Drugiego lutego, o godzinie dziesiątej wieczorem, zajmuję miejsce w tak zwanym autobusie cama * i raduję się niezmiernie ruszając w kierunku czerwonego punktu zaznaczonego na mojej trasie „into the world”.
Czerwonym punktem zaznaczone mam te miejsca, które koniecznie muszę odwiedzić, na zielono zaznaczyłem miejsca, które bardzo chcę zobaczyć, ale ewentualnie mogę zrezygnować, a kolor niebieski zarezerwowałem dla tych miejsc, do których chciałbym dojechać, ale niekoniecznie.

Cusco, do którego zmierzam, obok Buenos Aires, Ushuaii, Aconcaguły, San Pedro de Atacamy i paru innych, jest zaznaczone właśnie na czerwono. Droga przede mną długa – około 12 godzin, i kręta, ponieważ autobus będzie piął się na 3300 m n.p.m. Rozkładam siedzenie, podkładam pod głowę jasiek, który na takie okazje zawsze wkładam do bagażu podręcznego, wyciągam nogi i rozkoszując się marzeniami, co mnie za chwilę spotka, zamykam oczy i przysypiam. Rozkoszne marzenia brutalnie przerywa dokuczliwe zimno. W autobusie nie działa ogrzewanie, a noce na wysokościach ponad 3000 m bywają zimne. Tak akurat jest. W plecaku, który leży w lukach bagażowych, mam śpiwór i ogromnie żałuję, że nie wziąłem go ze sobą. Kiedyś brałem, ale nauczony doświadczeniem, że w autobusach cama są koce i jest ogrzewanie, przestałem o tym myśleć. Tym razem nie ma ani koca, ani ogrzewania, ani mojego śpiwora. Rutyna mnie zgubiła i trzęsąc się z zimna, dotkliwie to odczuwam. Do samego Cusco nie zmrużę już oka. Zaraz po o godzinę spóźnionym przyjeździe, nie zastanawiając się długo, biorę taksówkę, jadę do pierwszego lepszego taniego hostelu, biorę gorący prysznic i walę się do łóżka, by chociaż przez chwilę pospać. Przed zaśnięciem odczytuję wiadomość od Sylwii. Nie czekali na mnie, ponieważ ich autobus przyjechał godzinę przed czasem. Ot szczęściarze. Mój przyjechał godzinę po czasie, a więc można zaryzykować stwierdzenie, że statystycznie autobusy w Peru są bardzo punktualne.

Szybko śpię. Euforia z pobytu w stolicy imperium Inków nie pozwala na zbyt długie wylegiwanie się i już po paru godzinach snu wyrywa mnie z łóżka i wypędza do miasta. Pierwsze kroki kieruję oczywiście na główny plac miasta, od czasów hiszpańskich zwany plaza de Armas (plac Broni), a za czasów inkaskich zwany Huacaypata, co w języku quechua znaczy plac Wojowników. Od placu dzieli mnie zaledwie parę przecznic, toteż dosyć szybko do niego docieram i pewnie z wyrazem twarzy jaki miał Romeo, gdy po raz pierwszy ujrzał Julię, siadam na schodach pod katedrą, wlepiam oczy w złoty posąg XIV króla Inków Pachacutka, wyrastający z fontanny na środku rynku i przypominam sobie trochę wcześniej przeczytanej historii.

Miasto, które przez ponad 300 lat było stolicą państwa Inków, wybudował około roku 1200 król Manco Capac i nadał mu nazwe Cusco (w języku quechua Qosqo), co w dosłownym tłumaczeniu znaczy Pępek Świata. To już drugi „pępek świata” jaki spotykam na mojej drodze. Pierwszy był na Wyspie Wielkanocnej, zwanej przez pierwotnych mieszkańców Rapa Nui, co też znaczy Pępek Świata. Świat ma zatem jak dotąd dwa pępki, a być może znajdę ich więcej. Manco Capac, budując Cusco, nadał miastu kształt pumy. I tak Sacsayhuaman, dzielnica na wzgórzu, to głowa zwierza, centrum miasta to jego tułów, a rzeka Huantanay ogon. Pamiętając, że jezioro Titicaca wzięło swą nazwę od kamiennej pumy, zauważam, że puma często przewija się w historii Inków.

W XV wieku król Pachacutek, który stoi przede mną, nadał miastu nową formę i blask. On to jako twórca wielkiego imperium Inków, po długim oblężeniu miasta przez wojowników wrogiego plemienia Chanca, kazał całe miasto zburzyć, po czym przy udziale 50 tysięcy robotników, zastępując stare szałasy i drewniane domy potężnymi pałacami i murowanymi gmachami, utwardzone ścieżki brukowanymi drogami, do całości dodając wyrafinowany system nawadniania i kanalizacji, ponownie je odbudował. Świetność Cusco trwała do roku 1533, kiedy to Pizarro na czele wojsk hiszpańskich dotarł do miasta i mordując około 40 tysięcy Indian, je zdobył. Trzy lata później Inkowie pod wodzą Manco Inci próbowali odbić swoją stolicę, ale mimo kilkumiesięcznego oblężenia i nieustannego podpalania miasta, próba ta się nie powiodła, a Pizarro przeniósł stolicę już swojego imperium, do Limy.

Cusco od tamtego czasu mimo nieustannych trzęsień ziemi jest bez wątpienia turystyczną stolicą Peru, a może i całej Ameryki Południowej.

Łapiąc się na tym, że zaczynam wynajdować analogie w historii Inków do historii Polski okresu Piastów, bo i nasz Kazimierz Wielki tak jak tutejszy Pachacutek (niecałe 100 lat wcześniej) zastał kraj drewniany, a zostawił murowany, zrywam się na równe nogi, by nie uwikłać się w te rozmyślania i wyruszam na pierwsze spotkanie z miastem. Jak to mam w zwyczaju, spacerując pierwszy raz po nowym mieście, przechadzam się jego uliczkami i zakamarkami zupełnie bez celu. Skręcę tu, pójdę tam, zatoczę koło by wrócić w to samo miejsce przy okazji przyglądając się wszystkiemu co wpadnie w oko, a i zapamiętując ewentualnie przydatne miejsca. W ten sposób zawsze najlepiej zapoznaję się z nowym otoczeniem. Wiem już gdzie jest informacja turystyczna, gdzie jest szpital, apteka, sklepy, targowisko, gdzie jakie muzeum, które kościoły chciałbym zobaczyć od środka, a jest ich tu mnóstwo itp. Wracając, któryś już raz na rynek (plac Armas) natykam się na Piotrka, a zaraz za nim, na Sylwię i Andrzeja. Oni ulokowali się w miłym hostelu na wzgórzu, z którego jest super widok na miasto. Idę z nimi by sprawdzić te rewelacje, a przy okazji trochę pogadać. Droga do hostelu to makabra. Kilkaset schodów pod górę nie wróży dobrze, bym dał się namówić na przeprowadzkę. Jednak po dojściu i spojrzeniu na rozległą panoramę czerwonych dachów, wiem, że w ogóle nie trzeba żadnych słów, bym dał się przekonać. Jutro skoro świt się przeprowadzam.

Po krótkim odpoczynku i pogadance, ponownie schodzimy do miasta. Oni szukają po niezliczonych biurach podróży atrakcyjnej oferty wypadu na Machu Picchu (odpuszczam tę atrakcję – zostawiam ją na mój następny majowy pobyt w Cusco), a ja w tym czasie udaję się do informacji turystycznej, gdzie jak zwykle zaopatruję się w mapy, foldery, informacje itp. Dowiaduję się, że można wykupić za 70 soli (22 Euro) bilet na zwiedzanie czterech poinkaskich ruin w pobliżu Cusco – między innymi wspomniane już Sacsayhuaman. Można też otrzymać tu bilet, też za 70 soli, na zwiedzanie ruin Pisac, Chinchero, Ollantaytambo i Moray położonych w dolinie Inków, oddalonej o jakieś 50 km od Cusco. Istnieje również opcja wykupienia obydwu w jednym pakiecie za 130 soli. Wiem już skąd i jak jedzie turystyczny autobus, który za 20 soli obwozi po całym mieście, pokazując co ważniejsze obiekty. Z niego na pewno nie będę korzystał, bo i czasu mam dosyć, a i nogi zdrowe, a finanse pod kontrolą, więc wolę dojść wszędzie pieszo. Naładowany informacjami wracam do hostelu, zostawiając podjęcie decyzji co, jak i kiedy będę zwiedzał do następnego dnia, tym bardziej, że czekam na wiadomość od Asi i Joli, a układanie planu chcę skoordynować z ich przyjazdem. Ledwo o tym pomyślałem, a chwilę potem dostaję info – „Będziemy pojutrze rano”.

Nazajutrz pakuję majdan. Przeprowadzam się do hostelu Resbalosa, w którym są moi znajomi. Sylwia, Piotrek i Andrzej znaleźli to czego szukali i następnego dnia wyruszają na Machu Picchu. Ten dzień chcą poświęcić na wyjście poza miasto do pobliskich ruin. Z ochotą zabieram się z nimi. Jako że ten artykuł poświęcam w całości Cusco, przeto o ruinach za miastem napiszę parę słów w następnym artykule.

Po powrocie, już sam, jeszcze raz schodzę do centrum by odszukać i zwiedzić coś, co chodzi za mną już od rana. Muzeum Inków. Przefantastyczna sprawa. Mnóstwo historii, przepiękne zbiory, wspaniałe obrazy – po prostu cudeńko. Na tyle piękne, na tyle moje emocje zostają poruszone, że wbrew moim zasadom nie wydawania pieniędzy na pamiątki, tym razem wysupłuję kilkanaście soli i kupuję drewnianą maskę inkaskiego wojownika. Nie wiem jak długo chodzę podziwiając te wspaniałości, dość powiedzieć, że po wyjściu jest już zupełnie ciemno i czas wracać do domu.

Dziewczyny, zgodnie z obietnicą przybywają z samego rana, toteż gorące powitanie odbywa się w salce śniadaniowej przy bułkach z dżemem i kawie. Obie są trochę speszone i zakłopotane, ponieważ wczorajszy pobyt w Canionie Colca przy upalnym słońcu pozostawił na ich twarzach pamiątkę w postaci pooparzeniowych bąbli. Niezbyt widocznych, ale mogących, zwłaszcza śliczne dziewczyny, wpędzić w lekki dyskomfort. Oczywiście szybko zapewniam, że bąbelki są ledwo widoczne, a w moich oczach ich uroda nie została absolutnie uszczuplona i sprawa zostaje załatwiona. Przy okazji załatwia się i druga sprawa, bo po moich komplementach, Aśka pyta czy w ten sposób staram się ją poderwać? Potwierdzam i mamy jasność, a Asia zdaje się nie ma nic przeciwko temu.

Siadamy przy stole i radzimy nad planem wspólnego zwiedzania. Już wczoraj przyglądając się mapom, uformowały mi się w głowie niejako cztery kręgi, po których należy się poruszać by poznać Cusco i jego okolice. Pierwszy krąg to oczywiście samo miasto, drugi to przedmieścia z kilkoma godnymi uwagi pozycjami, trzeci krąg to dolina Inków z jej miasteczkami, no i końcowy, czwarty zamykający dolinę to oczywiście Machu Picchu. Ustalamy, że jeszcze dzisiaj zwiedzamy krąg pierwszy czyli miasto, jutro wyskakujemy na drugą orbitę, a dwa następne dni poświęcimy dolinie Inków. Zaraz po śniadaniu schodzimy do miasta i już nie wałęsamy się bezcelowo jak ja za pierwszym razem.

Próbujemy pozwiedzać parę kościołów, a jak wspomniałem wyżej, jest ich tu bez liku. Do paru wchodzimy, większość niestety opuszczamy, ponieważ przy wejściu żądana jest opłata. Zarówno ja, jak i Asia i Jola mamy coś przeciwko opłatom za wejście do kościoła i te bojkotujemy. Do katedry, do której również żądana jest wejściówka, udaje się nam wejść w niedzielę w czasie nabożeństwa. W czasie mszy wchodzi się bez opłaty. Po obiedzie w jednym z tutejszych barów, których tak jak i kościołów również jest mnóstwo, dochodzimy do olbrzymiego targowiska, na którym można kupić wszystko; od sznurówki po świńską głowę. Nas najbardziej interesują soki, owoce i cała południowoamerykańska egzotyka. Przy okazji dziewczyny kupują jakieś pamiątki dla znajomych. Potem jeszcze długo spacerujemy po wąskich uliczkach, przyglądając się gdzieniegdzie widocznym fundamentom pamiętającym okres świetności miasta z czasów panowania Pachacutka. Zupełnie przypadkowo, a może i nie przypadkowo Jola obejmuje dowodzenie naszą małą grupką, także my z Asią nie musimy się zastanawiać jak i dokąd pójść, ufnie podążając jej śladami, a tym samym mając więcej czasu dla siebie. Dzięki Jola!

Wieczorem, miła niespodzianka. Dodzwoniłem się do Mirka przebywającego akurat w Cusco, do którego numer telefonu dał mi Kuba w Limie. Umawiamy się, że wpadnie do nas do hostelu na piwo. Rzeczywiście wpada. Mirek to polski lingwista i dokumentalista od dziewięciu lat na stałe mieszkający w Peru. Jako, że jest również producentem filmów dokumentalnych, wydawcą książek, tłumaczem, exploratorem, organizatorem wypraw do Peru, a przy tym wszystkim badaczem i poszukiwaczem przygód, no to jasne jest, że siedzimy przy paru butelkach piwa, a opowiadaniom końca nie ma. To Mirek był głównym organizatorem i poszukiwaczem zaginionych trzy lata temu Celiny i Jarka, polskich kajakarzy, jak się okazało zamordowanych w czasie spływu po Ucayali. To on, jak nam opowiada, jest promotorem i popularyzatorem różnych badań i odkryć, jak choćby niedawno odkrytego na jednym ze zboczy cienia olbrzymiej pumy, atakującej inkaskiego wojownika. O tym odkryciu nakręcił właśnie film, który ma być prezentowany w Gdyni na zlocie podróżników, a nas zaprasza już na jutro do jego obejrzenia. Jedzie bowiem jutro do Calci i tam organizuje dla znajomych seans filmowy. Wprawdzie planujemy wypad do Calci, która leży na naszym trzecim kręgu na pojutrze… Ale od czego są plany… Od tego by je zmieniać! Zmieniamy i umawiamy się z Mirkiem na jutro w Calce. Jeżeli ktoś ma ochotę dowiedzieć się więcej o Mirku i jego działalności w Peru zapraszam na strony: www.peruexpedicion.com PERU EXPEDICION AGENCJA TRAMPINGOWA, www.pumaruna.org MITOLOGIA INKÓW, www.topdescubrimientosperu.com.pe, strona w przygotowaniu

Z wyprawy na Machu Picchu wracają Sylwia, Piotrek i Andrzej. Praktycznie za chwilę mają autobus w dalszą drogę do Puno; nie mamy czasu by pogadać jak tam było u góry. Żegnamy się w drzwiach, życząc sobie nawzajem ponownego spotkania. Jeżeli któreś z Was akurat tu czyta, to serdecznie pozdrawiam!!!

Trzy następne dni spędzamy z Asią i Jolą poza Cusco, o czym napiszę w następnych artykułach.

Po kilkudniowym, wspaniałym pobycie w Cusco i spenetrowaniu jego okolic, praktycznie nadszedł czas by jechać dalej. Przede mnę Puno i jezioro Titicaca. Dziewczyny zostają jeszcze jeden dzień, po czym wracają autobusem do Limy, a stamtąd samolotem do kraju. Smutno się rozstawać. Asia proponuje po raz kolejny bym zmienił plan i został dzień dłużej. Tym razem bez namysłu zmieniam plan. Mamy cały dzień dla siebie. Spacerujemy po raz dziesiąty po przepięknym Cusco. Po raz drugi odwiedzamy targowisko, tym razem nie na soczek czy mango, a na słodkie czekoladowe ciacho. Po raz któryś przechadzamy się wąskimi zacienionymi uliczkami, po raz któryś wspólnie obserwujemy zachód słońca nad czerwonymi dachami stolicy inkaskiego imperium. W końcu i ten dzień dobiega końca. Zegnaj Cusco, żegnaj Asia – nie, w sumie nie! Do Cusco przecież wracam w maju na swoje urodziny, a co z Asią? Uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę, że historia, która rozpoczęła się w Limie, rozwinęła w Pisco, a zakwitła w Cusco, będzie miała swój ciąg dalszy…

* cama – są to autobusy z tak rozkładanymi siedzeniami, że można się położyć i przespać

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł