Po dokładnie trzydziestu dniach mój samochód, mój dom dotarł do Buenos Aires. Oczekiwanie bardzo się wydłużało, zwłaszcza że towarzyszyły temu przeróżne emocje.
Ale po koleji.
Według pierwotnej wersji statek z samochodem miał dotrzeć do portu Zarate (90 km od Buenos Aires) 27 października. Ja zaopatrzony w adres i telefon biura w Buenos Aires (z dopiskiem firmy wysyłkowej z Niemiec „w Buenos Aires musicie państwo radzić sobie sami”) spokojny, że mam wszystko, co potrzeba, poprzez tłumacza (znaną już panią Irenę) 25 października kontaktuję się z biurem i tu pierwsza niespodzianka. Statku nie będzie 27go. Kiedy będzie? A tego jeszcze nie wiemy – pada odpowiedź. „No cóż, Ameryka” pomyślałem sobie i czekam. Dzwonimy 28go października. Nic. 30 października. Nic. Dzwonimy w piątek, 1go listopada (w Argentynie nie ma w tym dniu święta). Jest wiadomość. Statek będzie w niedzielę lub poniedziałek. OK. Umawiamy się na wtorek o godzinie 9 rano w porcie w Zarate. Mamy się spotkać z niejakim panem Martinem. Si. Równocześnie dowiadujemy się, że mamy jak najszybciej stawić się w biurze w Buenos Aires i załatwić sprawy formalne. Dlaczego powiedzieli nam o tym dopiero teraz??? Nie wiem. Jedziemy szybko do centrum, Av.Mayo 702. Szukamy biura, szukamy kompetętnej osoby i o dziwo wszystko znajdujemy szybko i prosto. Myślę sobie „dobrze jest, nie taka ta Ameryka straszna”. Oddaję potrzebne papiery do kopiowania (prawo jazdy, paszport, dokumenty wywozu itd.) i otrzymuję rachunek: 890 Euro lub 8.400 Peso opłaty portowej. Nie mam takiej sumy przy sobie w gotówce. Nie brałem gotówki, będąc jeszcze w Europie ostrzeżonym przed rozbojami i kradzieżami w Buenos Aires. To błąd ! Nikt mi nie powiedział a ja nie dosyć starannie się dowiadywałem, że w Argentynie Dolary i Euro mają wartość oficjalną, bankową i czarnorynkową. Ha, znowu czasy PRL-u się przypominają. Wspominałem już o ulicy Florydy i konikach tam grasujących. No więc Euro w banku kosztuje 7 Peso, a na Florydzie w zależności od ilości między 11 a 12 Peso. Jest różnica ? Jest. Ja mam Euro, ale w sejfie w samochodzie. No i zaczynam kombinować. Jeżeli wyciągnę z banku (w Euro nie ma możliwości) 8.400 Peso, to z opłatami zapłacę około 1.200 Euro. Boli. Pytamy więc, czy możemy zapłacić przy odbiorze auta w Zarate. Tak, „claro” – ale zanim odbierzemy auto. Nie mogę oczywiście przyznać, że w aucie mam schowane pieniądze, bo nie były deklarowane na granicy, ale to już problem – myslę sobie – na później. Odebrałem papiery, pożegnałem się hiszpańskim „nos vemos” i szczęśliwy, że niedługo przestanę być bezdomny, pojechaliśmy na kolację do domu polskiego (Casa Polaca), gdzie Irena była z kimś umówiona. Spotykam mnóstwo Polaków ze starszej i młodszej emigracji, mówiących słabo lub wcale po Polsku. Między innymi jest Viktor. Viktor pracował w porcie w Zarate. Oczywiście – mówi – nie ma żadnych szans dostania się do samochodu bez uiszczenia najpierw opłaty portowej. W żadnym wypadku nie wolno nam się przyznać, że mam schowane pieniądze, bo będą duże problemy itd. itd. Hm – myslę – będzie źle. Jeżeli mi nie wydadzą samochodu, to będę musiał wracać do Buenos, iść do banku i stracić jeszcze więcej, bo za każdy następny dzień postoju auta w porcie będą następne opłaty, a z banku raz na dzień mogę pobrać tylko 1.000 Peso, a więc dzięwieć dni lub więcej straty. Szlag by trafił ! Zaczynam się martwić.
Do tego wszystkiego dochodzą myśli przywiezione jeszcze z Niemiec, gdzie naczytałem i nasłuchałem się, jak to po drodze są auta okradane, uszkadzane itp. Nic dziwnego, że śnią mi się czarne scenariusze (po hiszpańsku „malohonda”) i oczekiwanie do wtorku dłuzy się jeszcze bardziej.

Wtorek.
O godzinie 7:15 wyjeżdżamy autobusem liniowym z Buenos Aires do Zarate. Na miejsce docieramy o 9:00 ale jeszcze trzeba dostać sie do portu. Jesteśmy spóźnieni. Zle się zaczyna – znowu czarne myśli. Szybko szukamy taksówki, jedziemy do portu (zdjęcie). Jest 9:30. Martina nie ma. O 10:00 przychodzi Martin. Witamy się z uśmiechem. Mówie „Buen dia, como estas?” (tu sobie wszyscy mówią na ty), On odpowiada „Muy bien, gracias, y tu?”. Ja na to „bien, gracias” i już myślę „Jest dobrze. Miły facet, jakoś się dogadamy”.
Przed bramą w porcie oczekuje już grupka ludzi – czterech Włochów, para Anglików, para Niemców i jeden Szwajcar. Oddajemy paszporty i dowody rejestracyjne i czekamy. Mija godzina, potem druga, a my czekamy. Po około trzech godzinach wraca Martin i mówi, że to może jeszcze trwać ze sześć godzin, ale jak damy po 200 Peso, to on to przyspieszy. Po minach widzę, że nikt zadowolony nie jest, ale wszyscy dają. Ja też. Martin bierze pieniądze i idzie. Wraca za kwadrans i z radosną miną oznajmia, że udało mu się wszystko pozałatwiać i przyspieszyć (?) – za trzy, może cztery godziny będą samochody. Nikt nie krzyknął hura. Nie ma rady, 200 Peso też nie. Taksówkami jedziemy do Zarate coś zjeść i przebębnić te trzy godziny. Umawiamy się na czwartą.
Jadę z Jeanem (Szwajcarem). Po drodze z hotelu zabieramy jego żonę Evelin i… czwórke dzieci i razem jedziemy na obiad (zdjęcie). Wspaniała rodzina. Postanowili najpierw rok, potem dwa, teraz już są pewni, że cztery lata podróżowac z dziećmi po świecie. Ameryka południowa, potem północna, Australia i Nowa Zelandia. Mają 10-metrowego kampera z całym wyposażeniem. Myślę, że uda nam się po drodze jeszcze gdzieś spotkać, tym bardziej że wymieniliśmy swoje adresy mailowe.
Bardzo fajna jest też para z Niemiec z okolic Frankfurtu. Starsze małżeństwo (oboje na oko po sześćdziesiątce). Nie zdążyliśmy długo porozmawiać ale dowiedziałem się, że już dwa lata są w drodze (co rok na miesiąc lecą do Niemiec). Przez te dwa lata objechali Afrykę i teraz mają zamiar następne dwa, trzy lata spędzić w obu Amerykach. Najpierw jadą do Valdens oglądać wieloryby, potem do Ushuaii na sylwestra i potem kierunek Alaska. Plan dokładnie taki jak mój, a więc i tu istnieje szansa ponownego spotkania.
Czwarta. Wszyscy z niemiecką punktualnością stawiają się pod bramą. Martina nie ma. Argentyńska punktualność to nie niemiecka. Mi to nie przeszkadza – ja mam czas, ale niepokój we mnie wzrasta i chciałbym mieć już to poza sobą. Przychodzi uśmiechnięty jak zwykle Martin, rozdaje wszystkim papiery i jak gdyby nigdy nic wchodzimy do portu. Idziemy jakiś kilometr i… jest parking, a na nim samochody. Mój też stoi. Cały. Podchodzę bliżej. Faktycznie cały. Kluczyk w stacyjce, nic nie zdemolowane, nie porysowane, w środku na pierwszy rzut oka niczego nie brakuje. Otwieram sejf. Pieniądze są. Odliczam 890 Euro, wychodzę, daję Martinowi. On wypisuje kwit i muchas gracias i adios. Wracam, rozglądam się dokładniej. A jednak. Brakuje panela od radia i plecaka z aparatami i objektywami fotograficznymi. Jednak mnie okradli. Szkoda – bo jechać przez świat bez radia i muzyki? Jakoś tak głupio. Może kupię w Buenos nowe? A może schowałem i nie pamiętam gdzie. Przyjadę do Buenos to poszukam dokładnie, tu nie ma czasu. Bijąc się z takimi myślami wyjeżdżamy z portu w Zarate. Cieszę się. Po ponad miesiącu znowu siedzę w swoim „mobilku”, jadę autostradą w kierunku Buenos Aires 🙂 i tylko szkoda, że mnie okradli. A może nie? Przyjeżdżamy na miejsce. Mam dwie quadry od domu Ireny załatwiony strzeżony parking (zdjęcie). Teraz jest czas. Szukam wszędzie. Pod ubraniami, między garnkami, pod poscielą, za lóżkiem. Nie ma. Myśl, że gdzieś to schowałem, żeby nikt nie mógł znaleźć, nie daje mi spokoju. Szukam jeszcze raz i… hahaha, jest. Nikt nie mógłby znaleźć, no to i ja się naszukałem. No to teraz mam wszystko i dodatkowo jeszcze jedną naukę: Ten świat naprawdę nie jest taki zły i nie malohonda tylko buenohonda 🙂
Ucieszony proponuję Irenie i Adrianie, która razem z siostrą Nancy przyszły nas przywitać, francuskie wino (potem znalazły się jeszcze dwa argentyńskie), parę butelek polskiego piwa „Tyskie”, które robi tu niezłą furorę i tak ni z tąd ni z owąd zrobiła się impreza pod tytulem oblewanie mi coche.
Teraz już tylko pozostaje mi przepakować rzeczy i droga „into the world” stoi otworem.

 

 

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł