Mimo, iż opuszczamy Park Kościuszki jeszcze przed zachodem słońca to i tak nie udaje się nam daleko od niego odjechać. Całodniowa wędrówka po górach i zapadające coraz szybciej ciemności powodują narastającą senność i zanim głowa opadnie mi na kierownicy wjeżdżamy na pierwszy lepszy, ale i tak całkiem niezły parking i w kilka minut zasypiamy. Nieważne, że nie dojeżdżamy do morza, na to mamy jutro dostatecznie dużo czasu. Ważne, że zjechaliśmy na tyle nisko z australijskich Alp, że możemy zasnąć bez dygotania zębami. Temperatura utrzymuje się na średnim australijskim poziomie, czyli gdzieś tam w okolicach dwudziestej kreski. Rankiem próbujemy na śniadanie spożyć całe żywnościowe zapasy. Jest to dosyć trudne wyzwanie. Siostra jako główny zaopatrzeniowiec, a jednocześnie nałogowy pochłaniacz warzyw i owoców ma jednego i drugiego tyle, że chyba nie damy rady, a wyrzucić szkoda. Skądś, już nie bardzo wiem skąd, dowiadujemy się, że przez granicę stanową nie wolno przewozić żywności – zwłaszcza warzyw i owoców. Kilkanaście kilometrów przed nami właśnie takowa jest – granica między Nową Południową Walią, którą opuszczamy i Viktorią, do której chcemy wjechać. Trudno darmo, zgodnie z zasadą – „jak ma się zmarnować lepiej zjeść i odchorować” zabieramy się do wielkiego żarcia. Chorować na pewno nie będziemy, bo od warzyw i owoców jeszcze nikt nie zachorował, ale jakieś inne sensacje??? Kto wie?

Na granicy, która nawet nie wiem którędy przebiega, oczywiście żadnej kontroli ani nawet punktu kontrolnego nie ma. Pewnie gdybyśmy się nie przygotowali i wszystkiego nie wyżarli to kontrola by była, prawo Murphyego działa zawsze i pod każdą szerokością geograficzną i trzeba by było wszystko wyrzucać. A tak teraz po prostu trzeba nam przed dłuższą labą na plaży, znaleźć jakiś sklep, najlepiej Aldi, bo w Australii to bardzo dobra i tania sieć, uzupełnić zapasy i tyle.

Do morza już niedaleko.

Tu wraz z jaskrawo świecącym słońcem, pięknym piaszczysto-palmowym brzegiem i pociętym śnieżnymi bałwanami fal błękitnym morzem wykluwa się nowy, nieprzewidziany problem. Dojeżdżamy do plaży o nazwie „Ninety Mile Beach” i ona faktycznie jest Ninety Mile – znaczy ma dziewięćdziesiąt mil (około 150 km) długości. Jak na takim odcinku wybrać to najfajniejsze miejsce?  – Pojęcia nie mam. Powoli, ubitym, ale nie najlepszym traktem, przesuwam się kilometr za kilometrem wzdłuż wydm, za którymi rozciąga się szeroka plaża. Nie możemy się zdecydować gdzie zostać i rozbić kilkudniowy obóz. Piękność okolicy, jako że pięknie jest naprawdę wszędzie, przestaje od pewnego czasu być priorytetem. Koncentrujemy się na bardziej użytecznych rzeczach: bliskość toalet, zacienione miejsce czy może jakimś cudem prysznic. Jest! – wołam pewnie z tą samą nutką zachwytu w głosie z jaką ongiś krzyknął marynarz na kolumbowskiej wyprawie, wypatrzywszy w oddali ziemię. Nasz trud poszukiwania najlepszego miejsca zostaje wynagrodzony w niewielkiej wiosce Seaspray. Parafrazując Kaczmarskiego – mamy tu wszystko czego może chcieć szczęśliwy człowiek z tym, że w odróżnieniu od syberyjskiego oficera w jego piosence nasze potrzeby są ciut inne. Miast: psa, dwóch, trzech kobiet i oficerskich epoletów mamy parking pod dużym rozłożystym drzewem, z drewnianymi stołami i ławami, kilka kroków od plaży, mamy toalety z prysznicem i kaport z gniazdkami elektrycznymi i jakby tego wszystkiego było mało, naprzeciw mamy mały wiejski sklepik z chłodnymi napojami. Mamy jeszcze nadzieje na piękny zachód słońca, ale to się okaże dopiero za parę godzin. Na razie trzeba nam rozłożyć obóz i przygotować jakąś strawę. Po warzywno-owocowym śniadaniu nie został już ślad. No to co – niby na dziko i za darmo, a jednak z wszelkimi cywilizacyjnymi wygodami. Żyć nie umierać – znaczy parkować, rozbijać i zostawać. Zostajemy dwa dni.

Mamy plan nicnierobienia. Tylko że nic w naszym mniemaniu to nie tylko wylegiwanie się na plaży, taplanie  w zawijających się przy brzegu falach, wpatrywanie w trudny do uchwycenia horyzont, oddzielający błękit nieba od lazuru morza, ale też trochę innego nic. Nic to też spacery po prawie pustej plaży o zachodzie i wschodzie słońca, poznawcze wędrówki przez wioskę, którą kilkadziesiąt tysięcy lat temu zamieszkiwali Aborygeni i którzy suchą nogą potrafili przechodzić stąd do Tasmanii (wtedy obydwa lądy były jeszcze połączone). Historia okolicy w fajny sposób za pomocą dużych bilbordów przekazywana jest każdemu kto tylko ma ochotę na chwilę przystanąć i poczytać. Mimo iż wszystko spisane jest naturalnie w języku angielskim, który wciąż jest dla mnie językiem obcym, tym razem moja ochota na poznanie historii Seaspray zostaje całkowicie zaspokojona – od czego się ma siostrę. Dla Lucyny język angielski nie jest tak obcy jak dla mnie więc czyta i tłumaczy.

Dwa dni lenistwa upływają w mgnieniu oka. Teoretycznie można by się pokusić o trzeci, bo staranne gospodarowanie czasem pozwoliłoby nam na ten luksus, ale… No właśnie ale. Ale gorąc, plaża i nuda szybciej każą nam szukać nowych rozrywek niż przedwczorajszy ziąb, góry i zmęczenie. No i weź tu człowieku dogódź człowiekowi. Chyba że …? Chyba, że znajdziemy góry nad morzem. Może leżący na południu (tylko trochę trzeba odbić z trasy do Melbourne) Park Narodowy Wilson Promontory z górami i plażami jest w stanie zaspokoić nasze zachcianki? Oboje jesteśmy zgodni, że trzeba to sprawdzić. Liczę szybko dni. Do powrotu do Sydney przez Melbourne zostaje akurat tyle, że zdążymy. OK. jutro po śniadaniu zostawiamy 90 mil plaży i 35 stopni słońca za nami i ruszamy w dół. Tylko czy aby za słońcem już wkrótce nie zatęsknimy ? Ledwo opuszczamy Seaspray, a ono jakby obrażone chowa się za chmury i tyle go widzimy.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł