Nadszedł dzień 22 stycznia. Jutro wyjeżdżam w moją drugą plecakową podróż. Tym razem na około 4-5 tygodni. Napotykam na pierwszy problem. Pakowanie plecaka i pytanie co mam ze sobą zabrać?
Niby ogólnie wiadomo – jak najmniej rzeczy zbędnych, jak najwięcej niezbędnych. Problem polega na tym, że będę przemieszczał się w trzech strefach klimatycznych i to, co jest niezbędne np. w klimacie pustynnym nad Pacyfikiem, jest zupełnie nieprzydatne w górach powyżej 3000 m., gdzie panuje akurat pora deszczowa – i na odwrót. Pamiętać przy tym należy, że wszystko trzeba będzie tachać na plecach. Fachową radą i pomocą służy mi mój gospodarz Mietek, który jako kilkuletni mieszkaniec Peru, nie raz przemierzał pustynię, góry i dżunglę i nabrał sporego doświadczenia. Dzięki Mietek! Po paru godzinach jakoś się z tym problemem uporaliśmy. Plecak waży 12 kg, więc nie jest źle.

Następnego dnia wieczorem wsiadam w autobus do Limy. Oczywiście droga jak zwykle, bo jest jedyna, wiedzie przez szczyt Ticlo na wysokości 5000 m n.p.m. Do Limy dojeżdżam nad samym ranem. Noclegowni tzn. hostelu poszukuję tym razem w ścisłym centrum, jako że ten pobyt w stolicy Peru chcę w większości poświęcić na zwiedzania muzeów, kościołów, wystaw itp., a te w głównej mierze znajdują się właśnie w centrum. Tuż obok głównego placu Armas w pobliżu kościoła św. Franciszka, znajduję dobry i tani hostel Espania. Zostawiam plecak, zabieram parę niezbędnych rzeczy typu woda i przewodnik i mimo lekkiego zmęczenia po całonocnej jeździe autobusem wychodzę do miasta w poszukiwaniu pierwszego muzeum.

Do muzeum archeologicznego, zaznaczonego w przewodniku jako najbardziej godnego odwiedzenia, maszeruję przez całe centrum prawie półtorej godziny – chodzę pieszo, bo nijak nie mogę nauczyć się systemu funkcjonowania publicznych autobusów. Pewnie już się nie nauczę. Po wejściu do środka szybko stwierdzam, że długi marsz się opłacił, a przewodnik nie kłamał. Jest świetnie, bogato i bardzo ciekawie. Na tyle ciekawie, że w murach muzeum spędzam ponad dwie godziny.

W drodze powrotnej zaglądam jeszcze do już znacznie mniej ciekawszych: muzeum historycznego, a potem jeszcze do muzeum inkwizycji. Niespodziewanie, ku mojej uciesze, przechodzę obok wystawy obrazów Salvadore Dali. Nie omieszkuję i tu zajrzeć do środka. Lima potrafi zaskoczyć i takimi perełkami. Jak na jeden dzień czuję, że wystarczy mi kultury i sycenia oczu zabytkami sprzed stuleci. Wracam na plac Armas przez miejski park, w którym mam nadzieję znaleźć i znajduję muzeum Arte. Myślałem, że będzie to wystawa sztuki współczesnej. Niestety nie. Jest coś w rodzaju naszego Wawelu. Same obrazy wodzów, generałów w heroicznych pozach, obrazy przedstawiające najważniejsze bitwy z czasów wojny o niepodległość itp. Dosyć szybko przechodzę salę za salą, a po wyjściu zostaję jeszcze jakiś czas w parku. Akurat przygotowują się tu szkoły tańca do zbliżającego się wielkimi krokami karnawału. Aż miło patrzeć – zwłaszcza po kilku godzinach przyglądania się starociom i zabytkom – na młode, śliczne, skąpo odziane peruwiańskie dziewczyny, wywijające pośladkami w rytm wybijanej na bębnach samby. Oj miło!

Z placu Armas, nie wiem dlaczego, nogi same kierują mnie na przeciwległy brzeg rzeki Rimac. Pewnie kusi mnie widoczny z daleka stary kościół, malownicze, ale bardzo zaniedbane kamieniczki, no i widok na wznoszącą się nad miastem górę San Cristobal. Przechodzę przez stary, zabytkowy XVII wieczny most i zaraz za nim orientuję się, że wlazłem w dzielnice chyba nie bardzo turystyczną. Obstawione uzbrojonym wojskiem każde skrzyżowanie wskazuje, że to niezbyt bezpieczne miejsce. Ale jako że jest jeszcze jasno i sporo ludzi, decyduję się, trochę z duszą na ramieniu i bacznie się rozglądając, na krótki spacer. Dopiero ostrzeżenie siedzącego na ulicy żebraka, że tam dalej to już raczej nie radzi, tam jest jak mówi „peligroso”, zmusza mnie do odwrotu. Daję mu parę soli, dziękuję za ostrzeżenie i zawracam. Wieczorem, rozmawiając z Kubą, moim przyjacielem mieszkającym w Limie, uzyskuję potwierdzenie słusznej decyzji. Tam się nie chodzi – mówi, a ja myślę, że to podobnie jak z naszą Pragą w Warszawie w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych. Tam też się nie chodziło.

W hostelu padam totalnie zmęczony na wyrko, zaznaczam na mapie miejsca, które chcę zobaczyć jutro, przy okazji czytam, że w każdą niedzielę pod pałacem prezydenckim (tuż obok) o 12 w południe odbywa się uroczysta zmiana warty. Dokładam i tę pozycję do jutrzejszego dnia zajęć i udaje się na spotkanie z Orfeuszem.

Następnego dnia, a jest to niedziela, nie spieszę się zbytnio z wychodzeniem z hostelu. Postanawiam poczekać do dwunastej na zmianę warty, a dopiero po niej kontynuować zwiedzanie. Mając trochę czasu no i wi-fi, co w hostelach jest już normą, siadam w holu, gdzie jest najlepszy sygnał i sprawdzam, co tam słychać w wirtualnym świecie. Facebook, parę rozmów na skype, poczta na e-mailu, wiadomości na onecie itd. Jako że siedzę na wielkiej, drewnianej ławie na przeciw drzwi wejściowych, chcąc nie chcąc widzę wszystkich wchodzących i wychodzących z hostelu. Ruch o tej porze nie jest duży. W pewnym momencie z piętra schodzą dwie dziewczyny, które – Bóg jeden wie dlaczego – pomyślałem, że są z Polski. Czy to uroda, czy może dosłyszałem, a nie zwróciłem uwagi, jakieś polskie słowo, nie wiem. Obie ładne, obie wesołe, jedna ciemna blondynka w spódnicy, druga brunetka w kapeluszu, obie z plecakami i entuzjazmem na twarzy, przechodzą obok mnie, wychodzą i znikają niby sen ulotny. Po raz drugi nie wiem dlaczego, ale wychodzę za nimi. Na ulicy nie ma już nikogo. Szkoda – myślę i wracam do swoich zajęć, tym bardziej, że zbliża się południe i powoli trzeba się zbierać do wyjścia. Jednak myśl, że jeszcze gdzieś spotkam owe nieznajome, nie daje mi już spokoju.

Na placu Armas wielkie poruszenie przygotowaniami do uroczystej zmiany warty. Wojska wszelkiej formacji w paradnych mundurach, wojskowa orkiestra, hufce honorowe oraz setki ludzi przybyłych tu na tę okazję, wszyscy czekają na komendę rozpoczęcia ceremonii. Czekam i ja, kątem oka rozglądając się za dziewczyną z kruczoczarnymi włosami w kapeluszu.

Po zakończeniu parady zostaję jeszcze jakiś czas na placu Armas. Zwiedzam niebywale bogato wystrojoną katedrę, która jednak nie wywołuje takiego wrażenia jak pobliski kościół św. Franciszka z niezwykłą XVIII w. biblioteką, ogromnymi freskami, bogatymi zbiorami muzealnymi no i przede wszystkim mrożącymi krew katakumbami. Na tym kończę zwiedzanie Limy.

Przed powrotem do hostelu jeszcze tylko krótki spacer, w czasie którego, szkoda że wcześniej tego nie zauważyłem, zadzieram głowę do góry i zachwycam się niebywałym pięknem fasad, balkonów, wystroju okien. Polecam wszystkim, którzy kiedykolwiek znajdą się na starym mieście w Limie. Chodźcie z głową do góry, a zobaczycie naprawdę piękne rzeczy. Uradowany nowym odkryciem wałęsam się jeszcze jakiś czas i do hostelu wracam już dobrze po zmroku. Ledwo zamykam za sobą drzwi, siadam na ławie by dać ulgę nogom, a tu za mną wchodzą owe dwie niewiasty, które tak mi się rano spodobały, których potem wypatrywałem na rynku i które nie wiedzieć dlaczego wydają mi się być Polkami. Przez krótki moment spotykam się wzrokiem z jedną z nich, z tą w kapeluszu z czarnymi włosami. Zaraz potem tak nagle jak się pojawiły tak nagle znikają na piętrze, a ja myślę sobie, że już się więcej nic o nich nie dowiem.

W pokoju przygotowuję się do jutrzejszego wyjazdu. Bardzo wcześnie rano chcę wyjechać 200 km na północ, do najstarszego miasta obu Ameryk – do Caral.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł