Wydawałoby się, że jadąc w kierunku oceanu powinniśmy zjeżdżać do wysokości 0 m. Nic z tych rzeczy. Najpierw wjeżdżamy znowu na ponad 3.000 m (pryszcz). Na takiej wysokości, wśród początkowo fajnych, a z upływem czasu coraz bardziej szarych i monotonnychn krajobrazów jedziemy przez około 100 km do Calamy, znanej z największej na świecie kopalni miedzi. Przejeżdżamy obok. Faktycznie gigant. Nasza kopalnia odkrywkowa koło Aachen, która wydawała mi się kiedyś olbrzymia, teraz wydaje mi się sporą piaskownicą w porównaniu z tym kolosem. Jasna sprawa, że jadąc obok kopalnii miedzi automatycznie przypominają się stare dewagacje na temat mieć miedź czy nie mieć problemu z miedzią. Felix ucina moje rozważania krótko i na pytanie „mieć czy nie mieć?” zdecydowanie odpowiada, że najlepiej to Niemiec i sprawa staje się jasna 🙂 No cóż?! Jadę dalej. Tuż przed Tocopilolą na skrzyżowaniu z Panamericaną, ktorą nie chcemy jechać bo jest brzydka, brzydka i brzydka, dogania i zatrzymuje nas motocyklista. Stajemy. Luis z Mendozy – twierdzi, że widział parę miesięcy temu mój samochód w Mendozie i był niesamowicie zdziwiony jak zobaczył go po raz drugi. Luis jedzie motorem na Alaskę, a do tej pory był w Europie i w Australii. Wymieniamy się naklejkami. Ja daję mu moją “into the world”, a on przykleja na mojej przyczepce swoją “rueda libre” i ruszamy dalej z mocnym postanowieniem spotkania się gdzieś między Alaską a Meksykiem. Luis skręca w prawo na Panamericanę, a my prosto w kierunku oceanu mając nadzieję, że droga wzdłuż wybrzeża będzie sporo atrakcyjniejsza. Do oceanu dojeżdżamy krótko przed zachodem słońca, a więc trzeba zacząć rozglądać się za miejscem na nocny postój. Zatoczka na skalnym urwisku zdaje się doskonale odpowiadać naszym wymogom. Felix uparł się by nie spać w samochodzie a w spiworze pod gołym niebem. No cóż – jeśli taka jego wola, nie będę odbierał mu tej przyjemności. Rano śniadanie na skałkach i ruszamy dalej. Przed nami Iquique, w której kończy się nadmorska droga i chcąc nie chcąc wdrapujemy się na biegnącą na 2000 m Panamericanę, którą dojeżdżamy do Arici. W Arice na plaży następny nocleg, następne śniadanie na chodniku przy takiej sobie pogodzie, ponieważ Arica nie wita nas złocistymi promieniami wynużającymi się spoza linii horyzontu o wschodzie słońca. Jest chmurno i stosunkowo zimno – jak na tropiki – no ale jakby nie było, jest środek zimy. Ich zimy. Oni tutaj nie mają naszej zimy, a my z kolei tam nie mamy ich lata. Ich zima to nasza jesień – ta złota – ok. 20 do 25 stopni ciepła, czasami nieco silniejszy wiatr od oceanu, ich wiosna to nasze lato – do ponad 30 stopni ciepła, ale sucho, ich lato no to jako się rzekło my tego nie znamy, a ich jesień to znowu takie nasze lato, z tym że gorąco, ale częściej burzowo. A więc w środku zimy znajduję nad oceanem spokojnym pole namiotowe, na którym mam nadzieje doczekać do wiosny. Felix pozostaje jeszcze dzień ze mną. Wieczorem robimy grila, którego zakańczamy 2,5 litrowa butelką czerwonego wina. Fajny kompan do podróży ten Felix. Fajnie nam się gadało i fajnie milczało. Myślę, że i jemu te dwa dni wspólnej podróży się podobały, bo na koniec zostałem poczęstowany samorobną śliwowicą trzymaną w piersiówce podobno tylko dla fajnych ludzi spotkanych po drodze. No to zaszczyt dla mnie. Dzięki Felix i trzymaj się w tych górach zdrowo, może się jeszcze kiedyś spotkamy.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł