Archipelag wysp „Bocas del Toro” jest niewątpliwą perłą pływającą po Karaibskim Morzu u wybrzeży Panamy. Każdy przewodnik niesamowicie zachwyca się tym kawałkiem ziemi, a skoro tak to i ja obieram kurs na północ i po pokonaniu centralnej wyżyny ląduję w Almirante – ostatnim mieście na stałym lądzie, z którego już tylko statkiem lub promem można się dostać na wyspy. Trochę się martwię jak poradzę sobie z kolejną przeprawą samochodem po morzu. Na szczęście niepotrzebnie. Mieszkańcy Almirante doskonale wyczuli koniunkturę i z każdego wolnego skrawka ziemi uczynili parking. Na jednym z takowych przychodzi mi spędzić bardzo bezpieczną noc gdyż właścicielka już o szóstej wieczorem spuszcza dwa rosłe dobermany, które tak zajadle pilnują mnie i parkingu, że całą noc nie wystawiam nosa poza samochód. Nazajutrz, skoro tylko psy zniknęły zamknięte gdzieś w kojcu, opuszczam samochód, opuszczam parking i taksówką wodną z Almirante pruję przez fale w kierunku wyspy Kolumba (Isla Colon), największej z grupy wysp Bocas del Toro. Pół godziny morskiej podróży rozdygotało co nieco poczucie mojej równowagi toteż wyczołgawszy się z łodzi chwiejnym krokiem przemierzam krótkie molo i wychodzę do miasta. Z szukaniem hostelu nie ceregielę się tym razem zbytnio. Biorę pierwszy napotkany. Cena, warunki i wdzięczna nazwa „Czarny kot” – wszystko pasuje, więc po co tracić czas, tym bardziej, że jest już południe, słońce zdążyło ustawić się prostopadle do powierzchni ziemi i praży niemiłosiernie. Gdyby nie to, że wycieczki na sąsiednie bezludne wyspy wypływają z samego rana, pewnie nurkowałbym już gdzieś na rafie koralowej, albo chłodził się w karaibskich błękitach przy jakiejś malowniczej plaży, a tak z tymi przyjemnościami przyjdzie mi poczekać do jutra. Martwić się naturalnie nie ma czym, bo i na wyspie Colon można nieźle spędzić czas. Przede wszystkim przepieszam ją wpierwy wzdłuż po czym wszerz znajdując: miejską plażę, katolicką szkołę, w której właśnie odbywają się zajęcia pod palmowym liściem, szereg kolorowych, drewnianych, ustawionych na palach domów, w których aż trudno uwierzyć, że mieszkają ludzie, parę szkół i klubów surfingowych, przystań promową i na końcu prześlicznie usytuowany nad morzem stary cmentarz. Szczęśliwym trafem dokładnie w środku wyspy trafiam na niewielkie lotnisko, posiadające klimatyzowaną halę przylotów i odlotów. Hala niewielka, ale o tak przyjemnej temperaturze 20-stu stopni, że za każdym razem przechodząc obok wchodzę na chwilę do środka by się ostudzić.
Następnego dnia w pakowaniu kąpielówek, ochronnego kremu i tego wszystkiego co potrzebne jest w upalny dzień na bezludnej karaibskiej wyspie, przeszkadza spojrzenie przez okno. Nad miastem rozciągają się grube chmury, które zdecydowanie zakrywają błękit nieba, zieleń morza i wspomnienie wczorajszego tropikalnego skwaru. Wprawdzie w biurach oferujących morskie wyprawy słyszę, że parę kilometrów dalej, nad innymi wyspami i nad rafą koralową świeci słońce i nie ma śladu chmur, ale te argumety jakoś mnie nie przekonują. Postanawiam przeczekać ten słotny dzień, zwiedzając w dalszym ciągu wyspę Colon i bycząc się trochę z książką w hostelu. Mimo niezbyt przyjemnej pogody spotyka mnie bardzo przyjemne przeżycie, które tak bardzo zapada mi w pamięć, że nie sposób bym się na łamach mojego bloga nim nie podzielił. Otóż robiąc zakupy w jednym z licznych małych sklepików, oddalonym kilkaset metrów od mojego hotelu, zorientowałem się, że nie wziąłem ze sobą pieniędzy. Położywszy zakupy na ladzie przy kasie, proszę właściciela by ich nie odstawiał, a ja za chwilę przyjdę z pieniędzmi i je odbiorę. Jak bardzo jestem zdziwiony, ba zszokowany, gdy słyszę, że to nie problem, że nie muszę biegać w te i z powrotem, że się nie mam przejmować, że mam wziąć zakupy, a pieniędze przynieść przy okazji jutro. W dodatku mówiąc te słowa, sklepikarz jest cały czas uśmiechnięty i pewnie nawet przez chwilę nie myśli o tym, że mógłbym go oszukać i nie zapłacić. Czyżby aż taka sztuka pozytywnego myślenia?
Skoro tylko świt rozjaśnia niebo nad Colon, zrywam się z łóżka, pakuję po raz drugi co potrzebne na wycieczkę po karaibskich wyspach i jako pierwsze, by tylko nie zapomnieć, pędzę do sklepiku uregulować dług. Sklepikarz się uśmiecha, ja dziękuję, a taki niepozorny niby gest na długo rozbudza moje rozmyślania – czy coś takiego jest możliwe w bogatej, kapiącej przepychem Europie?
Nocny wiatr przegonił kłębiące się wczorajsze chmury, a błyszczące już dosyć wysoko nad widnokręgiem słońce zapowiada upalny dzień. W pierwszym napotkanym biurze wykupuję bilet na całodniową morską wycieczkę. Nie trzeba specjalnie dużo czasu poświęcać na wyszukiwanie odpowiedniego biura z odpowiednią ofertą. Wszystkie, a jest ich tu sporo, mają te same wycieczki, w tej samej cenie i o bardzo podobnej jakości.
Ośmioosobowa grupa zwinnie sadowi się w niewielkiej łodzi i z mocą 60 watowego silnika wypływamy w rejs. Nie od razu, ale stosunkowo szybko trafiamy na pierwszych towarzyszy naszej eskapady. Szare delfiny skacząc nad białymi falami towarzyszą nam przez następnych parę kilometrów aż do granic olbrzymiej rafy karalowej, gdzie pewnie z powodu zbyt płytkiej wody znikają nam z widoku. Ich miejsce zajmują ławice kolorowych rybek, homary, meduzy no i oczywiście rozgwiazdy i cały kolorowy podwodny świat, któremu przyglądam się z bardzo bliska, wyskoczywszy z łodzi z maską i rurką, nurkując w tej magicznej morskiej toni. Po kąpieli na koralowej rafie jest kąpiel i plażowanie na piaszczystej bezludnej wyspie. Tych paru godzin na złotym piasku, w cieniu palm, nad turkusową wodą nie zapomnę do końca życia.W drodze powrotnej zawijamy w zatoki małych, porośniętych gęstym lasem wysepek, by podglądać zwisające leniwce i pokrzykujące małpy.
Jeden z piękniejszych dni dobiega końca. Nazajutrz wodną taksówą wracam do Almirante. Następną noc spędzam na strzeżonym przez dwa dobermany parkingu, a rankiem ruszam w góry w kierunku miasteczka Boquete u podnóża wulkanu Baru.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł