Będąc w El Calafate tyle się naoglądałem reklam i zdjęć szczytow Cerro Fitz Roy, że byłoby grzechem nie pojechać i nie zobaczyć ich na własne oczy. 2-go stycznia wyjeżdżamy, dalej w trójke, w kierunku El Chalten, miejscowości pod owymi szczytami. Jadąc, powracam myślami do moich przezyć w czasie wędrowki na Torres del Paine i mam nadzieję, że tym razem góry będą dla mnie łaskawsze i pozwolą się ujrzeć w całej swojej krasie. Szanse są jako takie, ponieważ pogoda narazie dopisuje. Ale niebezpieczeństwo, o którym doczytałem się w przewodniku to takie, że nawet w najlepszych miesiącach czyli styczeń, luty szczyty ukazują się w całej okazałości jedynie cztery, pięć razy w miesiącu.
Szybciutko, bo droga fajna, dojeżdżamy do El Chalten. Trudno tę mieścinę nazwać nawet mieściną. Dwie ulice w dolinie między górami, mnóstwo hosteli i barów, czyli typowa baza wypadowa dla górskich wędrowców. I też tylko tacy tu są. Parkuję samochód na głównej, czyli prawie jedynej ulicy – oczywiście San Martin – i już planuję jutrzejszą wędrowkę. Rano idziemy w trójkę na Corres. Pogoda przy wyjściu – super. Jednak odwrotnie niż na Torres, tym razem pogoda się zmienia na gorszą. Im bliżej szczytu, tym gorzej. Z daleka mamy jeszcze okazję dojżeć ścianę w całej okazałości, ale będąc już u jej podnóża nie widzimy totalnie nic. Do tego zerwał się potężny wiatr, że trudno ustać na nogach, więc pod szczytem nie zabawiamy zbyt długo i wracamy na bardziej osłonięty od wiatru teren. Brigit i Michael, jako, że mają ze sobą namiot, udają się już w kierunku Fitz Roya na pole namiotowe bezpośrednio pod szczytem, a ja wracam do samochodu i postanawiam nazajutrz skoro świt również pójść w ich kierunku. Wstaję o czwartej, szybka kawa i coś na żołądek, prowiant do plecaka, kije do ręki i o piątej rano wychodzę w góry aby nie dać im czasu na zmianę pogody (podobno do południa zawsze są większe szanse, że się nie załamie). O dziewiątej jestem na polu namiotowym, gdzie nocują moi znajomi. Niebo bez chmurki, a szczyt Fitz Roy pokazuje się w całej okazałości. Pięknie. A więc jednak. Jednak mam szczęście. Jednak są góry, które są dla mnie łaskawe. Jeszcze tylko jakieś dwie godziny drogi na “górke” bezpośrednio pod szczytem (widać na zdjęciu tę ścieżkę), i już będę mógł podziwiać go z bliska. Owa górka to 750 m.n.p.m., a Roy ma wysokości około 3400m. Wyobrażacie sobie to uczucie. Stać pod skałą, która góruje nad Wami ponad 2500m. To prawie jakby nad Bałtykiem postawić Rysy i patrzeć na nie od podstawy po szczyt. Jest wrażenie. Do tego Fitz Roy króluje we wszystkich plebiscytach na najpiękniejszą górę świata. W każdym tego typu rankingu placuje się w pierwszej dziesiątce. Mając świadomość tego wszystkiego, niestraszne mi te 450m prawie pionowo w górę i ile sił w nogach, a mam już za sobą cztery godziny marszu, wyruszam. Niesamowicie ciężko było się wdrapać, ale wierzcie mi, opłacało się. Wrażenia, jakich się spodziewałem, przerosły moją wyobraźnię. Nagi, zmieniający (w zależności od nasłonecznienia) kolory szczyt, pod nim turkusowe jeziorko powstałe z topniejącego po lewej stronie lodowca – tóż to jak w bajce. Fitz Roy na wyciągnięcie ręki. Jestem bardzo szczęśliwy i zostałbym pod nim jak najdłużej, ale niestety robi się późno, a jeszcze długa droga powrotna. No cóż – byłem, zobaczyłem…
To już kolejna moja przygoda z górami. Kolejny raz myślę, że już piękniej być nie może, kolejny raz mylę się, bo za każdym razem jest o ile nie piękniej, to przynajmniej tak samo pięknie, więc już teraz nie twierdzę, że już nic piękniejszego nie zobaczę. Jeżeli zobaczę, to napewno Wam o tym napiszę.
Wyjeżdżam z El Chalten jakieś 1500 km na północ w kierunku El Boson, gdzie planuję dłuzszy postój, aby odpocząć po tych wspaniałych, ale jednak męczących górskich przygodach.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł