Co robić w Kazachstanie, gdy ma się jeszcze trzy tygodnie do dyspozycji? Oczywiście możliwości są nieograniczone jak nieograniczony jest kazachski step. Nam się jednak rysują w zamysłach tylko dwie. Pierwsza na północy, bo podobno (tak nam mówili ludzie) jest tam fajne miejsce, nazywane „Perłą Kazachstanu” lub „Kazachską Szwajcarią”. Coś w rodzaju dużej oazy pośrodku stepu z unikalną florą i znakomitymi krajobrazami. Druga na południu, bo są tam na pewno (wiemy to z przewodników i internetowych forów) najpiękniejsze miejsca w całym państwie. Oboje z Asią jesteśmy zgodni, co do tego, że i czas i możliwości pozwolą nam zobaczyć jedno i drugie, zastanawiamy się tylko, od czego zacząć. Po krótkiej naradzie znowu się zgadzamy, że zaczniemy od leżącego ponad 300 km na północ od Astany niewielkiego Burabai. Za trzy tygodnie, czyli w połowie września w tym rejonie może się już całkiem nieźle ochłodzić, bo chociaż lato jest gorące to jednak ciepła jesień jest bardzo krótka i momentalnie po niej następuje sroga zima. Na południu takiego zagrożenia raczej nie ma. Tam ciepło jest bardzo długo, ale zima, choć zdecydowanie krótsza też potrafi pokazać, na co ją stać. Póki, co pogoda na północy jest wymarzona i murowana przez następne dni więc dłużej się nie zastanawiając kupujemy bilety na pociąg i po południu jesteśmy już na stacji kolejowej, kilkanaście kilometrów od Narodowego Parku Burabai, który to dokładnie jest celem naszej podróży. Teraz tylko trzeba się jeszcze jakoś do niego dostać. Z radą i pomocą, jak to przeważnie w takich sytuacjach bywa, przychodzą nam miejscowi. Starsze panie poznane w pociągu kierują nas na przystanek autobusowy, objaśniają gdzie mamy wysiąść ile zapłacić itd., także czując się trochę jak pod maminymi skrzydłami, nie musząc o nic się troszczyć i niczym martwić, siadamy w przepełnionym busiku i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy znacznie bliżej parku, bo w małej miejscowości o tej samej nazwie Burabai. Tutaj też zbytnio nie musimy się przejmować dalszym losem. Już na przystanku czeka na nas dziewczyna, wcześniej poinformowana telefonicznie przez nasze opiekunki z pociągu i prowadzi nas do pobliskiego pensjonatu. Drewniany pokoik na pierwszym piętrze z łazienką i możliwością korzystania z kuchni to prawdziwy luksus w porównani z astańskim hotelem więc, mimo że jeszcze dobrze nie poznajemy okolicy, a już jesteśmy w niebo wzięci. Szybko i sprawnie mamy wszystko, co mieć zamierzaliśmy i w końcu nadszedł czas by samodzielnie, bez pomocy miejscowych znaleźć odpowiedź na zawsze wcześniej czy później pojawiające się pytanie. Co dalej? Siedząc w zaułku przy kuchni, czekając na parzącą się kawę, nie bardzo wiem od czego zacząć. Dopiero widok z balkonu przed pokojem, ponad metalowymi, zardzewiałymi dachami rozjaśnia mi umysł. Patrz Asia – tam w oddali jest wysoka góra, a z niej pewnie niesamowity widok. Idziemy? Jasne, że idziemy, ale jutro. Dzisiaj pospacerujemy po okolicy, dowiemy się jak dostać się do parku w pobliże góry i trochę odsapniemy. Asia dobrze umie powstrzymywać mą narowistą duszę. Już taki jestem, że jak coś zobaczą i coś sobie wbiję w głowę to nie lubię czekać tylko od razu muszę to realizować, często, gęsto odpokutowując za brak planu i przygotowania. Asia ma inaczej. Ona lubi spokojnie, bez pośpiechu i najlepiej jutro, a nie dziś. Bardzo jej tego spokoju czasami zazdroszczę i nie powiem uczę się cierpliwości, której tak mi brak.

Dobra – idziemy jutro. Już wieczorem okazuje się, że jest to wyśmienita decyzja. Po pierwsze mając czas znajdujemy informacje jak dojechać do górskiego szlaku, co bez wątpienia ułatwi nam jutrzejszy start, a po drugie spędzamy super udany dzień na wędrówce po najbliższej okolicy, która jak się okazuje też jest malownicza i nie brak jej miejsc z cudownymi punktami widokowymi. Wejście do parku Burabai, którego nazwa pochodzi od kazachskiego słowa bura – wielbłąd i jest związana z legendą głoszącą, że ongiś wielbłąd ostrzegając w porę mieszkający tu lud przed nadciągającym kataklizmem, ocalił go przed katastrofą, znajduje się tuż za ostatnimi zabudowaniami miasteczka, a wznoszący się w oddali najwyższy szczyt (ten widziany z balkonu) Kokszetau (Niebieska Góra 947 m. n. p. m.) jest tylko jednym z pośród licznych jego atrakcji. Oprócz niego, ponad zielone otaczające nas zewsząd lasy, w górę strzelają jeszcze takie ciekawe szczyty jak: Szeke Batyr (Samotny Wojownik 826 m. n. p. m.), Burabai (którego nazwy nie trzeba już tłumaczyć 690 m.n.p. m.) i sporo innych niższych, skalnych bloków, między którymi rozlało się 14 mniejszych i większych jezior, dodając panoramie parku, bajkowego uroku podziwianego najlepiej po wdrapaniu się na któryś ze skalnych wzniesień. Widok z góry jest naprawdę na tyle bajkowy, że nawet młode pary trudzą się w ślubnych strojach by pokonać kilkadziesiąt, nie zawsze łatwych do pokonania metrów wzwyż i uwiecznić swój szczęśliwy dzień w niecodziennej scenerii. My też uwieczniamy go na wielu fotografiach, nie zdając sobie sprawy, że jutro z Kokszetau czekają nas jeszcze piękniejsze widoki.

Rano, przed wyjściem w góry, przekonujemy się, co to znaczy mieszkać w sercu natury. To nie tylko świeże powietrze, cudowne widoki i swojska atmosfera, ale to także, a może przede wszystkim zdrowe naturalne jedzenie. Ja, jako niepoprawny jajolub, cenię sobie to tym bardziej, że nie ma dla mnie smaczniejszego śniadania niż jajecznica ze świeżych, najlepiej jeszcze ciepłych jaj. Niespodzianka, jaka spotyka mnie w trakcie rozbijania jajek każe mi momentalnie skoczyć po aparat fotograficzny i uwiecznić to po wszech czasy. Wbijam pierwsze jajko do patelni i bach – wypadają dwa ogromne, przebogate w minerały, co widać po bardzo żółtym kolorze, żółtka. Fajny przypadek cieszę się – myśląc, jakie zdrowe i szczęśliwe są tutejsze kury ,znoszące takie jaja. Wbijam drugie i trzecie jajo i to samo. Znowu podwójne żółtka. To już nie przypadek, to po prostu niezłe jaja. Jestem pewien, że to po prostu zdrowa otaczająca nas natura i zamiast jak było w planie sześciu jajek na patelnię wbijam tylko trzy. Gdybym umiał sfotografować jeszcze smak tych jaj i dołożonych do nich świeżych tutejszych pomidorów z cebulką to obraz dzisiejszego śniadania byłby kompletny. Niestety nie umiem, więc musicie mi uwierzyć na słowo – pychotka nad pychotkami.

Szkoda, że nie możemy dłużej ucztować takiego śniadania. Bus, który ma nas podwieźć pod Kokszetau odjeżdża za pół godziny. Prawdopodobnie. Jesteśmy przecież w Kazachstanie, a jak uczy doświadczenie nabyte w Pawłodarze, tutaj jeżeli coś ma odjechać to niekoniecznie musi, nie mówiąc o tym, że punktualnie. Nie chcąc jednak empirycznie sprawdzać słuszności twierdzenia dworcowego strażnika, mimo wszystko staramy się być punktualnie, a nawet parę minut wcześniej. Na szczęście. Okazuje się, że wszystko jest jak miało być. Oprócz nas. Okazuje się tym razem, że to nas miało nie być, a jesteśmy. Coś w tym, co mówił strażnik jest jednak na rzeczy. Autobus tak jak nas wczoraj poinformowano, odjeżdża punktualnie o ósmej jednak, o czym nas nie poinformowano nie wystarczy tylko przyjść, ale trzeba było wczoraj dokonać rezerwacji albo najlepiej wykupić bilet. A może poinformowano, tylko nie zrozumiałem, albo nie dosłyszałem? Nie wiem. Dobrze, że jesteśmy parę chwil wcześniej i udaje się jeszcze ten feler naprawić. Jesteśmy dołączeni do grupy, która odjeżdża za 10 minut i w ten sposób, co jak czas pokaże też wyszło na dobre, będziemy zdobywać najwyższy szczyt okolicy w kilkuosobowej grupie z przewodnikiem. I tu wyskakuje następna sytuacja, każąca mi mocno zredukować mój dosyć dobry dotąd osąd o mojej znajomością języka rosyjskiego. Wczorajsza wpadka z niedogadaniem się co do rezerwacji miejsca może jeszcze pójść na karb niedosłyszenia, ale tego, że dzisiaj słyszę iż przewodnik mówi, że za chwilę zdobywać będziemy najwyższy szczyt Kazachstanu, nie mogę niczym wytłumaczyć. Dość poprzestać na tym, że kilka godzin wdrapując się czasem po bardzo stromych leśnych ścieżkach, czasem po jeszcze trudniejszych skalnych podejściach, jestem przekonany, że dokonuję rzeczy wielkiej. Ba nawet przekonuję o tym Asię, która będąc pewna, że oto zdobyła najwyższy szczyt Kazachstanu mocno pręży muskuły i pozuje do pamiątkowego zdjęcia. Ja też jestem w niebo wzięty, mimo że ze szczytu o wysokości niecałych 1000 metrów do nieba jeszcze bardzo daleko, ale widoki rozciągające się gdzie okiem sięgnąć są tak nieziemskie, że trudno nie myśleć, że znajdujemy się gdzieś poza rozumianym przez umysł obszarem. Jeżeli jednak w dalszym ciągu stoimy na naszym świecie, to góra Kykszet niewątpliwie dzieli go na dwie części, co widać stąd gołym okiem. Po prawej ten pagórkowaty, zielony, porośnięty bujną florą (w parku Burabai doliczyć się można ponad 800 gatunków stepowej, łąkowej, bagiennej i leśnej roślinności), zamieszkały przez ponad 300 gatunków zwierząt i po lewej ten drugi płaski, stepowy, suchy, a jednak też przyciągający oko, a w raz za nim obiektyw, rozgrzanego od częstego pstrykania aparatu fotograficznego. Droga w dół, choć równie męcząca jak w górę, ubiega znacznie szybciej i to nie tylko z racji, że biegnie w dół, ale dlatego, że układając w myślach tekst o zdobywaniu najwyższej góry Kazachstanu, którym podzielę się ze znajomymi na Facebooku, nie zauważam upływającego czasu. Jedno szczęście, że przed publikacją (by nie było tak jak ongiś w Chile, gdy chwaląc się wszem i wobec bytnością na koncercie gitarowym słynnego Paco de Lucia, nie wiedziałem, że artysta zmarł dwa tygodnie wcześniej, a wydarzenie, w którym brałem udział zorganizowane było ku jego czci i pamięci; a że hiszpańskiego nie znałem, a grający gitarzysta podobny był do Paco więc dałem nieźle ciała) sprawdzam w Internecie moje wiadomości i klops. Górka, tak górka, bo od tej pory nie będą nazywał jej górą, na którą weszliśmy jest wprawdzie najwyższą górą parku Burabai i północnej części Kazachstanu, ale daleko jej do najwyższej góry całego kraju, leżącej w Ałtaju, na granicy z Chinami i Kirgistanem, strzelającej w niebo na wysokość 7010 metrów – Chan Tengri (Władca Niebios). Poprawiam szybciutko swoje geograficzne niedociągnięcia, obiecuję bardziej przyłożyć się do nauki rosyjskiego, rewiduję znaczenie dzisiejszego trekkingu z zakresu niecodziennych osiągnięć, zmieniam w myślach tekst do publikacji na blogu i fb, ale nie zmieniam zdania o nader cudownym dniu, super przeżyciach i niezapomnianych widokach z wierzchołka górki Kokszetau, która chociaż niewielka wzrostem to potężna cudownym, rozciągającym się przed nią i pod nią krajobrazem.

Skoro już zahaczyliśmy o południe i o wysokie góry Ałtaj, to zmieniamy kierunek i z parku Burabai udajemy się w dół do Ałma-Aty. Przed nami ponad 1000 km przez step. 1000 km, które pokonujemy lokalnym, mocno sfatygowanym, wypełnionym do ostatniego siedzenia autobusem. Myślę, że nie zazna klimatu Kazachstanu ten, kto nie zdecyduje się na przybycie przynajmniej kilkuset kilometrów przez jego niezmierzone stepy. To trzeba po prostu przeżyć. Prawie doba w autobusie, kilka przystanków na trudnych do opisania parkingach z wystawionymi przed drewniane domki garkuchniami, zawiewającym w oczy piaskiem, stepowym wiatrem i nieodzownymi dziurami w ziemi do załatwiania najpotrzebniejszych potrzeb, osłoniętych przed oczami współpasażerów jedynie drewnianą ścianką lub (ale to rzadko) betonowym murem, monotonne widoki za oknem, urozmaicone jedynie wschodem czy zachodem słońca, stada wielbłądów, przebiegające od czasu do czasu lub pasterz na koniu przepędzający bydło, to tylko kilka scen z poznawania Kazachstanu od środka. Męczące przeżycie, ciekawe doświadczenie, niezła atrakcja, ale dobrze, że już za nami. Dworzec w Ałma-Acie witamy z poczuciem ulgi i nie powiem od pierwszych kroków wielkiego zachwytu. Ale o tym opowie już Asia w następnym artykule. Wiem, że jestem niepoprawnym gadułą, co widać po długości moich wpisów, ale żeby nie było, że zupełnie niereformowalny oddaję głos czy raczej klawiaturę Asi. Robię to zresztą z wielką przyjemnością bo mimo, że bardzo lubię mówić (pisać) to przecież też dużą frajdę sprawia mi słuchać (czytać).

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł