[Aśka] Przez granicę singapursko-malezyjską przejechaliśmy miejskim autobusem. Na granicy trzeba było wysiąść i się odprawić, a następnie, co już nie było takie proste, wsiąść z powrotem w swój autobus. Udało nam się za drugim razem 😉 Jeszcze jedna przesiadka i dojechaliśmy do Melaki. O tym miejscu słyszeliśmy od poznanego na Flores Jurka, z którym podróżowaliśmy przez kilka dni. Jurek był tam kilka tygodni wcześniej i polecał przystanek jeśli „się złoży”. Czemu by nie skorzystać z dobrej rady?

Melaka (po polsku Malakka) to najstarsze miasto i port w Malezji, założone jeszcze w XIV w. które ze względu na swoje strategiczne położenie – na szlaku handlowym Europa – Azja (cieśnina oddzielająca Malezję od Sumatry) było pożądanym przez wielu kawałkiem świata. Od wieków przechodziło z rąk do rąk. Byli tu Holendrzy, Portugalczycy, Anglicy i Japończycy. Do rąk Malajów powróciło dopiero w latach 50. XX wieku. Każdy „z gospodarzy” coś tu po sobie zostawił. Budowle, religię, kuchnię. To rzeczywiście widzi się i czuje spacerując po mieście. Głównym placem Melaki jest Plac Hiszpański, z katolickim kościołem, ratuszem (który przed blisko 400 laty był siedzibą gubernatora holenderskiego, a dziś mieści Muzeum Historii i Etnografii – zwiedziliśmy, nic ciekawego), wieżą z zegarem, niewielką fontanną i wreszcie napisem „I love Melaka”, pod którą wszyscy robią sobie zdjęcie. Większość budynków w centrum ma kolor czerwonej cegły i kolonialny styl. Centrum Malakki zostało wpisane w 2008r. na listę Unesco, co sprawia, ze co roku zjeżdżają tu tysiące turystów. Jest gwarno, tłoczno, ale tym razem to nie przytłacza, zresztą jak się okazuje następnego dnia wystarczy wychylić się o krok poza centrum by zaznać spokoju, odbyć romantyczny spacer wzdłuż rzeki, napić w spokoju piwa w klimatycznej knajpce z widokiem na kolorowe graffiti, jednym słowem wypocząć.

Wizytówką miasta są kiczowate i bardzo głośne rowerowe riksze. Różowe, puchate, ozdobione podobiznami bohaterów bajek wózki, nocą dodatkowo świecą, a gdy kierowca ma klienta i pedałuje gra też muzyka. Jarmark na kółkach 🙂 Witek zaprasza mnie na przejażdżkę takim wozem w dniu swoich urodzin. Rzeczywiście jest hucznie choć zabawa kończy się niespodziewanie szybko – zostajemy podwiezieni 200 m do ruin fortu, a po zejściu z górki (wspinamy się do starego portugalskiego kościoła) zostajemy odstawieni skąd nas zabrano i finito! Tego się nie spodziewaliśmy – „motorniczy” reklamując swoją „taksówkę” pokazywał dłuuuugą trasę, pełną atrakcji! Tymczasem jesteśmy gotowi w 20 min, włączając naszą wspinaczkę pod górę. Nic to, tym razem dajemy za wygraną, jest święto – trzeba się cieszyć ;). Obchody urodzin zaczęliśmy już z samego rana – uroczystym śniadaniem na tarasie naszego białego hoteliku o znajomo brzmiącej nazwie – Casa Blanca, dodając do tego tort i pyszną kawą w mieście. Odkrywamy też małą chińską restauracyjkę, gdzie stwierdzamy zgodnie, zjadamy jedną z najlepszych zup w życiu (kolejnego dnia wpadamy na zupę ponownie, jest tak samo dobra albo i lepsza ;)).

Jakoś tak nam wypada, że zostajemy w Melace jeszcze dzień więcej, chyba chcieliśmy po prostu wypocząć i się pobyczyć. dobrze, że tak się dzieje. Wybieramy się w miasto i droga prowadzi nas jakoś inaczej niż do tej pory, bo trafiamy w miejsca, o których nie mieliśmy pojęcia, a Malaka zyskuje całkiem nowy sznyt. Do listy odwiedzonych wcześniej miejsc m.in. najstarszego pałacu sułtańskiego, repliki XVI w. portugalskiego okrętu (cudu ówczesnej inżynierii, który spoczął na dnie nieopodal, wraz ze skradzionym skarbem sułtana), niezbyt ciekawej plaży (gdzie odbywamy zawiłą rozmowę o rasach, a Witek znajduje ciekawe miejsce do zamieszkania ;)), dorzucamy zwykłe uliczki miasta, gdzie toczy się codzienne życie, wygniata chińskie pierogi (żyje tu wielu Chińczyków, bo przed wiekami władca tej prowincji poślubił chińską księżniczkę) i moknie jak wszędzie na świecie kiedy pada. ­

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł