. Trwam. Trwam przez całą noc. W końcu świt i cudowne, zielone krajobrazy zmieniające się za oknem wraz z ostatnimi, uciekającymi kilometrami, łagodzą nieco sytuację i pozwalają mi łagodniej wjechać na ogromny dworzec najdalej na wschód wysuniętego miasta Indii. Jestem w Kalkucie.

Kalkuta (stolica stanu Bengal Zachodni, trzecia aglomeracja w Indiach, licząca około 15 milionów mieszkańców, została założona w 24 sierpnia 1690, kiedy to Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska weszła w posiadanie trzech wiosek, w tym Kalikaty, od której wywodzi się pierwotna nazwa), mająca niechlubną sławę jednego z najbrudniejszych i najbiedniejszych miast świata naturalnie nie stanowi jakiejś mocno świecącej perełki na planie mojej podróży i był nawet czas, że mocno się zastanawiałem czy w ogóle ma sens tutaj zaglądać. Jednak ciekawość, a nade wszystko chęć wyrobienia sobie własnego zdania skłoniły mnie do podjęcia decyzji, że jadę – więc jestem. Przyjechałem i po raz kolejny zarzucając plecak na nieco zdrętwiałe jeszcze ramiona, opuszczam kolejny pociąg, na kolejnym dworcu, w kolejnym mieście, w Indiach.

Pierwsze wrażenie totalnie mnie zaskakuje. Czyste, ustawione w dwuszeregu, żółte taksówki, brak tuk-tuków i i głośnego tłumu ich właścicieli, rzucających się na każdego wychodzącego z dworca potencjalnego klienta, sprawia, że przez chwilą czuję się nie jak w Indiach, a przecież obok Dehli i Bombaju jestem w najcharakterystyczniejszym ich punkcie. Tak bardzo jestem zdziwiony, że mimo dokuczliwego kaszlu i zmęczenia długą podróżą postanawiam nie tracić czasu i do oddalonego o kilka kilometrów hostelu iść pieszo. przyglądając się po drodze bliżej temu, co tak bardzo zaskakuje mnie przed dworcem. Przy okazji oczywiście trochę się rozruszam, porozciągam mocno zdrętwiałe nogi, a i pewnie poznam nieco część miasta, w którym zatrzymam się pewnie przez kilka następnych dni. Taki spacer dobrze mi to zrobi – myślę, zsuwając mocniej na czoło kapelusz chroniący mnie przed mocno już prażącym słońcem i ruszam przed siebie. 

Ogromnym, oddanym do użytku w 1965 roku (zatem jesteśmy rówieśnikami) wspornikowym mostem Howrah, przechodzę na drugą stronę szerokiej rzeki Hooghly i tak naprawdę dopiero teraz stawiam stopy na prawdziwej kalkutańskiej ziemi. New Howrah Bridge (w 1965 zastąpił most pontonowy, dlatego przymiotnik new z przodu jest jak najbardziej uzasadniony) łączy miasta Howrah i Kalkutę i mimo, że dzisiaj jest to jedna wielka aglomeracja miejska, to jednak, co Kalkuta, to Kalkuta. Po drugiej stronie rzeki obrazki się zmieniają. Mimo, iż dalej jestem pod wrażeniem porządku, względnej czystości, braku tuk-tuków, krów i smrodu, to jednak tutaj świat robi się już znacznie bardziej hinduski. Tłumy przechodniów, wielkie kolorowe targowiska, ryksze i obwieszone ludźmi, niczym kolorowymi girlandami, przepełnione autobusy, to widok, jaki znam. Natomiast szerokie ulice, działająca sygnalizacja świetlna i przestrzegający jej sygnałów kierowcy, a nade wszystko mijające mnie od czasu do czasu stukające po szynach tramwaje, to widok dla mnie zupełnie nowy. Kalkuta lub jak kto woli Kolkata, jest bowiem jedynym indyjskim miastem, w którym istnieje sieć tramwajowa, a jako, że operuje od roku 1900, jest ona jednocześnie też najstarszą siecią tramwajową w Azji. Konne tramwaje rozpoczęły kursowanie już w roku 1873 roku. Niestety stukające o szyny tramwaje, podobnie jak kolorowe autobusy, będąc ponad miarę przepełnione, nie stanowią dla mnie alternatywy do kilkukilometrowego marszu. Uwieszenie się z ciężkim plecakiem gdzieś nad tylnym zderzakiem lub w niezamykających się drzwiach jest dla mnie zupełnie niewykonalne (bez plecaka byłoby to prawdopodobnie tak samo trudne) toteż nawet nie rozważam takiej opcji. Tylko czy, aby na pewno niestety? Raczej nie. Z każdym krokiem, z każdym minionym skrzyżowaniem, z każdą nową ulicą, Kalkuta lub przynajmniej te jej dzielnice, którymi zmierzam do hostelu, coraz bardziej mi się podoba i w dalszym ciągu coraz bardziej mnie zaskakuje swą różnorodnością, atmosferą, kolorami, a przy okazji egzotyką i kontrastami. Czegoż to ja, już w trakcie tego krótkiego, kilkukilometrowego spaceru, nie doświadczam. Z jednej strony ulicy hinduska świątynia, z drugiej katolicka katedra. Z jednej strony dosyć bogate, wystawne sklepy, z drugiej stragany rozłożone na chodniku na kartonach. Jedną stroną ulicy przejeżdżają dobre, duże samochody, wymijające na środku stare, przeładowane autobusamy, a po bokach tej samej ulicy mijają mnie ryksze, których właściciele zdają się być chudsi niż dyszel łączący rower z dorożką. Z jednej strony widzę ogromny zielony park, w którym młodzież ubrana w ładne sportowe stroje, biegając za piłką dookoła boiska gra w amerykański baseball, by za chwilę ujrzeć pod płotem owego parku gromadę nagich, brudnych dzieci, których jedyną grą, jest gra o życie między ruchliwą ulicą, a zatłoczonym chodnikiem. Ot pełne kontrastu Indie, które tutaj zaskakują mnie nie nagimi dziećmi, nie chudymi rykszarzami i nie rozłożonymi na ulicy straganami (to widzi się wszędzie, w każdym mieście), ale brakiem krów, brakiem smrodu, względną czystością, zielonymi parkami, ładnymi domami i szerokimi ulicami. Takiej Kalkuty się nie spodziewałem.

Podobne zaskoczenie czeka mnie, pod jednym z wysokich bloków, gdy po prawie dwóch godzinach marszu docieram do miejsca, gdzie według moich informacji, ma się znajdować mój hostel. Wejście do budynku i stojący wokół mężczyźni robią tak ponure wrażenie, że przez krótką chwilę zastanawiam się czy wejście samemu do środka jest, aby bezpieczne? Starając się ukryć przerażenie, z najmilszym jak to możliwe uśmiechem na ustach, mówię w kierunku najbliżej stojących mężczyzn – hi, a odwzajemnione z uśmiechem pozdrowienie, od razu mnie uspokaja i dopiero wtedy pewnym krokiem wchodzę do środka. Uspakaja jednak tylko na chwilę. Widok zardzewiałej windy w długiej czarnej dziurze ponownie wprowadza mnie w stan wysokiego dyskomfortu. Tym czymś muszę się dostać na 11 piętro, a trzeszcząca pode mną podłoga nie gwarantuje, że dotrę, chociaż do pierwszego. Rozdygotany, jak wyjęty z wody węgorz, trwam nie ruszając się kilkanaście nieskończenie długich chwil, by z poczuciem ulgi dojrzeć w końcu wymalowany na ścianie czerwoną farbą numer 11. Cóż za ulga! I cóż za ponownie zdziwienie. Znajdujący się za drzwiami jednego z mieszkań hostel, to wśród odrapanych korytarzowych ścian i ogólnego tumultu, prawdziwa oaza czystości i komfortu. Wspólne pomieszczenie z dużym stołem i kilkoma krzesłami, niewielka kuchnia z wszystkimi potrzebnymi akcesoriami, dwa pokoje z piętrowymi łóżkami i czysta przestrzenna łazienka to luksus, na jaki rzadko trafiam w Indiach, w hostelach za kilka dolarów za dobę. Jeżeli dodam, że w cenie mam dodatkowo skromne śniadanie i bardzo nieskromny, a wręcz uroczy widok z dużego balkonu, pewnym jest, że lepiej trafić nie mogłem. Faktycznie z wyborem hostelu, z tym, co widzi się na zdjęciach i czyta w aplikacji i tym, co zastaje się na miejscu, to jak rzucanie lotek do celu – albo się trafi, albo nie. Tym razem trafiam prawie w 10. Prawie, bo jednak winda i obejście pozostają dramatem, do którego chcąc nie chcąc będę się musiał przyzwyczaić. Tym bardziej, że po zrzuceniu bagaży, rozgoszczeniu się na przydzielonym łóżku i spenetrowaniu z balkonu, sokolim wzrokiem, bliższej i dalszej okolicy jestem prawie pewien, że moje najbliższe plany ulegną sporej zmianie. Prawdopodobnie zostanę w Kalkucie dłużej niż zamierzałem.

Do umówionego spotkania z Jenni, które ustaliliśmy w stolicy Nepalu na 19 kwietnia, zostają mi dokładnie trzy tygodnie. Do tej pory planowałem, że zostanę, trzy dni w Kalkucie (byłem pewien, że brudne, nędzne miasto nie zachęci mnie do dłuższego w nim pobytu), potem na około tydzień do dziesięciu dni wyskoczę do sąsiedniego Bangladeszu (podobno jednego z najbiedniejszych i najbrudniejszych państw świata), by w końcu albo przez wschodni Nepal, albo z powrotem przez Indie w ciągu tygodnia przedostać się na czas do Kathmandu. Wydawałoby się, że plan terminowo niezbyt napięty, jakościowo urozmaicony, więc spokojnie do zrealizowania. Jednak moja nieustająca od dwóch tygodni choroba, a co za tym idzie ogromne zmęczenie i złe samopoczucie każą mi się nieco nad nim zastanowić. Przede wszystkim martwi mnie, że po przyjeździe do Nepalu nie będę w na tyle zadawalającej formie by pohasać z Jenni, chociaż trochę wokół ośmiotysięczników, a przecież w tym cały sens wyprawy i spotkania się na dachu świata. Koniecznie muszę coś przedsięwziąć, by a) jak najszybszym wyzdrowieć i b) stanąć w najbliższym czasie na tyle na nogi, by za trzy tygodnie móc się wspinać na ponad 3000 metrów (od takiej wysokości płuca muszą pracować na najwyższych obrotach i o jakiejkolwiek infekcji mowy być mnie może). Deliberując w ten sposób całe popołudnie i wieczór, rankiem następnego dnia podejmuję decyzję. Powietrze w Kalkucie (albo przynajmniej w tej dzielnicy, w której się zatrzymałem) jest znacznie czystsze niż w innych dużych miastach Indii, nie wspominając o zaczadzonym Bangladeszu, przeto oszczędzając płuca i siły zostanę tu nieco dłużej. Następnie, zregenerowawszy się ździebko, odpuszczę sobie Bangladesz, by najkrótszą i najszybszą drogą (o ile takowe w ogóle tutaj istnieją), dostać się do Kathmandu i spędzić tam resztę wolnego czasu, dochodząc całkowicie do zdrowia i sił.

Zostając kilka kolejnych, ponadplanowych dni w Kalkucie na pewno nie będę się nudził. Na dokładne poznanianie miasta, ludzi i dudniącego 24 godziny na dobę życia, milionowej metropolii zachodnich Indii, to i pewnie kilku tygodni byłoby mało, ale zawęziwszy spacery do najbliższej okolicy, na pewno nie braknie mi uciech. Tym bardziej, że akurat tutaj, w pobliżu znajdują liczne zabytki architektury pałacowej, hinduskie i nie tylko świątynie, obiekty dawno minionej i współczesnej kultury oraz tereny codziennego życia, jak bazary, parki, itp. Znaczy się miejsca, na których najbardziej mi zależy. Zaczynam oczywiście od położonego w najbliższym sąsiedztwie, najstarszego w Indiach ogrodu botanicznego. Niczym rekonwalescent w gruźliczym parku, kaszląc w dalszym ciągu, co niemiara, ale już jakby nieco mniej się pocąc, długimi godzinami spaceruję między wiekowymi drzewami, zielonymi krzewami, ładnie przystrzyżonymi klombami i kolorowymi krzewami, nie bardzo zdając sobie sprawę, że wciąż jestem w Indiach. Fontanny, pomniki, szerokie aleje, ławki i kosze na śmieci, zupełnie nie pasują do krajobrazu, z którym od kilkunastu tygodni mocno się już zżyłem. I wcale nie wygląda na to, by z kolejnymi krokami, z kolejnymi spacerami i nowymi miejscami świat miał się diametralnie zmienić. Siedziba rzymskokatolickiej archidiecezji kalkuckiej, ogromny wybudowany w wiktoriańskim stylu budynek biblioteki narodowej, katedra świętego Pawła, a nade wszystko, rozległe ogrody w stylu angielski, otaczające monumentalny pomnik królowej Wiktorii, sprawiają, że wciąż czuję się jakbym w niewytłumaczalny mi sposób nagle z zachodnich Indii przeniósł się do XIX wiecznej Europy.

Za sprawą wysokich krużganków, gotyckich wież i strzelistych witraży katedry św. Pawła, ta sama, nieznana siła, która niedawno niczym pacynkę przerzuciła mnie w czasie i przestrzeni o setki lat i tysiące mil, jeszcze przez jakiś czas trzyma mnie w nieznanym w tej części świata, świecie i zmusza do zadumy nad zmiennymi jego losami. Oto opuściwszy wiktoriańskie ogrody i chłodne wnętrza katedr, przechadzam się zacienionymi alejkami „Wielkiego Cmentarza Chrześcijańskiego” przy South Park Street. Klucząc między licznymi, dostojnymi, bogato zdobionymi grobowcami rodów, które niegdyś w wielkiej pysze, blasku purpury i złota, administrowały te ziemie, zastanawiam się czy ktoś z nich zdawał sobie sprawę, że za kilkadziesiąt lat nic z ich glorii i chwały nie zostanie, a czas pokryje mchem i zapomnieniem nie tylko ich zapadnięte i chylące się ku ruinie groby, ale i trudnie do odczytania nazwiska.

Drogą zza bramy cmentarza podążam ku jednej z głównych ulic. Dopiero tutaj, jednopiętrowa okrągła, lekko stylizowana na buddyjską stupę, konstrukcja angielskiego planetarium, zaprojektowana w typowym indyjskim stylu, łagodnie przenosi mnie z powrotem do XXI wieku, a wyłaniająca się kilka przecznic dalej hinduska świątyni z tysiącami kolorowych wieżyczek, zapach kadzideł i uliczny gwar ponownie osadza w nadgangeskiej rzeczywistości. Rzeczywistości, która kontrastującymi ze sobą obrazami, nagimi dziećmi i leżącymi na ulicy wychudzonymi ludźmi, przypomina mi, o najważniejszym miejscu, które zaplanowałem sobie odwiedzić w Kalkucie – Missionaries of Charity. Do Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości, założonego przez świętą Matkę Teresę z Kalkuty, mam niedaleko. W sam raz tyle by w trakcie spokojnego spaceru, uporządkować nadmiar tłoczących się w głowie myśli i przestroić się na zupełne inne emocje.

Niskie drewniane drzwi w małym białym domu przy wąskiej ulicy, otwierają przede mną wejście do wielkiego świata empatii, miłości i bezinteresownej służby najbiedniejszym z biednych. Wspaniałe to uczucie móc się znaleźć w takim miejscu. Zrobiwszy zaledwie niewielki krok, przekroczywszy niewysoki próg lekko skrzypiących drzwi „świątyni miłości”, mam wrażenie, że mały krok Neila Amstronga, o którym mówi się, jak o wielkim kroku ludzkości, był bez porównania mniejszy od tego, który wykonała albańska zakonnica Agnes Gonxha Bojaxhiu (Matka Teresa z Kalkuty) przechodząc 7 października 1950 roku, przez próg tego pomieszczenia i zakładając w tym miejscu Zgromadzenie Misjonarek Miłości. Dzisiaj w jednym z pomieszczeń, w którym w szklanych gablotach i na ścianach wystawiono mnóstwo zdjęć i pamiątek przypominających tamten i późniejsze dni, można dokładnie prześledzić ogrom pracy, jakie siostry misjonarki włożyły (i wkładają dalej, mimo że od 1997 roku nie ma już wśród nich matki Teresy) w niesienie pomocy ubogim, chorym, sierotom i umierającym w prowadzonych przez nie hospicjach. Początkowo siostry pracowały jedynie w slumsach Kalkuty, jednak z czasem Matka Teresa na zaproszenie różnych biskupów zakładała domy pomocy w innych rejonach Indii, a potem całej Azji. Obecnie około 4000 sióstr posługuje najbiedniejszym z biednych w ponad 600 misjach w 123 krajach na całym świecie. Nic więc dziwnego, że za swoje oddanie Matkę Teresę z Kalkuty uhonorowano najbardziej jak to możliwe za życia i po śmierci.  W 1979 roku wręczono jej Pokojową Nagrodą Nobla, a w 2016 roku, podczas uroczystej mszy świętej na placu Świętego Piotra w Watykanie, bł. Matka Teresa z Kalkuty została ogłoszona przez papieża Franciszka świętą Kościoła katolickiego.

Wydaje się, że z opuściwszy siedzibę „Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia w Kalkucie” wypełniłem swój niezbyt rozbudowany plan zwiedzania ostatniego miasta w Indiach i spokojnie mogę zabrać się do pakowania i ruszenia dalej. Jednak wciąż nie jestem pewien gdzie dalej? Dalej na wschód do Bangladeszu, czy jednak odwrót na zachód i do Nepalu? Niby już zdecydowałem, ale mimo wszystko ciekawość podpowiada – wschód i Bangladesz. Mimo iż zostałem tutaj dłużej niż planowałem, to gdybym się sprężył i tak bym zdążył. Ach, jak nie lubię takich rozterek. Nie wiedząc, co robić, robię to, co zwykle w takich sytuacjach robić zwykłem, czyli przedłużam pobyt w hostelu o następną dobę i zostawiam sobie więcej czasu do namysłu. Może kaszel minie i poczuję się lepiej? A może jakieś inne okoliczności sprawią, że łatwiej mi będzie podjąć decyzję? Zobaczymy. Na razie cieszę się z decyzji pozostania jeden dzień dłużej w Kalkucie, bo przecież zapomniałem o jeszcze jednej rzeczy, która przed przybyciem do niej głośno wybrzmiewała mi w głowie. Potem w natłoku wydarzeń ucichła, a teraz ponownie ją słyszę. Piosenka w wykonaniu 2+1 dudni mi teraz mocno pod sufitem i mimo, że wiem, że nie o tę Kalkutę i o ten świat w niej chodzi, to jednak nie odmówię sobie przyjemności, by ze słuchawkami w uszach, w rytm piosenki mojej młodości, przespacerować się właśnie Kalkutą i właśnie nocą.

Kalkuta nocą Kalkuta nocą
Nowy wspaniały trzeci świat
Wspaniały trzeci świat

Oh,oh,oh

Kalkuta nocą Kalkuta nocą
Tylko gdzieniegdzie jakby śnieg
Tak jakby śnieg tu spadł

Oh, oh, ooooh

Po nocnym spacerze, po całodniowym lenistwie polegającym na włóczeniu się mniej turystycznymi zakątkami miasta, po trudnej rozmowie sam z sobą, a przede wszystkim po jednoznacznym stwierdzeniu, że w dalszym ciągu źle się czuję, podejmuję już nieodwracalną decyzję. Jutro wyruszam w stronę Kathmandu. Przede mną dosyć długa droga, która mam ogromną nadzieję, dodatkowo mnie nie osłabi, a moje wcześniejsze przybycie na miejsce, przed przylotem Jenni, pozwoli dostatecznie się zregenerować i na tyle podleczyć by spokojnie móc razem wyruszyć na podbój Himalajów.

Opuszczając Kalkutę z nieukrywanym obrzydzeniem przyglądam się żegnającym mnie, grubym szczurom, biegającym po tym samym dworcu, który kilka dni temu, tak bardzo zachwycił mnie swoją innością w stosunku do innych dworców w Indiach. Czar, któremu wtedy uległem pryska niestety niczym mydlana bańka, nie pozostawiając złudzeń, że Kalkuta wyróżnia się tak bardzo jak mi się w pierwszej chwili wydawało, aczkolwiek wychylając się z jadącego w kierunku Patny pociągu, z pewnym rozrzewnieniem spoglądam na znikające w oddali, najdalej na wschód wysunięte miasto Indii. Z pewnością spędziłem tam dobry czas.  

Poprzedni Artykuł