Po dotarciu do Nasca pierwsze co, to siadam przy ulicznym straganie i zamawiam śniadanie. Często w ten sposób zaczynam dzień, ale nigdy jeszcze o tym nie wspomniałem…
Otóż w każdym mieście Peru, rano, dosłownie wszędzie można spotkać obwoźne stragany z bułkami, sałatkami, serami, a przede wszystkim mnóstwem warzyw i co najważniejsze, owocowymi sokami. Dwie bułki z serem, pomidorem i sokiem z pomarańczy to koszt rzędu 3 soli, czyli niecałe euro. Siadam, jem i układam w głowie plan.

Naturalnie pierwsze co chcę zobaczyć to sławne na cały świat linie z Nasca. Można za jedyne (sic!) 80 dolarów pokusić się o przelot nad nimi samolotem, by podziwiać je z lotu ptaka. Taka przyjemność trwa oko 20 minut. Trochę sknerzę. Myślę, że nie wydam 80 dolarów za coś, co dokładnie tak samo można zobaczyć na dziesiątkach filmów wrzuconych do internetu. Tym bardziej, że jak się dowiaduję, paręnaście kilometrów od miasta wybudowana jest wieża widokowa, z której, naturalnie nie wszystko i nie dokładnie, ale za darmo, też można coś zobaczyć. Bardziej zależy mi, żeby zobaczyć nie jak wielkie i ile tych linii jest (to wiem), tylko jak są wyryte. Chcę zobaczyć je z bliska. Wybieram wariant z wieżą.

Oprócz linii warto jeszcze podjechać paręnaście kilometrów poza miasto w drugą stronę, gdzie znaleźć można stary, prehistoryczny cmentarz Chauchilla, a jeszcze kawałek dalej kilka piramid Cahuachi wyznaczających w czasach świetności kultury Nasca centrum religijne. Przy planowaniu nie należy pominąć muzeum Marii Reich,niemieckiej badaczki, która całe życie poświęciła na badania kultury Nasca i na szukanie odpowiedzi kto, kiedy i dlaczego wybudował te gigantyczne linie. Nie ona jedna zresztą. Do dzisiaj trwa spór między naukowcami i badaczami, oraz przedstawicielami hipotez science fiction, czy linie te wybudowano jako olbrzymią sieć służącą do nawadniania pustynnych terenów, czy była to część jakiegoś religijnego rytuału, czy może jak twierdzi Eric von Daniken, linie te służyły jako lotnisko dla cywilizacji odwiedzających Ziemię z innych planet. Eric von Daniken jest honorowym obywatelem miasta Nasca. Miasta Nasca – no właśnie, na spacer po mieście też muszę znaleźć czas. Skupiony nad układaniem planu nie zauważam, jak podchodzi do mnie jegomość z plikiem map i reklamówek i proponuje swoje usługi jako taksówkarz. Zna teren i może mnie wszędzie zawieźć. Za kurs do wieży widokowej liczy sobie 40 soli, na cmentarz następne 70, a do piramid jeszcze raz 70. Razem 180 soli. Dużo. Widząc moją minę szybko spuszcza cenę do 150 soli, a za chwilę nawet do 120. Dla mnie to dalej dużo. Grzecznie dziękuję, biorę reklamówkę z zapewnieniem, że się zastanowię, ale najpierw muszę znaleźć nocleg. I tu od razu za 10 soli jest gotowy zawieźć mnie do hostelu. Również dziękuję, bo widzę jakiś hostel nieopodal dworca, a że nie będę tutaj dłużej niż jedną noc, to też nie szukam jakiś ekstrasów.

Żegnam się szybko, biorę plecak i idę do hostelu obok. Warunki takie sobie, ale mam jedynkę, jest ciepła woda i wifi. Więcej nie potrzebuję. Cena też jest bardziej niż zadowalająca. Zostaję. Zrzucam plecak, biorę prysznic i po paru minutach jestem gotowy, by poszukać jak w miarę tanio dostać się do wieży widokowej. Pytam na dworcu autobusowym. Odpowiedź uzyskuję szybciej niż się spodziewałem. Każdy wyjeżdżający z Nasca autobus przejeżdża obok wieży i za 2 sole można się zabrać. No to się zabieram. Z wieży przypatruję się liniom, które mam w odległości paru metrów od siebie, potem paręset metrów maszeruję na wzgórze zwane naturalną wieżą widokową, z którego podobno też coś widać. Nie widać! Na tym kończę moją przygodę ze znanymi na cały świat geoglifami z Nasca. Dodam, że warto poczytać trochę na ten temat, a i sporo filmów jest do obejrzenia w internecie.

Autobusem za następne 2 sole wracam, a na przystanku spotykam nagabywacza, który widząc, że wysiadam z autobusu, robi trochę głupią minę. Już wie, że ja wiem, że chciał mnie orżnąć. Z wyjazdu na cmentarz i pod piramidy rezygnuję. Przecież za dwa, może trzy tygodnie będę tędy wracał samochodem, to po co mam dzisiaj wydawać na dojazd, skoro i tak będę tu jechał? Z „odwiedzin” u dr Marii Reich jednak nie rezygnuję. I dobrze. W małym domku, gdzie kiedyś mieszkała i pracowała, urządzono estetyczne, z wieloma ciekawymi eksponatami, muzeum. Na pewno warto poświęcić mu nieco więcej niż tylko trochę czasu. Muzeum jest ostatnim punktem dzisiejszego dnia. Zmęczony wracam do hostelu, po drodze kupując bilet na jutrzejszy wieczorny autobus do Cusco. W hostelu, jako że mam wifi, dostaję wiadomość od Asi. Dziewczyny dojechały już do Arequipe i prawdopodobnie za cztery dni bedą w Cusco. Znaczy się, spotkamy się. To fajnie – myślę i zasypiam.

Cały następny dzień poświęcam na leniuchowanie i spacerowanie po mieście.Jest i jak zwykle super główny plac, są jak zwykle kolorowe wąskie uliczki, jest bazar i mnóstwo sklepów z pamiątkami, których nie kupuję, ale lubię oglądać. Spaceruje się świetnie, tym bardziej, że spotykam wspaniałych ludzi w postaci Sylwii, Piotra i Andrzeja z Pomorza, którzy też nocnym autobusem, ale innym niż ja, jadą do Cusco. Oni czekają na autobus, ja czekam na autobus, no więc czekamy razem, umilając sobie czekanie raz jedną, raz drugą knajpą. Przed wyjazdem kupujemy trochę liści coca, bo jakby nie było, będziemy się wznosić na ponad 3000 metrów. Już dawno się do tych wysokości przyzwyczaiłem, ale dla nich to pierwszy raz, więc mają uzasadnione obawy. Sylwia, Piotrek i Jędrek wyjeżdżają pół godziny przede mną. Umawiamy się na spotkanie nazajutrz w Cusco.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł