Jak się bardzo długo z dala od domu mieszka, to się człek cieszy na widok uśmiechniętego własnego dziecka. Tak mi się rymło, znaczy pomyślało do rymu, gdy stojąc na lotnisku w Limie oczekuję na przylot samolotu z Jennifer na pokładzie. Każdy rodzic (a i pewnie większość nie-rodziców też) zdaje sobie sprawę, jakie to fajne uczucie widzieć uśmiechnięte i zadowolone swoje dzieci, ale jednocześnie wszyscy wiemy, jak bardzo musimy się starać by ten uśmiech wywołać i nie pozwolić mu szybko zniknąć. Stoję więc ci ja na tym lotnisku, czekam na moją starszą córkę (młodsza Nina niestety nie mogła przylecieć) i biję się z myślami, co i jak zorganizować, by jej dwutygodniowy pobyt w Peru był jak najbardziej udany i pełen uśmiechów. Myślę, układam, organizuję, a jednocześnie przecież wiem, że nie ma to sensu, bo punkt pierwszy dobrej korelacji z dziećmi mówi, że żeby dziecko było zadowolone, nie należy mu nic narzucać, tylko układać plany wspólnie. No dobra, to nie układam. Czekam. W końcu jest. Idzie z plecakiem zadowolona i uśmiechnięta. Bardzo się cieszę. Żeby zadowolenie i uśmiech nie prysnęły jak mydlana bańka, pędzimy szybko do hostelu, bo po prawie dobowej podróży konieczny jest prysznic i jakieś łóżko, by chociaż przez chwilę wyprostować nogi. Jesteśmy w hostelu Espania, niedaleko placu Armas, znanym już z poprzednich artykułów o Limie. Jennifer dochodzi po podróży do siebie, a ja znowu biję się z myślami dokąd, kiedy i jak jechać. Nie muszę walczyć z sobą zbyt długo, bo w tym momencie przychodzi Jenni, która czy to z powodu emocji, czy też z powodu przesunięcia czasowego, nie może spać. Możemy więc wspólnie pomyśleć co i jak chcemy robić. Oboje jesteśmy zgodni co do tego, że chcemy coś zobaczyć, coś przeżyć, ale i też trochę poleniuchować. Dzielimy czas, jakim dysponujemy, na pół, przy czym pierwsza połówka jest trochę większa od drugiej. Postanawiamy najpierw przejechać – niestety dosyć mocno okrojoną – klasyczną trasę południowego Peru, czyli: Lima, Pisco, Ica, Cusco, Machu Picchu i powrót do Limy. Dla zyskania czasu będziemy wracać z Cusco samolotem. Drugą, tę mniejszą połówkę, spędzimy w dolinie Chanchamayo, czyli w mojej bazie w La Merced u dzikiego Mietka.

Jako że wszystkie wymienione wyżej miejsca opisywałem w poprzednich artykułach, skoncentruję się teraz tylko na wydarzeniach dotyczących naszej podróży.
Zaczynamy od Limy. Jako że Jennifer nie przepada za muzeami, wystawami, kościołami itp., zostaje nam mnóstwo czasu by przyjrzeć się innej Limie, tej bardzie rozrywkowej. Plac Broni oczywiście przechodzimy, a potem są już tylko sklepy, kolorowe lamy, peruwiańska muzyka, wycieczka na widokową górę San Christobal i chyba coś najważniejszego, coś o czym do tej pory nie miałem pojęcia, mimo że jestem w Peru od sześciu miesięcy. W czasie spaceru wzdłuż Rimac (rzeka przepływająca przez Limę – może się przydać do krzyżówek) Jennifer odkrywa picarony. Picarony to mączne placuszki wypiekane na oleju i polewane miodem. Palce lizać. Dosłownie. Nie da się zjeść „picarones”, by nie upaprać sobie palców miodem, a potem ich oblizać. Pisałem o churasco, o enpanadach, o ceviche, ale wszystkie te narodowe niby przysmaki mogą się schować przy picaronach. Jemy picarony podwójne. Jennifer się uśmiecha, czyli jest dobrze. Ze smakiem miodu w ustach przemieszczamy się z historycznego centrum do turystycznego centrum – czyli do Miraflores. Przebrnąć przez Limę pomaga nam swoim samochodem Kuba, a w knajpie w Miraflores czeka na nas Mirek (nieoficjalny ambasador kultury polskiej w Peru). Tutaj, w towarzystwie trzech dżentelmenów i zachodzącego słońca, dochodzi do powitania Jennifer i Oceanu Spokojnego (jest nad Pacyfikiem po raz pierwszy w życiu). Wprawdzie nie jest to jeszcze spotkanie face to face, czyli noga-woda, tylko z daleka i przez barierki, ale jest uśmiech, a to najważniejsze. Zaczyna się ściemniać, a nas czeka jeszcze jedna niespodzianka. Od zmroku otwarty jest największy na świecie park fontann. Czegoż oni tu nie powymyślali. Fontanny duże, fontanny małe, fontanny w kształcie piramid, tuneli, serc, fontanny, do których można wejść i wyjść – przynajmniej tak się zdaje, bo mi się nie udało wyjść suchą nogą, no i wszystkie fontanny kolorowe, znakomicie oświetlone. Przepiękne zakończenie pierwszego dnia w Peru. Z uśmiechem. Dodam, że uśmiech był tym większy, gdy w parku zabłysnęły światła i rozpoczął się tzw. show. Ktoś wymyślił, by na wodną ścianę rzucić zdjęcia ukazujące piękno peruwiańskiego folkloru. Ot na ten przykład fruwające nad głowami indianskich tancerek kondory na tle Machu Piccchu. Zupełne bezguście, jak u nas na odpuście, ale śmiechu warte, więc się śmiejemy. Wracamy już o zupełnym zmroku przez pół Limy do hostelu. To też przygoda, z tym że uśmiech pojawia się dopiero, gdy przekraczamy próg Espani.

Od drugiego dnia przemierzamy dokładnie moją trasę sprzed trzech miesięcy. Fajnie się podróżuje, jak już się wie gdzie co jest, jak nie trzeba szukać odpowiednich autobusów, tanich hosteli, czy barów z tanią, ale dobrą żywnością. W południe jesteśmy już w Pisco, a chwilę potem w jednym z najlepszych hosteli, jakie dotąd napotkałem, w hostelu Tambo Colorado. Jennifer też bardzo się podoba, czego daje wyraz szerokim uśmiechem, pozując pod szyldem hostelu. Bardzo mnie to cieszy. Zostawiamy plecaki i dla rozprostowania kości po kilkugodzinnej drodze autokarem z Limy, spacerujemy nad Pacyfik. Tu już Jenni nie wytrzymuje, zdejmuje buty i dokonuje oficjalnego przywitania z największym oceanem świata. Są mokre nogi, jest uśmiech dziecka i zadowolona mina taty, znaczy się moja mina. W hostelu, jako że już wiem, że się da, rezerwujemy na jutro wycieczkę na wyspy Ballestas (niektórzy może pamiętają, że to tzw. „małe Galapagos”) i do Parku Paracas. Na wyspy Jennifer płynie sama, to znaczy z grupą, ale beze mnie. Już tam byłem, więc wybieram spacer po porcie i plaży. Jak się spodziewałem wraca ci to moje dziecię z uśmiechem od ucha do ucha, czemu nie ma się co dziwić, bo wyspy i znajdująca się na nich fauna naprawdę robią wrażenie. Przesiadka z łodzi do autokaru i już mkniemy przez pustynny Park Paracas. Tak jak poprzednim razem, autokar zatrzymuje się na tak zwanych punktach widokowych i tak jak poprzednim razem pstrykałem, tak i tym razem pstrykamy mnóstwo zdjęć. Frajda tym większa, że mimo iż nie powinienem, bo dzień moich urodzin jeszcze nie nadszedł, ale za zgodą ofiarodawcy, czyli mojego przyjaciela Krzyśka Dieringa vel Leona, otrzymałem super prezent. Nie wiem jak się to coś nazywa. To taki długi wysuwany teleskopowo drążek, do którego mocuje się aparat lub komórkę i można sobie samemu trzasnąś, pstryknąć, lub … zdjęcie i dlatego Polacy ochrzcili ten jakże przydatny w samotnej podróży przez świat przedmiot – samojebką. Fantastyczna sprawa. Będe często używał czyli se sam … zdjęcia. Dzięki stokrotne, Leoś! Jako że oboje jesteśmy kolorowo ubrani, a i pejzaże w tle cudownie kolorowe, to napstrykaliśmy się ostro. Pstryk pstryk i już mkniemy do miejsca, w którym trzy miesiące temu Jezus (mój przewodnik) poił mnie pisco. Tym razem Jezus też jest, ten sam co wtedy, ale mnie nie poznał. Wcale się nie dziwię. Przy tej ilości turystów, którą codziennie obsługuje, zapamiętać kogokolwiek jest niemożliwe. Dostajemy w knajpie przy plaży powitalne pisco – jedno, jeszcze go nie dopijamy, a Jenni już się rozbiera i już wskakuje w nurty jakże zimnego w tym miejscu Pacyfiku. Prąd Humboldta powoduje, że ocean jest tu bardzo zimny, a dowodem na to są zamieszkałe na skałach pingwiny. Czy to dziewczę takie zahartowane, czy rok el Nino sprawia, że prąd Humboldta jest nieco cieplejszy, czy też wielkie emocje spowodowane możliwością by po raz pierwszy w życiu zanurzyć sie w Oceanie Spokojnym powodują, że siedzi w nim i siedzi i nie bardzo chce jej się wychodzić. W końcu wychodzi i zgadnijcie z jaką miną? Jasne że z pełnym uśmiechem.

Wkrótce, bo po zaledwie kilkunastu godzinach, lądujemy w Ica, a zimne fale Pacyfiku zmieniają się w gorące piaski pustyni wokół oazy Huacachina. Jennifer pamiętając mój opis, postanawia sama sprawdzić, jak wygląda pustynia z miejsca, gdzie nie widać oazy. Nie odchodzi jednak zbyt daleko. To, co widzi z góry i tak pozwala jej na ponowny uśmiech, który na jakiś czas zniknął po długim marszu, urozmaiconym zwiedzeniem muzeum kultury Ica. Z centrum Ica (około 6 km) szliśmy do oazy pieszo, pamiętając że wieczorem wsiadamy w autobus, w którym spędzimy na tyłkach 18 godzin jadąc do Cusco.
Z nowym uśmiechem wracamy do miasta. Z uśmiechem tym szerszym, bo po drodze zaspakajamy pustynne pragnienie sokiem ze świeżych egzotycznych owoców podanym w … woreczku. W Cusco, do którego dojeżdżamy po całonocnej podróży drogą powyżej chmur nad kilkusetmetrowymi przepaściami, długo nie zabawiamy. Zmieniamy tylko środek lokomocji z autokaru na mikrobus i doliną Inków mkniemy do Ollantaytambo, z którego rozpoczniemy wędrówkę na Machu Picchu.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł