Jesteśmy w El Bolson.
Przeurocze miasteczko na granicy Rio Negro i Chabut. Spędzę tu cały miesiąc. Dlaczego akurat El Bolson i dlaczego aż taka długa przerwa w podróży? Ano z kilku powodów. Po pierwsze już od dwóch miesięcy jestem w drodze, przejechałem ok. 7.500 km i przyszedł czas, aby się gdzieś zatrzymać na dłużej. Zakładałem, że w miesiącu będę robił około 1.000 do 1.500 km, a tu się nagle w dwa miesiące moje plany podwoiły. No więc muszę gdzieś zaciągnąć hamulec ręczny, żeby mi się ta moja podróż zbyt szybko nie zakończyła. Po drugie muszę trochę popracować przy samochodzie, bo po tych szutrowych bezdrożach pourywały mi się zawiasy, gdzieś zaczęła przeciekać woda i takie tam drobne usterki, nie wspominając o wyrwanch przez wiatr drzwiach, kilogramie piasku i pyłu w filtrze powietrza i ogólnym brudzie dosłownie wszędzie. Po trzecie po dosyć aktywnym życiu – góry, parki narodowe i wspomniane drogi – należy mi się też trochę laby, takiego “nicnierobienia” (specjalnie piszę w jednym słowie, bo bardzo mi się ono podoba).
A dlaczego El Bolson? To już przypadek. Zastanawiając się nad miejscem dłuższego pobytu (pierwotnie planowałem Mendozę lub Bariloche) sięgnąłem po raz kolejny do przewodnika i poczytałem o wszystkich miejscowościach wzdłuż Ruty 40, położonych już poza strefą wiatrów, czyli wyżej niz równoleżnik 44, a jeszcze nie w strefie upałów (mamy tu teraz lato), czyli niżej niż równoleżnik 36, ewentualnie 38. Kartkując, kartkując natknąłem się na taki oto opis: “…El Bolson jest jak nie z tego świata… w 1984 r. włodarze miasta ogłosili je strefą bezatomową, a w 1991 r. ekomiastem… Niezgodą na bezwzględną komercję zaskarbiło sobie uznanie jako anty-Bariloche… W osłoniętej, zadrzewionej niece, rozciągniętej między dwoma pasmami górskimi, pełnymi ostrych, granitowych turni, nie brak okazji do aktywnego wypoczynku oraz rekreacji, a w dodatku wszędzie jest blisko…”. Z niemieckiego przewodnika dowiedziałem się nadto, ze: “Hippis können jubeln. Es gibt zumindest ein unverzichtbares Reiseziel für sie in Argentinien, und das ist El Bolson. In dieser liberalen Künstlergemeinde leben Leute mit alternativem Lebensstil, die ihren Ort zu einer „nuklearfreien Zone“ und einer „Öko-Gemeinde“ erklärt haben…”
Po takich rekomendacjach było mi jasne, że to własnie El Bolson jest tym miejscem, w którym chcę (przynajmniej przez jakiś czas) zamieszkać.
Więc wjeżdżam i ja do tego “jak nie z tego świata” miasta i od razu na dzień dobry pierwsza miła niespodzianka. W samochodzie gra mi właśnie Led Zeppelin, a właściciel pola namiotowego stojąc przed bramą i słysząc moją muzykę, z uśmiechem pokazuje na swoją koszulkę. Gustavo – bo tak ma na imię ów właściciel – wyznacza mi miejsce i bez zbytnich targów opuszcza cenę z 50 Peso za dobę na 35. Płacę z góry za cały miesiąc – nie całe 100 Euro. Okazuje się, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale pomaga również przy zawieraniu kontaktów. Z Gustavo przez ten miesiąc zdążyliśmy się zaprzyjaźnić.

Szybciutko rozbijam swój mały obóz (na naprawy i sprzątanie przyjdzie jeszcze czas) i udaję się do centrum – pole namiotowe znajduje się jakieś 10 min pieszo od placu Pagano wyznaczającego centrum kulturowo-handlowe El Bolson. Jest sobota, a w sobotę, niedzielę, wtorek i czwartek – o czym jeszcze nie wspomniałem – w mieście, własnie na plazza Adalberto Pagano organizowany jest jarmark znany w całej Argentynie. Kto tylko jest w okolicy, zjeżdża w tych dniach do El Bolson, by podziwiać i kupować wyroby tutejszych rzemieślników, tworzonych tylko i wyłącznie z rodzimych materiałów. Oprócz obrazów, figurek, pasków, naszyjników, wyrobów gospodarstwa domowego etc etc, wielkim powodzeniem cieszą się również przetwory domowej roboty, typu dżemy, miody, soki – wszystko naturalne bez chemii, bez konserwantów – no i chleby, ciasta a nawt torty. Wyobrażacie sobie, co wyczyniała ze mną moja słaba silna wola, gdy koło tych smakołyków przechodziłem. Dżemy malinowe jadam codziennie na śniadanie. Chciałoby się powiedzieć „miodzio”, ale do dżemu jakoś nie pasuje :D. Powiem więc po hiszpańsku delicioso.

Wydaje się, że hipisi zamieszkujący tutaj w latach 60-tych, pozostali wierni swoim ekologicznym postulatom i być może już w trzeciej generacji żyją jak ówczas w zgodzie z naturą i w zgodzie z ludźmi. Ten klimat naprawdę się tutaj czuje. Zupełna swoboda życia. Do tego wszystkiego mnóstwo muzyki. Zespoły rockowe, folkowe, wykonawcy na ulicach, skwerach, grajacy na przeróżnych instrumentach. Tańce i zabawy do wczesnych godzin rannych. Ale tylko w tych czterech dniach. W pozostałe dni dużo spokojniej. Można wtedy pochodzić i pozwiedzać miasto. Nie ma w sumie dużo jakiś szczególnych miejsc typowych dla turystów, typu muzea czy coś takiego, ale jest za to galeria sztuki. Jedna wielka galeria sztuki. Tak mi się przynajmniej wydaje, że to jest galeria położona w całym mieście. Jest tu mnóstwo rzeźb z różnego rodzaju materiałów. Metalowe, drewniane, z wełny lub ze skóry. Dużo chodziłem pieszo i sporo na rowerze, więc udało mi się zobaczyć dosyć duży obszar samego El Bolson i okolic i wszędzie napotykałem się na rzeźby. Niezliczona ilość rzeźb. Parę umieścilem na fotografiach.
Będąc przy temacie kultury, to po raz pierwszy właśnie tutaj zetknąłem się z typowym folklorem południowo-amerykańskim. W kościele! Zwiedzałem kościół i przeczytałem, że o godzinie 20-tej każdego dnia odprawiane są msze świete. Poszedłem i byłem oczarowany. O ósmej zaczęli się schodzic ludzie. Wszyscy się witali, rozmawiali. Po około kwadransie wszedł ksiądz i zamiast do ołtarza, najpierw przeszedł przez cały kościół, z wszystkimi się przywitał (ze mną też), z kilkoma pewnie znanymi sobie ludźmi porozmawiał i spokojnie około 20:30 rozpoczął mszę. Ale to jeszcze nic nadzwyczajnego. Zaczęło się dopiero, jak ludzie zaczeli śpiewać. Zamiast fałszujących organów, były bebny i gitary, a ludzie nie wyli, tylko śpiewali znane mi Alleluja czy Hosanna na wysokościach, ale w rytmie samby, klaszcząc i poruszając się w takt muzyki. Niesamowite przeżycie. Byłem w tym kościele jeszcze parę razy i zawsze wychodziłem pod mocnym wrażeniem. Nie wiem, czy tak się odprawia msze w całej Argentynie, czy tylko w tym niezwykłym El Bolson (sprawdzę). Jeżeli w całej, to być może za sprawą obecnego papieża i do nas trafi takiego rodzaju celebrowanie mszy świetej – daj Boże.

Wokół El Bolson, zarówno z lewej jak i z prawej strony doliny, rozciągają się góry, do których stosunkowo łatwo dotrzeć. Oczywiście nie na same szczyty, ale na tyle wysoko, by móc podziwiać panoramę miasta lub wijącą się z prawej strony rzekę Rio Azul. Parę takich wycieczek poczyniłem. Nie były to tym razem kilkugodzinne wędrówki, tylko coś bardziej w charakterze dłuższego spaceru. Raz poszedłem w miejsce, gdzie skała do złudzenia przypomina głowę Indianina i też tak została nazwana „Cabaze del Indio“, innym razem odwiedziłem malownicze miejsce Cascada Escondida (ukryty wodospad), gdzie wezbrana woda spada z uskoku do otwierającego się niżej wąwozu a i o wyższe partie gór pokusiłem się by przyjżeć się stamtąd barwom zachodzącego słońca.
W czasie tak długiego pobytu w jednym miejscu wystarczyło także czasu na wypady na rowerze, a pod tym względem El Bolson ma również wiele do zaoferowania. Najlepsza trasa, którą przejechałem, to jakieś dwadzieściaparę kilometrów na południe do parku narodowego (jakiś to on ci tam park, ale 15 Peso za wstęp trzeba było zapłacić) jeziora Puelo. To jest to jezioro, do którego wpada Rio Azul widziane w El Bolson z góry. Nie powiem, okolica jak u naszego wieszcza była malownicza, ale żeby tak od razu robić z tego Park Narodowy?
Niestety jest coś, co trochę przeszkadza przy planowaniu tego typu wypadów czy wycieczek. Pogoda. I tutaj lubi ona plątać figle i to w dość drastyczny sposób. Przez tydzień rtec w moim termometrze w cieniu podchodzi pod kreseczkę z numerem 40. Nagle, dosłownie z dnia na dzień spada w nocy do 0, a w ciągu dnia nie przekracza 10 stopni. W wyższych partiach gór spada nawet śnieg. Wprawdzie wygląda jak cukier puder i po dwóch dniach znika, ale mimo wszystko – mamy środek lata! Po trzech dniach słupek znowu wspina się na ponad trzydzieści stopni, po czym spada na dwadzieściaparę i tak już zostaje do końca. Takich anomalii, żeby w ciągu jednego dnia temperatura zmieniła się o 30 stopni, nigdy do tej pory nie przeżylem i to doświadczenie również wsadzam do szufladki nazwanej „co w świecie przeżyłem”.

No i miesiąc mija jak z przysłowiowego “z bicza strzelil”. Wybawiłem się, wyleniuchowałem się, wyhamakowałem się i czas, się powoli pakować. Pojutrze wyjeżdżam dalej. Będę wspominał El Bolson i czas, który tu spędziłem – nie tylko z powodu uroku miasta, nie tylko z powodu hipisowskiego klimatu, nie tylko z powodu rozrywki, która tutaj rozrywa totalnie, nie tylko z powodu okolicznych widoków, ale przede wszystkim z powodu osobistych, wewnętrznych przeżyć, których nie sposób będzie zapomnieć. Jeszcze tylko jutro ostatni gril – na polu namiotowym griluje się cały czas przy dzwiękach gitar i biesiadnych pieśniach w hiszpańskim języku. Niektóre brzmią nawet dość swojsko i czasami mam wrażenie, że jestem gdzieś na polskim campingu z lat osiemdziesiątych, tak bardzo różniącym się od takich miejsc w Niemczech, Francji czy innych krajach Europy zachodniej. W Polsce w znacznym stopniu niestety już też powoli zanika zwyczaj wspólnych imprez przy gitarach i ogniskach. Byłem dwa lata temu na campingu w Gdyni. Nuda! W Argentynie grilowanie, palenie ognisk i śpiewanie to zdaje się ulubione spędzanie wolnego czasu. Murowane grile stoją dosłownie wszędzie: na plażach, na łąkach, na większych parkingach, no a na polach namiotowych to już obowiązkowo przy każdym miejscu na namiot. Murowane grile nie przeszkadzają, żeby obok dodatkowo rozpalić ognisko. Strozom prawa również.
Tak więc jeszcze jeden gril, pewnie jakieś winko z Gustavo przy Led Zeppelinach i adios niezapomniane, fantastyczne i niezwykłe El Bolson.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł