mZ Kampot, jako się rzekło, wyruszam faktycznie w kierunku Wietnamu, ale życie po raz kolejny lekko modyfikuje mój plan. Podobnie jak miesiąc temu, myślałem, że z Patai, leżącej na wschód od stolicy Tajlandii, będę miał bliżej i łatwiej dotrzeć do Kambodży, a praktyka pokazała, że jechałem naokoło przez Bangkok, tak i teraz miast dalej na wschód, wracam na północ do Phnom Penh, skąd dopiero jutro ruszę dalej do Wietnamu. Droga dalsza i z przesiadką, ale zdecydowanie łatwiejsza, bo bezpośrednio do Cho Chi Minh (czyt. Sajgonu).

Tak więc mimo iż już prawie pożegnałem się z Kambodżą, wykroił mi się niespodziewanie jeszcze jeden dzień w stolicy. Hostel biorę tym razem trochę w innej dzielnicy, bliżej przystanku autobusowego, na który muszę się zgłosic jutro o 4 rano, a dalej od turystów. Warunki podobne – też czwarte piętro, na które muszę wtaszczyć swój cały ekwipunek, ale schodów o całe 20 mniej. Poprzednio by dojść do łóżka musiałem pokonać ich dokładnie 100, a teraz tylko 80, czyli jest lepiej. Niewiele lepiej, ale zawsze. Dodatkowo mam wąski balkon z widokiem na czerwone dachy miasta, z którego mogę się nawet wychylić, a jak się można czasem gdzieś w świecie wychylić to już jest całkiem fajnie.

Nie tracąc czasu, wykorzystuję ostatni dzień w Kambodży (teraz już na pewno ostatni, bo jutro kończy mi się wiza) na kilkugodzinny spacer znanymi już z uprzedniego ponad 20 km biegu i nowo poznanymi ulicami i zakątkami dziwnej, ale sympatycznej stolicy biednego, ale bardzo uroczego kraju. Przy okazji kilka nowych zdjęć z dzielnic, po których ostatnio biegałem, a dzisiaj spaceruję. Są i te biedne i brudne i te bogate i czyste, łącznie z przypadkiem znalezioną i bardzo dobrze pilnowaną ambasadą USA. Krótko po tym jak pstryknąłem zdjęcie myślałem, sądząc po minie zbliżającego się do mnie wartownika z ostrą bronią, że to ostatnia rzecz jaką zrobiłem w mym życiu. Są na koniec też te turystyczne z placami, swiątyniami i moją ulubioną promenadą wzdłuż Mekongu. Jest jeszcze pomnik, obok którego ostatnio przebiegałem, ale go nie zauważyłem (pewnie pot zalewał mi już oczy) – pistolet z zawiązaną lufa. Bardzo mi się podoba.

Punktualnie o 4 jestem przy czekającym już  autobusie. Pasażerów nie ma zbyt wielu, także usadowiwszy się przy oknie na rozłożonym do prawie poziomej pozycji siedzeniu, zupełnie wygodnie w dwie godziny dojeżdżam do granicy, której przyznam trochę się obawiam. Procedura z załatwieniem wizy w wietnamskiej ambasadzie w Bangkoku, czerwone gwiazdy na wojskowych czapkach pograniczników i powiewające dookoła komunistyczne flagi z sierpem i młotem powodują, że trochę cierpnie mi skóra. Zupełnie niepotrzebnie. Odprawa celno-paszportowa niczym nie rożni się od innych granic, przebiega wprost w ekspresowym tempie, także po może 20, może 25 minutach mogę sobie zrobić moje pierwsze selfi w nowym państwie. Welcome to Vietnam lub jak kto woli Chào mừng bạn đến viet nam, albo po prostu Witamy w Wietnamie.

 


Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł