Niesamowicie się cieszę. Znowu siedzę przy oknie, znowu w marszrutce, która tym razem wiezie mnie w głąb ałtajskiej krainy i znowu mogę podziwiać wspaniałe, roztaczające się za oknem widoki. Nie wiem tylko jak daleko pojadę. Zbyt głęboko nie mogę się zapuszczać, bo czasu na dokładną penetrację dziewiczych rejonów nie starczy, nawet jakby się go miało znacznie więcej, a ja mam zaledwie trzy dni. Trzy dni i chociaż wydaje się to niedużo to wiem, że jak się je dobrze wykorzysta to i tak radości może być co niemiara, więc zbytnio się tym nie przejmuję. Tym bardziej, że przecież to mój pierwszy, ale nie ostatni pobyt w tym rejonie. Za miesiąc – wracając z Kazachstanu i jadąc dalej do Mongolii znowu tu będę. Marszrutka jedzie do Czemal, niewielkiej osady nad rzeką Katuń oddalonej o około 150 km od Gornogo Ałtajska. Czemal z racji płożenia w przepięknej kotlinie Katuń (nie wiem czy kotlina od rzeki, czy rzeka od kotliny zyskały swoje nazwy, ale nazywają się jednakowo) i łagodnego klimatu, co najmniej od początku zeszłego wieku zyskała miano miejscowości wypoczynkowej i co za tym idzie jeżdżą do niej marszrutki, autobusy i samochody osobowe, czyli tłumy. W takim razie ja nie. Ja wysiądę wcześniej – postanawiam, przyglądając się okolicy. Myślę, że za jakieś 100 km zacznę się rozglądać za dogodnym miejscem na dwudniową lub trzydniową bazę, a takich miejsc jest naprawdę sporo. Od wyjazdu z miasta jedziemy praktycznie non stop wzdłuż rjeki Katuń i wzroku od widoków za oknem oderwać nie mogę. Może tu wysiądę? Zastanawiam się widząc kolonię drewnianych domków nad rzeką. Są piękne skaliste góry, jest srebrząca się w porannym słońcu rzeka i błękitne niebo, a jak od dawna wiadomo – „oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba”. Dopiero na drugi rzut oka widzę, że sporo ludzi kręci się dokoła. Eee, to nie. Nie wysiadam. Tłok mógłby mi trochę te moje szczęście przysłonić, czy raczej przyludzić, boć to przecież ludzie nie słonie. Ujeżdżamy następnych kilkanaście kilometrów, łącznie będzie już chyba z 70-80, mijamy kilka wiosek i mnóstwo uroczych zakątków, a ja ciągle nie jestem zdecydowany, gdzie chcę przez następne dwa dni być. Tu być, czy nie tu być? Zadręcza mnie prawdziwie szekspirowskie pytanie, a dramaturgia sytuacji zwiększa się z każdym pokonanym zakrętem i nowym, jeszcze cudniejszym od poprzedniego miejscem. Gdy na przydrożnym słupku zauważam liczbę 100 km, a mój wzrok zatrzymuje się na samotnie położonym dużym ładnym, drewnianym budynku z napisem „gościniec” – już wiem. To tu – decyduję i proszę kierowcę by się zatrzymał. Jestem w Barangol. Mam szczęście. Pokój jest wolny, zresztą gości i tak nie ma zbyt wiele, cena też odpowiada moim wyobrażeniom i zasobności portfela, więc jest po prostu świetnie. Czym prędzej reguluję formalności, zostawiam plecak i z rozbieganym wzrokiem, trochę jak pies spuszczony z łańcucha (strasznie się wytęskniłem za bezkresną naturą), ponownie wybiegam na drogę. Tak bardzo mnie ciągnie w teren, gdzieś w góry czy nad wodę, że tak naprawdę nie bardzo wiem gdzie iść. Chciałbym od razu wszędzie, a wszędzie w rezultacie znaczy nigdzie, czyli w przydrożnym barze. Dopiero talerz z gorącymi pierogami (z tego wszystkiego zapomniałem, że od rana poszczę) i kubek mocnej kawy, trochę mnie uspakajają i pozwalają poukładać myśli. Z czterech kierunków świata mam do wyboru trzy – pasmo stromych skał po drugiej stronie ulicy się nie liczy. Po nich nie będę skakał. Mogę iść tylko wzdłuż rzeki w górę albo w dół lub na drugą jej stronę, w las. Patrzę na mapę. O proszę, po drugiej stronie w lesie jest wodospad, Kamyszlijskij wodopad. No to już wiem gdzie idę dzisiaj. Jutro zobaczę, co słychać w sławnym Czemal i okolicy, czyli wyskoczę około 40 km w górę rzeki, a pojutrze wracając do Gornogo Ałtajska poskaczę sobie tu i tam i przyjrzę się z bliska miejscom, które dzisiaj oglądałem przez okno. Plan jest, no to do dzieła.

Pięćset metrów przede mną jest most, do którego można dojść drogą. Drogą? Asfaltową? Nie! Nie po to tu przyjechałem by spacerować asfaltem. Przedzieram się przez krzaki do brzegu rzeki, a nim przez szuwary, po kamieniach, po skałkach docieram do piaszczystej drogi w górę do mostu. Czasem muszę się nieźle nagimnastykować, by przeskoczyć z jednego głazu na drugi i nie wpaść do rzeki, ale czy to nie jest właśnie to, czego chciałem? Dopiero tu z poziomu rzeki, stojąc na wystającym z niej kamieniu, widzę jak na dłoni całe dzikie i nieprzebrane piękno otaczającej mnie przyrody. Wprawdzie raftingowcy w kaskach i kamizelkach, trzymający się mocno burt gumowego pontonu, podskakującego przede mną na falach i kręcącego się w wirach zakręcającej w tym miejscu rzeki, mogą to piękno poczuć jeszcze w inny, bardziej ekstremalny sposób, ale mnie moje doznania zupełnie wystarczają. Ściągnąwszy buty, brodząc w okropnie zimnym nurcie wypływającej z lodowca w Ałtajskich Górach rzeki (łączna jej długość to 688 km), przyglądając się zielonym lasom, kolorowym łąkom i ścianom kotliny na dnie, której rzeka wyżłobiła sobie koryto, jestem najbardziej szczęśliwym człowiekiem na świecie. Do czasu. Moje szczęście troszeczkę, ale tylko troszeczkę zostaje przytłumione coraz głośniejszymi, wyraźnie zbliżającymi się okrzykami wielu gardeł. To znaczy nie głosy zbliżają się do mnie, tylko ja zbliżam się do głosów. Jestem coraz bliżej mostu, a tym samym głównej drogi do największej w tej okolicy atrakcji, spływającego po zboczach skalnego urwiska wodospadu, oddalonego o 2 km od parkingu przy moście. Nie są to jakieś nieprzebrane tłumy ludzi i jakiś obłędny hałas. Nie. Dlatego moje szczęście tylko troszeczkę cierpi, bo zawsze w takich miejscach wolę być sam. Jednak kilkadziesiąt osób kręcących się wokół nie jest przecież w stanie całkowicie odebrać mi dobrego humoru. Znacznie gorzej jest przy samym wodospadzie. Tu ludzi jest dużo więcej, bo urządzono tu coś w rodzaju centrum rozrywki, handlu i gastronomii. Są drewniane budki z pamiątkami, są grille i garkuchnie, można postrzelać z łuku, zrobić sobie zdjęcie z orłem lub bez i co najgorsze zjechać na linie z wierzchołka wodospadu na poniższą polanę głośno oczywiście przy tym krzycząc. Krzyczą zwłaszcza nastoletnie dziewczyny, bo to głównie one są amatorkami tego typu wyzwań, a one jak wiadomo mają strasznie piskliwe głosy. W czasach mojego nastoletniego wieku to raczej chłopcy przewodzili w wyścigach do takich doznań – łańcuchowe karuzele, skoki z trampoliny itp. I tak przy tym nie hałasowali. Dzisiaj świat widać się zmienił i przyjął bardziej feministyczną postać, co jest być może i fajne i pozytywne tylko dlaczego takie głośne? Patrząc na kolejną młodą dziewczynę, ubierającą kask i przypinającą się do liny, zastanawiam się czy i jakie te zmiany mają znaczenie dla świata i przyszłych pokoleń. Mówi się, że będzie mniej wojen. Ale jeżeli dziewczyny tak ciągnie do ekstremalnych doznań to czy aby na pewno? No nic, to się zobaczy w przyszłości, a teraz rozglądam się wkoło i mimo, że nawet tak fatalnie zagospodarowany teren, przy bądź co bądź niezłym wodospadzie, nie wytrąca mnie z fantastycznego nastroju, długo tu nie zostaję. Schodzę ponownie nad brzeg rzeki i oddalając się od głównej ścieżki ponownie w samotności i ciszy odnajduję swój spokój i swoją radość.

Czamal, jako się rzekło to okoliczne centrum rekreacyjno-wypoczynkowe, więc o ciszy i spokoju mowy nie ma, ale przecież nie zawsze musi być spokojnie. Za to jest tu kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia, kilka malowniczych zakątków, a jak się dobrze rozejrzę to i ścieżki, którymi nikt nie chodzi też znajdę. Jasne, że tak – to przecież moja specjalność. Takie bezdroża znajduję i już od samego początku się gubię. Klucząc po okolicznych lasach trochę podrapany i spocony dopiero po dwóch godzinach dochodzę do mostu, do którego większość dojeżdża samochodem lub spacerkiem, a od centrum 20 minut. Mnie to zajęło znacznie więcej czasu i wysiłku, ale przy okazji zwiedziłem okolicę, wioskę z jej ślicznymi kolorowymi, drewnianymi domami i jeszcze bardziej kolorowymi ogrodami i dosyć dobrze poznałem bujny, pachnący świerkami las, dzielący wioskę od rzeki. Tutaj muszę na chwilę pożegnać się z samotnością, ustępując miejsca rzeszy pielgrzymów i turystów, przekraczających przerzucony wysoko nad rzeką, chyboczący się w lewo i prawo linowy most, by dostać się do niezwykłej, położonej po drugiej stronie na skale, starej drewnianej cerkwi. Dalej maszerując drogą, prowadzącą wysokim klifem wzdłuż rzeki do wodospadu i starej nieczynnej już elektrowni, mimo coraz bardziej psującej się pogody, nie jestem sam. Wcale się nie dziwię, bo dwukilometrowy odcinek jest tak malowniczy, że grzech się nim nie przespacerować i nie rozumiem ludzi, którzy od cerkwi do wodospadu mimo wszystko jadą okrężną drogą samochodem. W sumie dobrze, że jadą, bo przez to jest ich tutaj mniej. Przy wodospadzie tak samo jak wczoraj znowu jest centrum rozrywki i rodzinnego pikniku. Jasne, że to nie jest złe i może się komuś wydawać, że tak narzekam i narzekam. Wiem, że takie miejsca też muszą być, tylko, że mi one nie odpowiadają więc znowu szybko uciekam na nieskalane ludzką stopą, czyli na kamienne, wyschnięte koryto rzeki, na pobliskie pagórki i znowu do lasu i znowu się w nim trochę zatracam, a padający coraz mocniej deszcz i ciemne chmury nie pozwalają szybko z niego wyjść. Koniec końców znalazłszy jakoś ścieżkę do głównej drogi wracam nią bardzo okrężnie do wsi i zanim docieram do miejsca, do którego kilka godzin temu dojechałem autostopem, słońce wygrywa swój całodzienny bój z chmurami, co zwiastuje, że jutro nie tylko będzie atrakcyjnie krajobrazowo, ale i pogodnie. Wyciągam rękę, łapię stopa i siedząc w starym, pamiętającym pewnie czasy II wojny tzw. gaziku, wracam do Barangol i już snuję plany na jutro.

Kolejny dzień, rozpoczynam bardzo wcześnie poranną kawą i bułką z dżemem, bo jako, że jest to już ostatni dzień w Katuńskie Kotlinie nie chcę stracić z niego ani chwili. Chcę go wykorzystać jak najpełniej i trochę się spieszę, czego za niedługo będę żałował, bo jak się człowiek spieszy to wiadomo, co się dzieje. Pierwszy autostop podwozi mnie 13 km do miejsca, z którego przekroczywszy ponownie rzekę dochodzę do wzgórza z wydrążonymi przez wodę, wiatr i czas, na różnych wysokościach, jaskiniami. Coś na wzór współczesnych, kilkupiętrowych bloków tylko, że sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat. Dlaczego góra z otworami przypomina mi blok mieszkalny? Ano dlatego, że w jaskiniach znaleziono ślady życia człowieka pierwotnego, a jak za chwilę zobaczę mieszkał on, czy raczej oni, zupełnie elegancko. Zwłaszcza widok z sypialni mieli nadzwyczaj urodziwy i nie pojmuję, co ich tknęło, by opuszczać tak piękne miejsce i ruszyć w drogę ku współczesnej cywilizacji, pełnej spalin, plastiku i betonowych ścian. Źle im tu było? Mnie się podoba. Skaczę, a właściwie skaczemy, bo jaskinie można zwiedzać tylko w grupach i z przewodnikiem i wdrapujemy się po stromych skałach na coraz wyższe piętra (windy nie ma, ale jest linka zabezpieczająca), a widok przestrzennych, pięknie rzeźbionych przez naturę komnat i ta zapierająca dech w piersi panorama, coraz piękniejsza z każdym krokiem wzwyż, przekonują mnie, że dzisiaj takie mieszkanie, z takim metrażem i wystrojem ścian, z takim widokiem i w takiej okolicy byłoby bezcenne, a oni mieli je za darmo. Ech po coś ty człeku je opuszczał i niczym ten niedźwiedź, któren gdyby w mateczniku siedział to by się Wojski o nim nie dowiedział, wylazłeś pod lufę krwiopijczej królowej komercji i co? O hola, hola – chyba się trochę zagalopowałem – strofuję się sam w myślach. Źle mi czy co? Czyż będąc tutaj i wspinając się po ałtajskich skałach nie jestem szczęśliwy, jako i mój przodek kilka tysięcy lat temu?  Ano jestem, więc koniec rozmyślań o prehistorii i co by było gdyby. Schodzę na ziemię dosłownie i w przenośni i szukam nowych poruszających zmysły miejsc. Nie muszę szukać długo. Ot kilka kilometrów pod górę i już mam cudowny punkt widokowy, na jeżeli nie całą to przynajmniej sporą część, Katuńskiej Kotliny. Potem spacer wzdłuż rzeki, łącznie z nieudaną próbą kąpieli i na koniec wspinaczka po okolicznych skałkach, aż palce u nóg i rąk, a co tam palce, całe ręce i nogi mówią stop. Słucham ich i posłusznie schodzę. Trochę mi szkoda, ale cóż nie należy przeginać. Przede mną jeszcze mnóstwo fajnych miejsc i dużo przygód, więc muszę uważać by zachować siły i przede wszystkim sprawność, by do nich wszystkich dotrzeć. Pewnie, że taki dzień jak dzisiaj mógłby się ciągnąć ad infinitum, w nieskończoność, jednak, mimo że wszystko staram się robić ostrożnie i jak najwolniej to siły i tak mnie opuszczają, a czas leci i tak nieubłaganie szybko, że nawet nie zauważam kiedy, niedawno budzące mnie słońce, powoli zanurza się w coraz bardziej purpurowych nurtach rzeki, uświadamiając mi, że czas bym po raz ostatni wyszedł na drogę i pomachał wyprostowanym kciukiem nadjeżdżającym samochodom. O zmroku jestem ponownie w hostelu w Gorno Ałtajsku, a już jutro znowu mnie tu nie będzie. Jutro w południe wracam do Barnaul i stamtąd o 18 wyjeżdżam do Kazachstanu. Czasu mam więc sporo i dobrze. To prawda, że czas trzeba planować tak, by zostało go zawsze trochę na nieprzewidziane wypadki. A taki właśnie mi się przydarzył. Pamiętacie, że rano się spieszyłem, czym dałem diabłu powód do uciechy? Otóż po powrocie do hostelu zorientowałem się, że na szyi nie mam opaski, z którą się praktycznie nie rozstaję (to australijski z Melbourne prezent od siostry) i nie bardzo chcę się pogodzić z jej utratą. Jak wówczas, gdy w Tajlandii po pokonaniu kilkuset schodów do jakiejś świątyni, w drodze powrotnej zauważyłem brak opaski, którą ściągnąłem by zetrzeć pot z twarzy i zostawiłem na murku. Tak wtedy jak i teraz bez zastanowienia dryndałem z powrotem z tym, że tam po schodach w górę, a tu o wschodzie słońca po cudownej drodze wzdłuż ciągle tak samo błyszczącej się rzeki. Dolina nad Katuniem, nie chce mnie widać szybko wypuścić ze swych ramion. Tym razem jednak wszystko dzieje się szybciutko. Czasu w zanadrzu trochę mam, ale bardzo niewiele. W tamtą stronę udaje mi się złapać poranny autobus. Z powrotem, już z opaska na szyi, bez problemu łapię okazję i przed obiadem jestem znowu w hostelu. Teraz już nie ma marudzenia. Plecak gotowy, szybko na autobus do Barnaul. Tu ostatni syberyjsko-ałtajski obiad w przydworcowym barze (takie najbardziej lubię) i teraz już tylko czekać na autobus. Punktualnie o 18 wyjeżdżam do Kazachstanu. Ale jeszcze tu wrócę… 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł