Irenę Żurak mojego dobrego ducha, mojego Anioła Stróża i przede wszystkim mojego przewodnika po Buenos Aires wprowadzającego mnie nieopierzonego Gringo w wielki nieznany świat, poznałem przez internet. To znaczy wybierając się w moją wielką podróż, wiedziałem, że rozpocznę ją od od Buenos Aires i jako, że nie znam hiszpańskiego i mam pełne spodnie strachu postanowiłem poszukać pomocy. Jak? Ano wpisałem w Google – „Polonia w Buenos Aires”, trochę pogrzebałem w wyświetlonych linkach i znalazłem panię Irenę, nauczycielkę języka polskiego dla Argentyńczyków. Napisałem list. Dostałem odpowiedź z numerem telefonu i tak zaczęła się nasza znajomość, a potem przyjaźń. Drugiego dnia pobytu w Buenos spotykamy się pod katedrą. Irena pokazuje mi miasto, uczy pierwszych hiszpańskich słów, doradza co i jak mam robić, jednym słowem roztacza nade mną ogromny parasol ochronny, pod którym suchą nogą udaje mi się postawić pierwsze kroki into the world.

Nie jestem jedynym podróżnikiem, Polakiem, który ma szczęście natrafić w swej podróży na tak znamienną postać jak Irena. Z tego co się dowiaduję, swoją gościnnością od czasu przybycia do stolicy Argentyny, a było to w latach schyłkowego komunizmu, Irena obdarzyła już kilkadziesiąt osób. Zdarzało się nawet, że w jej przytulnym mieszkaniu 10 km od centrum miasta znajdowały schronienie kilkuosobowe grupy śpiące pokotem w śpiworach. Ja również korzystam z serdecznego i gorącego zaproszenia i po wyprowadzeniu się z hostelu, oczekując na statek z moim samochodem wprowadzam się do Ireny. Od tej pory Buenos Aires przestaje mieć przede mną jakiekolwiek tajemnice. Dzięki mojemu Aniołowi Stróżowi poznaję wszystkie zakamarki miasta z najładniejszymi dzielnicami Telmo i La Boca przede wszystkim. Zostaję wprowadzony w kręgi argentyńskiej Polonii w Domu Polskim i Domu Kombatanta w Palermo. Poznaję śmietankę dyplomacji w polskiej ambasadzie, do której jesteśmy zaproszeni na obchody Dnia Niepodległości 11 listopada. Zawiązuję pierwsze znajomości z Argentyńczykami, przede wszystkim z Adrianą, która pobiera u Ireny nauki języka polskiego itd, itd.

Piękny czas spędzony w Buenos u boku Ireny dobiega końca, gdy do odległego o 100 km portu Zarate dopływa statek z moim samochodzie na pokładzie. Bez pomocy Ireny naprawdę nie wiem jak by mi się udało go odebrać. Za to wszystko, jestem Ci Irenko niezmiernie wdzięczny i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się spotkać i powspominać te piękne chwile w Buenos. Dziękuję.

Irena z Adrianą odprowadzają mnie aż do Mar de Plata – to taki polski Sopot, a stamtąd, na południe w kierunku „końca świata” jadę już sam. Jak mi się będzie udawało przeżyć bez opiekuńczych skrzydeł Ireny będę opisywał w następnych artykułach. Z pewnością nie będzie tak łatwo jak tu i teraz. Jeszcze raz ogromne dzięki.

 

.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł