Mówimy – Hiroszima, a w domyśle – bomba atomowa. Mówimy – bomba atomowa, a w domyśle – Hiroszima. Kto wie? Może właśnie takie słowa przychodziłyby Majakowskiemu do głowy, gdyby dojeżdżał jak ja do głównego dworca autobusowego w Hiroszimie i zastanawiał się, co go tu czeka? Promieniowanie? Gruzy? Pokrzywieni ludzie z chorobą popromienną? Czy może jeszcze coś gorszego? O ile w ogóle coś gorszego może być? Splot czarnych, złowrogich obrazów tak zdominował moje myśli, że wychodząc z dworca na jedną z głównych ulic Hiroszimy nie dowierzam własnym oczom. A że mam je dwa, to nie dowierzam dwa razy. Po pierwsze nie widzę, żadnych śladów sierpnia 1945. Nie ma wystających z ziemi kikutów roztarganych bombą wieżowców, nie ma żebrzących, okaleczonych ludzi, nie ma nic, czego jeszcze przed chwilą tak się bałem. No tak – minęły już przecież prawie 74 lata, a czas po raz kolejny udowadnia, że potrafi znakomicie leczyć rany i zasklepiać blizny. Po drugie, z tego co wiem, Hiroszima to ponad milionowe miasto, a to co widzę wcale takiego nie przypomina. Jak okiem sięgnąć żadnych drapaczy chmur, na ulicy prawie żadnego ruchu, ludzi też niewielu i nawet nie ma metra. Dziwne, ale przecież prawdziwe. Przecież stoję w centrum Hiroszimy i rozglądam się dookoła, chociaż z być może trochę zdezorientowaną miną. Znaczy pewnie nie trochę, skoro starsi państwo na przystanku nieśmiało podchodzą i proponują pomoc. Okazuje się, że jadą w tym samym kierunku co ja więc posłusznie za ich radą wchodzę z nimi do autobusu i równie posłusznie opuszczam go parę przystanków dalej, gdy tylko widzę ich ruch głową, że to tu. Machamy sobie jeszcze na pożegnanie przez szybę odjeżdżającego autobusu i dalej znowu muszę sobie radzić sam, aczkolwiek z bardzo cennym doświadczeniem, że i w Japonii jestem wśród życzliwych pomocnych ludzi więc na pewno jakoś to będzie. Na szczęście do hostelu nie mam już daleko i może niezupełnie bez problemu, ale w końcu znajduję go w labiryncie wąskich uliczek. Ten moment najbardziej lubię. Plecak na podłogę, ja na łóżko i od razu myśli są lżejsze. Teraz dopiero mogę je pozbierać i zastanowić się, co dalej. No cóż, skoro Japonia w dalszym ciągu nie przestaje zaskakiwać, dalej jestem pod wrażeniem tutejszego spokoju, wolnego tempa, które w Fukuoce przypisałem wolnemu dniu, czyli niedzieli, a tutaj już nie potrafią sobie go inaczej wytłumaczyć niż kulturą i stylem życia Japończyków, dalej nie wiem co i gdzie w Hiroszimie warto zwiedzić, no i przede wszystkim, jak miasto otrząsnęło się po sierpniowej traumie. Trzeba się bardziej przygotować i trochę poszperać w Internecie.

Skoro już wiem, że Hiroszima (z ang. Hiroshima, ale ja pozostanę przy polskiej pisowni) położona na wyspie Honsiu nad zatoką Hiroshima w dorzeczu rzeki Ota-gawa wraz z sąsiednim Kure, tworzą zespół miejski zamieszkały faktycznie przez ponad 1,5 mln ludzi. Skoro dochodzi do mnie rozmiar tragedii wyrażony w liczbach: w dniu ataku 6 sierpnia 1945 roku  Hiroszimę zamieszkiwało 275.000 ludzi, a w wyniku eksplozji zginęło natychmiast 78.100, odniosło rany 37.424, a za zaginionych uznano 13.983 mieszkańców. Skoro dowiaduję się, że po wojnie miasto odbudowuje się w stylu zachodnim, a z inicjatywy burmistrza Shinzo Hamai zostaje w 1949 roku ogłoszone przez japoński parlament Miastem Pokoju (dzięki czemu funkcjonuje do dzisiaj na arenie międzynarodowej jako pożądane miejsce międzynarodowych konferencji poświęconych pokojowi na świecie). Skoro już rozumiem, że brak metra w milionowej aglomeracji to zbyt wysokie koszty budowy wynikające z położenia miasta w delcie rzeki i w czasie gdy inne wielkie japońskie miasta rezygnowały z sieci tramwajowych, Hiroszima postanowiła je zachować jako alternatywę metra i nawet skupowała od innych miast stare wyeksploatowane wagony. Do dzisiaj po szynach miasta zwanych czasem „ruchomym muzeum” obok nowoczesnych składów, kursują bardzo stare tramwaje, a dwa z nich 651 i 652 pamiętają jeszcze czasy wojny. Skoro to wszystko już wiem, to nie pozostaje mi już nic innego jak teorię skonfrontować z rzeczywistością i ruszyć przyjrzeć się miastu. Oczywiście tramwajem 651. Zostaje mi jeszcze tylko jedna rzecz – znaleźć kantor i wymienić pieniądze, bo tym razem w hostelu żądają zapłaty brzęczącą monetą, a nie plastikową kartą, ale to myślę da się jakoś zintegrować z marszrutą zwiedzania. Nie tylko, że się da, ale nawet dokładnie się pokrywa, bo szukając kantoru, nie zważając póki, co na wytyczone do zwiedzania miejsca, nagle ni stąd ni zowąd staję pośrodku zielonego parku zwanego Parkiem Pokoju, który przecież na mojej mapie zaznaczony jest numerem 1. Jak widać nie da się przejść przez Hiroszimę, nie wchodząc z jakiejś strony do centralnie położonego parku – głównego miejsca w mieście. Naturalnie, że w takim układzie kantor może poczekać, a ja zabieram się za dokładne zwiedzanie uliczek parku i ustawionych przy nich pomnikach, zdjęciach i innych eksponatach oraz ciekawego, ale makabrycznego muzeum, w którym oprócz filmu można zobaczyć animację wybuchu 4 tonowej uranowej bomby atomowej Little Boy. Nie ma chyba potrzeby opisywania emocji, jakie pewnie nie tylko mi towarzyszą po opuszczeniu murów muzeum, których nawet zielone, kwieciste alejki parku nie są w stanie zniwelować, ale przynajmniej trochę je koją.   

Z tyłu Muzeum Pokoju. Z przodu zupełnie przypadkowo przechodzący potomek dumnych Samurajów.
The Cenotaph – pomnik znajdujący się między Muzeum Pokoju a Kopułą Bomby atomowej, prezentuje schronienie dla dusz ofiar bomby, a postawiony został ku czci osób, których szczątki znajdują się w innych miejscach.

Płomień pokoju pali się nieprzerwanie od 1964 r. i ma płonąć tak długo aż ostatnia bomba atomowa nie zostanie rozbrojona i zlikwidowana.
Children’s Peace Monument – pomnik przypominający cierpienie dzieci w czasie wojny. Obrazki, malowane i przyklejane w tym miejscu przez dzisiejsze dzieciaki, cieszące się wolnością i pokojem, bardzo łapią za serce
Peace Bell – Dzwon Pokoju w kształcie dużego japońskiego dzwonu, wiszącego w każdej świątyni, pozwala każdemu przechodzącemu uderzyć weń w intencji pokoju na świecie.
Kopuła bomby atomowej, to najbardziej rzucające się w oczy miejsce w Parku Pokoju. Budynek czy też raczej to co po nim zostało po wybuchu bomby w efektowny sposób obrazuje, jak w ciągu kilku sekund wszystko wokół nas może przemienić się w ruinę.

Dużo czasu poświęcam Parkowi Pokoju, bo trudno przejść przez niego tylko ot tak. Wszędzie trzeba się zatrzymać, zadumać, czasami zrobić zdjęcie i dopiero spojrzenie na zegarek uświadamia mi, że czas płynie nieubłaganie szybko, a jeszcze muszę znaleźć kantor, bo bez gotówki nie mam po co wracać do hostelu. Poza tym przydałoby się rzucić okiem jeszcze na parę innych miejsc w centrum Hiroszimy, by zostawić w pamięci inny obraz miasta niż ten, jaki malował mi się przed przyjazdem. Kantor według mapy, którą otrzymałem w hostelu, jest parę przecznic przede mną na zachód. Jeszcze dalej w tym samym kierunku jest duża zielona plama z napisem park Hijiyama. Myślę, że to będzie słuszny kierunek, tym bardziej, że już z daleka widzę pokryte drzewami wzgórze (to chyba ten park), a jak jest wzgórze to wiadomo, że mnie tam ciągnie. Z góry zawsze lepiej widać. Tym razem nawet nie tylko fajnie widać panoramę miasta, ale na samym szczycie niewysokiego wzniesienia czeka mnie bardzo sympatyczna niespodzianka: muzeum sztuki współczesnej z eksponatami wystawionymi nie tylko w ogromnej też o niekonwencjonalnej architekturze hali, ale i na zewnątrz wzdłuż parkowych alejek.

Najpierw jest oczywiście ogromne „wow”, bo takiej niespodzianki się nie spodziewałem, a potem im dłużej przyglądam się wybranym ekspozycjom tym „wow”, jak zwykle w takich miejscach zmienia się w „hm”. Jakoś kurcze sztuka współczesna nie bardzo do mnie przemawia. Nie żeby jakoś bardzo mi się nie podobała – to nie. Nawet lubię się poprzyglądać i pozastanawiać nad sławetnym „co autor miał na myśli” lub co go inspirowało, ale jeszcze się nie zdarzyło by ten rodzaj artyzmu wzbudził we mnie emocje porównywalne do tych, jakie nie raz wywołuje sztuka klasyczna. A sztuka dla mnie to właśnie wzbudzanie emocji. To już jednak zupełnie inny temat, na który nie będę się tu rozpisywał, dodając tylko, że obiektów takie jak ten, w którym akurat jestem, wcale nie omijam szerokim łukiem, a chętnie do nich nie zaglądam. Być może w nadziei, że kiedyś jakiś obraz, rzeźba lub inny rodzaj kunsztu coś we mnie wzbudzi, a nawet jeżeli nie, to i tak spędzony tu czas z pewnością nie jest czasem straconym.

Wracam do miasta, znowu po schodach, znowu w słońcu i znowu stróżki potu zaczynają spływać mi po plecach. Zapas wody, jaki zabrałem na krótki, jak myślałem, spacer dawno się skończył i …i nic. W Japonii nie ma problemu. W żadnym kraju na świecie nie widziałem tylu automatów z napojami i nie tylko. Stoją w metrowych szeregach dosłownie wszędzie wystarczy wrzucić 140 jenów by pochwycić w dłonie zimną butelkę wody. Niechętnie to robię bo nienawidzę małych plastikowych butelek, zaśmiecających nasz glob (zawsze kupuję duże butelki min 1,5 litra lub więcej i uzupełniam mój bidon), ale czasem zdarza się, że i ja po taką sięgnę. Obok automatów z napojami są oczywiście takie ze słodyczami, kanapkami, zabawkami i o dziwo, z papierosami. Poza Niemcami jest to jedyny kraj, gdzie jeszcze widzę takie automaty. A swoją drogą mimo tylu automatów ze słodkimi napojami i fast foodami, nie spotkałem w Japonii jeszcze ani jednego człowieka z widoczną nadwagą. Ciekawe.

Z zupełnie innymi emocjami, ale jakże wspaniałymi, jestem konfrontowany dosłownie kilkaset metrów dalej w ogrodzie Shukkei-en. Poza sztuką, czynnikiem poruszającym moje wnętrze, jest niewątpliwie natura, a że Japończycy do perfekcji opanowali łączenie sztuki i natury w swoich malowniczych ogrodach, to jasne, że po wejściu do takowego od razu wszystko mi w środku drga. Niesamowita sprawa. Oczywiście zdarzyło mi się kilkakrotnie spacerować w Polsce czy w Niemczech po japońskich ogrodach, ale teraz po raz pierwszy jestem w takim najprawdziwszym z prawdziwych, bo nie dość, że japońskim to jeszcze w Japonii i nie potrafię się wprost nacieszyć. Nie wiem ile czasu spaceruję wte i z powrotem między kolorowymi kwiatami, dookoła kilku stawów, skalistymi ścieżkami i zacienionymi alejkami. Nie wiem, bo w tym momencie nic, a przede wszystkim czas, nie jest istotne. Jedyne, co wiem to to, że chociaż to moje pierwsze odwiedziny tak bajkowego miejsca, to na pewno nie ostatnie (w końcu cała Japonia jeszcze przede mną), a ogród Shukkei-en, jako ten pierwszy z pewnością zostanie zapamiętany najdłużej.

Dobrze się stało, że kupując biletu do Kioto (tym razem będę jechał nocnym autobusem więc ruszam wieczorem), nie kupiłem go jak pierwotnie zamierzałem na jutro tylko na pojutrze. Myślałem, że już wszystko w Hiroszimie zwiedziłem. Jutro do południa zajmę się porządkowaniem swoich spraw, typu lekka przepierka (w podróży prać trzeba często), nadgonienie bloga i takie tam inne sprawy, na które nigdy nie mam czasu i 0 20-tej z minutami mogę jechać dalej. Tymczasem nie. Okazuje się, że kolejny spacer po centrum Hiroszimy odkrywa następne perełki, które z pewnością warto zobaczyć, np.: Mitaki Temple,  Hiroshimagokoku Shrine czy Historical Ruins of Hiroshima Castle. Cudowny kilkukondygnacyjny, drewniany zamek, górujący nad zielonym parkiem i otaczającą go fosą, nie tylko robi wrażenie, ale jest też doskonałym obiektem dla każdego fotograficznego obiektywu. Nie mogę się oprzeć. Muszę obejść zamek dookoła, fotografując go niby modelkę na wybiegu nie tylko z każdej strony, ale i z różnymi dodatkami: a to z przelatującym ptakiem, a to z odbiciem w lustrze wody, to znowu z fontanną czy też na tle nowoczesnych wieżowców. Nie wszystkie zdjęcia jestem w stanie tu pokazać, ale wierzcie mi jest ich sporo i wszystkie fajne.

A to jeszcze nie wszystko. Zupełnie przy okazji będąc na zakupach odkrywam jeszcze jedno ciekawe miejsce na dachu handlowego centrum. Tu poza fantastycznymi ujęciami panoramy miasta mogę po raz kolejny wycelować obiektywem w uroczy drewniany zamek, łapiąc go z perspektywy 9 piętra i myślę, że to właśnie takie oblicze Hiroszimy od dzisiaj na zawsze pozostanie w mojej głowie, zajmując miejsce tej znanej ze zdjęć z 6 sierpnia 1945 roku.

Wejście do centrum handlowego Pacela.
Widok z tarasu Paceli w kierunku na historyczny zamek.
I jak wszędzie na świecie, tak i w Japonii, tam gdzie darmowe wifi (tu zone free wifi przed Pacelą) tam mnóstwo ludzi wpatrzonych w smartfony.

No i znowu los tak kręci moim życiem, że chociażbym nie wiem jak się starał coś zaplanować, to i tak nic z tego. Miałem dzisiejszy dzień poświęcić na pranie i inne sterczące tu i ówdzie zaległości, a tu guzik z pętelką. Jak w takich warunkach pisać chociażby na bieżąco blog? Nie da się. Ale do rzeczy. No więc miałem wg planu mieć dzisiaj wolne. Jednak po tym, jak wczoraj wieczorem do mojego pokoju wpadł Daniel, wszystko się zmieniło. Daniel to chłopak z Polski, z Warszawy, objeżdżający z plecakiem Japonię (ma Japan Rail Pass więc jeździ wszędzie i szybko), którego w okolicę Hiroszimy nie przyciągnęły wyuczone w szkole fakty z czasów II wojny światowej, a leżąca nieopodal wyspa Miyajima, z której właśnie wraca. Widać młodzież ( Daniel ma 24 lata) posiada dzisiaj już inne priorytety niż takie wapniaki jak ja. I dobrze. Tyle mi o tej wyspie opowiada, tak mi ją zachwala, że cóż – żegnaj wolny dniu. Czasu mam 12 godzin, tzn. akurat tyle, ile potrzebuję by dostać się na wyspę zwiedzić ją i wrócić. Plecak zostawiam w hostelu, biorę tylko to, co niezbędne na wędrówkę i już mnie nie ma.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł