Ruta Quarenta – dalszy ciąg. Wiem, wiem. Już tyle razy opisywałem drogi w tej części Argentyny, że powoli chyba staję się nudny. To co jednak tym razem przeżyłem na odcinku El Chalten – El Bolson, przebija wszystkie dotychczasowe wrażenia.
Kiedyś, jeszcze przed wyjazdem, wpadł mi do ręki artykuł w Angorze p.t. Ruta 40. Kopię tego artykułu zamieściłem na moim profilu na facebooku, więc kto czytał, ten wie, w czym rzecz. Ja po przeczytaniu zapragnąłem oczywiście samemu tę legendarną poniekąd drogę (najdłuższa droga świata) przejechać w trakcie mojej włuczęgi po świece. Mimo, że autor ostrzegał, że nie jest łatwo, nie sądziłem, że „nie jest łatwo“ znaczy tyle samo co „jest cholernie trudno“. Droga to poprostu bezdroże ciągnące się po horyzont. Poprzednio miewałem odcinki tzw. szutru, ale były to odcinki góra kilkudziesięciu kilometrów. Teraz takie odcinki przekraczały grubo ponad 100 km, poczym dla zaczerpnięcia oddechu pojawiało się kilka, kilkanaście kilometrów asfaltu, który chciałoby się przytulić, ucałować i błagać, by się nie kończył, ale on się kończył. Kończył się szybko. I znowu dziesiątki kilometrów i włokące się godziny po bezdrożach argentyńskiej Patagonii. Zeby tego wszystkiego było mało, to jeszcze natura w tym miejscu świata o tej porze dokłada niemożliwie piekące słońce i porwisty (mało powiedziane) wiatr. Czyli tak: pod tyłkiem dziury i cały czas wszystko się częsie, w oczy razi przerażliwe słońce, a gorącą kierownicę trzeba cały czas mocno trzymać w rękach, bo minimalne popuszczenie powoduje automatyczne zwiewanie samochodu z tego, po czym jedzie, a co napewno nie jest drogą. W takich oto warunkach jechałem pierwszego dnia całe czternaście godzin.
Po drodze gdzieś tam zabrałem parę hiszpańskich autostopowiczów, którzy na poboczu drogi walczyli z wiatrem i nawet nie byli w stanie wystawić ręki, żeby machać, bo prawdopodobnie wiatr by ją wyrwał. W ten sposób frustracja w samochodzie od tego czasu rozłożyła się na pięć osób, co spowodowało trochę luźniejszą atmosferę. A wieczorem zrobiło się już całkiem sympatycznie, bo matka-natura, pewnie chcąc trochę wynagrodzić naszą determinację, z obłoków i promieni zachodzącego słońca tworzyła niesamowite obrazy na niebie. Przestaliśmy się patrzeć na drogę, a zatrzeliśmy obserwować niebo. Stało się dużo przyjemniej.
Jak wspomniałem, jechałem tego dnia nonstop 14 godzin. Po czternastej godzinie i przejechanych ok. !!!! 400 km zacząłem opadać z sił. Z mapy winikało, że za chwilę powinno być niewielkie miasteczko. Postanawiamy tam szukać noclegu (tzn moi współtowarzysze, no bo ja sypiam w samochodzie). Jest! Jest miasteczko, jest szyld camping, hostel. Niestety tylko szyld. Objechałem to skupisko czterech domów dookoła, ale ani campingu, ani hostelu ni śladu. Praktycznie była to stacja benzynowa z jednym dystrybutorem i cztery dosłownie gospodarstwa. Na mapie widnieje jednak jako miasteczko Bajo Caragoles. Jedno szczęście, że znalazł się jakiś stary mur, który skutecznie osłaniał od wiatru i można było rozbiź namioty.
Następnego dnia zwijamy się skoro świt i jak najszybciej wyruszamy w dalszą drogę jako, że nic nie wskazuje na to, żeby warunki miały się zmienić i trzeba się liczyć z tym, że znowu około 14 godzin przyjdzie mi posiedzieć za rozgrzanym kółkiem. W Perito Moreno (to malutkie miasto o tej samej nazwie co opisywany wcześniej lodowiec) żegnamy naszych autostopowiczów, którzy stąd wybierają się do przygranicznej z Chile wioski na znany w tych okolicach odpust. Od Perito Moreno, gdzie zrobiliśmy zakupy i trochę odpoczeli, zaczyna się znacznie lepiej jechać. Stosunek dróg do bezdroży przyjął odwrotny stosunek, więc tylko co jakiś czas wpadamy na szutr, a większość czasu jedziemy nowo położonym asfaltem. Tu muszę zaznaczyć, że jeżeli ktoś przyjedzie w te tereny za parę lat, to prawdopodobnie będzie miał możliwość całą Rutę Quarente przejechać asfaltem, bo faktycznie widać, że na całej jej długości praca wre i powstają coraz to nowe odcinki szerokiej, gładkiej, asfaltowej drogi. Póki co, jeszcze przede mną parę nieasfaltowych odcinków, ale już jestem tak z tym faktem pogodzony, że po zjechaniu z asfaltu zakładam moje różowe okulary, przez które widać tęcze nawet wtedy, gdy nie pada (patrz foto) i już bez przeklinania na czym świat stoi, poprostu tylko jadę. Czasem przez drogę przebiegnie guanaco, czasami gaucho przepędzi stado krów, to znowu gdzieś z boku pojawiają się flamingi i jakoś kilometr za kilometrem posuwamy się do przodu.
Tego dnia dojechaliśmy do miasteczka Tecka, czyli przejechaliśmy ponad 600 km.
Trzeciego dnia ukazała nam się już zupełnie inna Argentyna. Droga cały czas asfaltowa, wiatr ucichł, a krajobraz z płaskiego, monotonnego zmienił się w górzysty (miejscami wjeżdżalem na ponad 1200 m.n.p.m).
Zostało nam niewiele, ponad 300 km do El Bolson.
„Swoją drogą”, tak sobie myślę już na chłodno, po przejechaniu tych kilkuset kilometrów po patagońskich bezdrożach, że „taki powiedzmy stukilometrowy odcinek powinien zostać dla potomności taki jaki jest”. Ot tak, aby nie zapomnieć, jak się kiedyś jeździło po Ruta 4o.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł