Przez Ulladulla (o tej miejscowości wspominam tylko ze względu na jej fajną nazwę) i Cooma (o tej z kolei wspominam, bo to wschodnia brama do Śnieżnych Gór w paśmie Australijskich Alp) wjeżdżamy w tereny odkrywane 180 lat temu przez polskiego podróżnika i odkrywcę Pawła Edmunda Strzeleckiego. My, tzn. siostra i ja wpadamy tu ponad półtora wieku później w podobnej sprawie. Nie chcemy wprawdzie niczego odkrywać, no chyba, że przypadkiem, ale mamy za to wielką ochotę wejść na tę samą górę, na  którą  pan Strzelecki nie tylko wszedł, ale jeszcze ją odkrył i nazwał,  (każdemu odkrywcy przysługuje takie prawo) Górę Kościuszki, 12 marca 1840 roku. Pamiętam jak w siódmej czy ósmej klasie szkoły podstawowej pisałem z geografii wypracowanie o Edmundzie Strzeleckim i jego odkryciach. Napisałem wtedy kilka stron A5 (posługując się tylko dostępnymi w czytelni książkami – takie były czasy, że nie było internetu i żeby się czegoś dowiedzieć trzeba było się nieźle naharować, przerzucając setki stron papieru) i dostałem za to 5. Z tamtych czasów zostało i utrwaliło się w moim przekonaniu, że odkryta przez Strzeleckiego góra to najwyższa góra Australii. Wtedy myślałem i być może nawet pisałem (a przypominam, że dostałem piątkę więc mogłem być pewny, że to co pisałem pokrywa się z prawdą, bo w końcu ktoś to sprawdzał i oceniał), że chodzi o Australię jako kontynent, a nie tylko państwo, co stawiało naturalnie w moich oczach Górę Kościuszki zdecydowanie wyżej aniżeli faktycznie jest. Dzisiaj już naturalnie wiem, że w rankingu najwyższych gór Australii i Oceanii plasuje się ona dopiero na 11 miejscu, no ale cóż – po raz kolejny sprawdza się zasada, że wiedza jest taka, jak okoliczności jej zdobywania, a moje oparte w przeważającej mierze na przygodach Tomka Wilmowskiego (Alfred Szklarski niewiele wiedział o Australii – kontynencie) widać nie były najlepsze. Australia i Oceania to jednak nie to samo co Australia, mimo iż często tylko jej mianem określa się cały kontynent, składający się bądź co bądź z aż 14 państw, z których naturalnie Australia jest tym największym, a Nauru najmniejszym. Wracając do gór – by zakończyć krótką powtórkę z geografii, to najwyższym szczytem australijskiego kontynentu, a zarazem najwyższym na świecie szczytem na wyspie jest wznoszący się w Śnieżnych Górach Nowej Gwinei najwyższy szczyt Indonezji Puncak Jaya 4.884 m.n.p.m. Gdzie tam więc do niego naszemu Tadziowi, z jego zaledwie 2.228 m.

Naturalnie nie chcę, stojąc pod Mount Kosciuszko absolutnie mu umniejszać, bo jako, że zaraz będziemy się z siostrą na niego wdrapywać, odebrałbym powagi całemu naszemu przedsięwzięciu, a to jednak było nie było najwyższa góra ogromnego państwa. Wdrapywać na pewno się będziemy, ale jednak nie tak od razu. Dopiero co przyjechaliśmy do Thredbo, miasteczka w Parku Narodowym Kosciuszko, pełniącego zimą rolę centrum sportów śnieżnych, a latem najlepszej bazy wypadowej do wędrówek po okolicznych górach, z górą Kosciuszki na czele. Najpierw czyli teraz musimy się trochę zorientować w terenie i zwyczajach tu panujących, a że jest już późny wieczór, czyli spory zmrok, nie jest to łatwe. Parking, na którym przyjdzie nam spędzić noc jest nawet niezły, ale czy płatny? Tego nie wiemy. Jesteśmy na terenie Parku Narodowego, a w takich raczej nic nie jest free. Nie wiemy też gdzie rozpoczyna się ścieżka na szczyt i czy można tak ot sobie na niego wyjść czy też może trzeba coś płacić? A jak tak to gdzie i ile?  Krótki spacer po okolicy nie rozwiązuje naszych dylematów. Wszystko zamknięte i wydawać by się mogło, że w jednym z najatrakcyjniejszych miejsc Australii jesteśmy zupełnie sami. Jedynie duża mapa z zaznaczonymi szlakami turystycznymi wskazuje, że stąd zaczyna się podbój najwyższej góry największego państwa, najmniejszego kontynentu. To nas trochę uspakaja.

Po chłodnej nocy, do której nie jesteśmy przygotowani, bo przecież jesteśmy w porze późnego australijskiego lata więc bardziej obawiając się upałów niż zimna nie mamy zbyt wiele ciepłych ubrań, wyskakujemy czym prędzej z auta, wkładamy co tylko mamy na siebie i ruszamy do oddalonej o 400 m kolejki linowej Express Chairlift. Przedtem wsadzamy na wszelki wypadek za szybę kartkę z informacją, że wrócimy wieczorem i gdyby ktoś chciał nam odebrać auto za np. nie zapłacony parking lub wstęp do parku to uregulujemy wszystkie zobowiązania po powrocie. Innego pomysłu nie mamy.

Do wyciągu linowego na Kościuszkę, oczywiście nie idziemy po to by z niego skorzystać tylko w nadziei, że już jest czynny i kogoś tam spotkamy, kto by udzielił nam ździebko informacji. Otwierają za pół godziny. Nie czekamy. Siostra obładowana internetowymi mapami i wiadomościami sprawia wrażenie dokładnie przygotowanej, a że oboje znamy się z górami na tyle długo, że możemy sobie pozwolić na to by bez gry wstępnej, przejść od razu do rzeczy, przeto bez dalszych postojów o godzinie 8:10 zaczynamy atak na najwyższą górę Australii Mount Kosciuszko.  Kościuszko – wymawiany przez miejscowych jakoś tak – Kozjusko. Inaczej nie potrafią i do niedawna nawet w sposób fonetyczny zapisywali nazwę swojej najwyższej góry. Wprawdzie w roku 1997 Komisja Nazw Geograficznych Nowej Południowej Walii przywrócilła oryginalną nazwę i pisownię jednak ze względu na polskie ś w nazwisku naszego bohatera, którego nie ma w angielskich klawiaturach trzeba było pójść na kompromis. Ostatecznie w pisowni Kościuszko pozostał Kosciuszkiem, a w wymowie, na co komisja już większego wpływu nie ma, dalej Kozjuskiem.

Pierwsze półtora kilometra to wąska, czasem kręta i często stroma ścieżka, wijąca się pod linową kolejką. Mimo kilku krótkich postojów czy to dla wyrównania oddechu czy dla przyjrzenia się pięknym, oświetlonym wschodzącym tak samo jak my w górę słońcem, widokom pokonujemy w niecałe dwie godziny. Od stacji kolejki dalsza wędrówka diametralnie się zmienia i to bardzo na niekorzyść. Po pierwsze ścieżka przestaje być miłą, wijącą się między kolorowymi drzewami dróżką, a zaczyna być monotonnym, szerokim, metalowym chodnikiem. Wiem, wiem, że metalową kratę na palach ułożono po to by chronić przed butami tysięcy turystów (dotąd większość wjeżdża kolejką) żyjącą tu roślinność. Wiem też, że ukształtowania terenu nikt nie wymyślał i to, że odtąd jest płasko i kamienisto to niczyja wina. Nie znaczy to jednak, że nie mogę sobie ponarzekać i pomarudzić. Następne 7 km na pokonanie, których potrzeba znowu około 2 godzin, absolutnie mi się nie podobają. Nie lubię po górach chodzić chodnikiem. Po drugie odkąd skończył się las i wyszliśmy na ponad 1800 metrów zrobiło się niewiarygodnie zimno i wietrznie. My, jak już wspomniałem nie bardzo przygotowani na takie atmosferyczne wygłupy, odczuwamy tę nagłą zmianę temperatury bardzo dotkliwie. Siostra przyspiesza kroku, mając nadzieję, że ją to rozgrzeje, ja robiąc po drodze mnóstwo zdjęć, nie nadążam za nią i na jakiś czas tracimy się z oczu. Szczęściem po około godzinie tzn. gdzieś w połowie drogi wiatr ucicha, a co za tym idzie temperatura, przynajmniej ta odczuwalna, szybko rośnie. Mam wrażenie, że coraz bardziej odkryte niebo i coraz wyżej wiszące na nim słońce też robią swoje i temperatura, ta faktyczna pokazywana na słupku rtęci też jest parę kresek wyżej. W każdym razie na samym szczycie jest już na tyle przyjemnie, że można zrzucić kurtkę, trochę posiedzieć, rzucić okiem tu i tam i podelektować się pysznymi widokami. Naturalnie, bo jakżeby inaczej, trzeba też wygrzebać zza pazuchy aparat i pofotczyć zdobywców Pana Tadeusza, a jest ich tu niesamowicie wielu (właśnie dotarły jakieś szkolne wycieczki), pstryknąć w kierunku dolin i pejzaży, widzianych z najwyższego punktu nie tylko w okolicy, no i na koniec, na dowód zdobycia najwyższego szczytu Australii, uwiecznić pamiątkową tablicę. Niektórzy ze zdobywców otwierają na to konto butelki szampana. Minut kilkanaście spędzamy na szczycie i pora schodzić, bo u góry zaczyna brakować miejsca. Jakiś szkolny spęd czy co? Wycieczka za wycieczką, klasa za klasą. W drodze powrotnej widzę nawet całą klasę rozłożoną na kamieniach z zeszytami w ręku i nauczyciela z megafonem prowadzącego lekcję. Znaczy zajęcia w terenie. Bardzo mi się to podoba i gdyby nie to, że czasu niestety za wiele nie mamy pewnie spędziłbym jedną lekcję z nimi i nadrobił co straciłem w młodości. Wiedza jak już wspomniałem zależna jest nie tylko od okoliczności jej zdobywania, ale też od miejsca – a to tutaj jest bardzo sympatyczne 😉

Przy stacji kolejki linowej ponownie się z siostrą rozłączamy. Ona schodzi przetartym rano szlakiem prosto na parking do samochodu, ja skręcam w prawo i idę naokoło. Przy tablicy ze strzałką w prawo i nazwą szlaku „Thredbo Walk Riwer Track” 10 km coś mnie zastanawia. Wczoraj, albo przedwczoraj czytaliśmy w internecie na jakiś forach opisywaną przez dziewczynę z Polski drogę na Górę Kościuszki. Pamiętam, że szła ona najpierw wzdłuż rzeki, potem trudną kamienistą drogą pod górę przez biały las i zajęło jej to do tego miejsca prawie 4 godziny. Myśmy weszli w dwie. Znaczy się szliśmy inną drogą niż ta opisywana przez nią – myślę i niewiele się zastanawiając, bo nie lubię jak nie muszę chodzić dwa razy tymi samymi ścieżkami, skręcam zgodnie ze strzałką i już po kilku minutach jestem pewien, że to dobry wybór. Fantastyczne widoki, przepiękna dróżka i cała reszta zgodnie z opisem też wspaniała. Jest biały las, wyglądający trochę jak z bajki, są koniki polne w milionowym składzie odpowiedzialne pewnie za brak liści na drzewach, są ogromne głazy i porozrzucane wszędzie kamienie, spowalniające znacznie wędrówkę. Jest pięknie. Po niecałych 2 godzinach dochodzę do asfaltowej drogi prowadzącej do Thredbo i mina mi trochę rzednie. Czyżbym ostatnie 6 – 7 km musiał dreptać asfaltem uważając na samochody? O taką wędrówkę w PN Kosciuszko na pewno mi nie chodzi. Nie. Chwała Bogu tuż przed asfaltową drogą strzałka na słupku nakazująca skręt w lewo zdejmuje z moich barków, na których i tak już wisi niewielki plecak, ten lęk. Widzę, że dalszy spacer też będzie OK. Wijąca się przez las wzdłuż rzeki wąska kolorowa ścieżka prowadzi aż do samego parkingu. Pod koniec wędrówki, niejako na deser, dostaję to co najbardziej lubię. Wodospad. Może nie najpiękniejszy i największy, jaki do tej pory widziałem, ale na tyle ładny by na chwilę przy nim przystanąć i się pozachwycać. Takim akcentem kończy się moja wędrówka na szczyt najwyższej australijskiej góry. Siostra już trochę zaniepokojona moją długą nieobecnością właśnie podejmuje pierwsze kroki w celu uruchomienia jakiejś akcji poszukiwawczej, na szczęście niepotrzebnie. Znowu jesteśmy razem i razem jesteśmy zgodni, że następnej nocy w zimnym Thredbo spędzać nie będziemy. W trakcie mojej nieobecności siostra zapłaciła za parking, bo jak słusznie przypuszczaliśmy rano odpowiednie służby namierzyły nasz samochód i kartka za szybą niezmiernie się przydała. Teraz pozostaje zatem tylko szybki posiłek, uzupełniający całkiem wypróżnione całodzienną wędrówką żołądki i już opuszczamy górzyste, zimne tereny Narodowego Parku Kosciuszki. Z ogromną nadzieją na słońce i wysoką temperaturę kierujemy się w stronę morza.

Ciągnący się 150 km i zajmujący 6750 km2 powierzchni PN Kościuszko zwany też Królewskim Diamentem pośród wszystkich parków narodowych Nowej Południowej Walii opuszczamy tą samą bramą w Cooma, którą wczoraj do niego wjechaliśmy. Za Cooma skręcamy ostro na południe i naciskawszy  gaz do dechy co i tak nie bardzo przyspiesza naszego leciwego mobila, staramy się jeszcze dzisiaj przejechać jak najwięcej kilometrów by jutro możliwie wcześniej rozłożyć się na jakiejś południowej plaży w słonecznym ciepełku wygrzać zmarznięte, zmęczone kości.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł