Dla tych, którzy kochają samotność, droga z Purmamarci do San Pedro de Atacama w Chile przez Susques i pas de Jama, jest po prostu wymarzonym miejscem. Przez ponad 500 km jestem zupełnie sam na sam z niewyobrażalnie cudowną naturą wysokich Andów. Od razu za Purmamarcą droga zaczyna wić a raczej wkręcać się w góry. Przez boczne szyby wygląda niczym niekończąca się serpentyna, która na odcinku 120 km wznosi się do poziomu 4.300 metrów, by opaść do 3.700 metrów w Susques. Przed Susques mijam chyba najwspanialsze po drodze solnisko – dalej będzie ich jeszcze pare – Salinas Grande. Krótki postój, by wykorzystać okazję i dla wyprostowania kości pospacerować po solnej pustyni. Nielada gratka.
Z tąd mam jeszcze około 170 km do granicy Paso de Jamo, leżącej na wysokości 4.400 m.n.p.m. Droga przez cały czas zmienia swoje oblicze. To wbija się w skaliste porośnięte kaktusami ściany, to znów wychodzi na szeroko otware przestrzenie. W górę, w dół, zakręt za zakrętem, a to znów parenaście kilometrów prostej niczym naprężony sznurek drogi. Granica coraz bliżej, a mnie żal żegnać się z Argentyną, w której spędziłem bez mała 9 miesięcy. Argentyną, która na zawsze kojarzyć będzie mi się z rozrywkowym Buenos Aires i przemiłą Ireną oraz wspaniałą Adrianą, z plażami Mar de Plata z unikatową fauną i florą półwyspu Waldes, z tysiącami pingwinów w Tombo, z nieustającymi wiatrami Patagoni, z portem w Ushuaji na ziemi ognistej, gdzie fale obydwu oceanów uderzają o brzeg, z dworcem kolejowym na końcu świata, z lodowcem Perito Moreno, górą Fitz Roy, szutrową drogą RN40, z niezapomnianymi chwilami w El Bolson, z fiestą w Mendozie, z pampą wokół Cordoby, z cudem świata w postaci wodospadów Iguazu, z indianami w Salcie, z kolorowymi Andami i z kręconą drogą, którą właśnie jadę nucąc w orginale „no llora por mi Argentina”. 9 miesięcy i 16.500 kilometrów, które zamykam na prawie 5.000 m.n.p.m.
W związku z tymi cyframi nasuwa mi się taka anegdotka. Zasłyszałem kiedyś, chyba od Marii Czubaszek, że każdy wypalony papieros skraca życie o dwie minuty. Nie wiem, skąd to wiedziała, ale ufam, że źródło jej wiadomości jest pewne. Jako że jestem na ponad 4000 metrów, gdzie zawartość powietrza w powietrzu jest znacznie mniejsza niż na nizinach, co z kolei może wiązać się z trudnościami w oddychaniu, postanowiłem nie maltretować moich płuc dodatkowo tytoniowym dymem i dzisiaj cały dzień nie palę. Znaczy się nie wypaliłem około 15 papierosów, a więc wydłużyłem sobie życie o jakieś 30 minut. To jednak pikuś w porównaniu z tym, że jeżeli przyjmiemy, że każdy dzień pracy skraca życie o jakieś osiem godzin, a ja z tym nałogiem zerwałem 9 miesięcy temu, to z prostego rachunku wynika, że (9/7*5/24*8) wydłużyłem swe życie o dwa miesiące z hakiem. A więc dwa miesiące z hakiem i 30 minut będę mógł dłużej zwiedzać świat. Fajnie jest.
Póki co muszę jednak coś zrobić. Dojeżdżam do granicy a oni, ci w mundurach, zawsze chcą żeby coś robić. Wypisywanie kilku standartowych druków, standartowe pytanie skąd i dokąd jedziesz, standartowo pokazywanie pustej lodówki i zapełnionej przyczepki i w końcu standartowe bien viaje i Adios. Jestem w Chile.
Tu droga wznosi się jeszcze wyżej. 4825 m.n.p.m. Wysokość ja i samochód znosimy dzielnie. Ja – jako że trzymam w ustach liście coci (dostałem od amigos w Salcie), piję dużo wody i nie palę, a samochód ponieważ wlałem mu do zbiornika uzdatniacza TOP-diesel.
Jeszcze parę razy mijam mniejsze i większe solne pustynie z największą Salar de Aguas Calientes, jeszcze parę razy podziwiam szczyty wulkanów sięgających ponad 6.000 metrów, jeszcze parę razy zatrzymuję się na siku, bo zmniejszające się na tej wysokości ciśnienie na zewnątrz powoduje pewnie zwiększające się ciśnienie wewnątrz – prawa natury są podobno constans – (a może to poprostu nadmiar wypitej wody?) i zaczynam powoli zsuwać się do położonego na pustyni na wysokości 2.600 m najcieplejszego miejsca na naszej planecie San Pedro de Atacama.
Krótko przed miasteczkiem czuję i słyszę, że w coś uderzyłem. Zatrzymuję samochód. Wychodzę. Sprawdzam wszystko dookoła, nie widzę żadnych śladów uderzenia. Dziwne – myślę. Wyraźnie słyszałem odgłos jakbym w coś wjechał. Aha, hihi jasne. Dopiero teraz zrozumiałem, że przeciąłem zwrotnik Koziorożca i wjechałem w strefę klimatu tropikalnego. Huuura!

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł