Takeśmy się w naszym ukochanym South West Rocks zasiedzieli, że nijak nam ruszać dalej. Ale cóż – witkowy urlop dobiega końca, jego rany po niefortunnej walce z falami, wyglądają coraz lepiej, przeto nie ma innej rady jak zwijać obóz i w drogę. Do Sydney jeszcze spory kawałek, a czasu coraz mniej. Wyjeżdżamy skoro świt i … i już po paru minutach stajemy. South West Rocks widać nie chce się z nami rozstać. Zaraz za „naszą przystanią” znak drogowy i strzałka informują, że 7 km w lewo od głównej drogi w Smoky Cape (dymiącym przylądku) jest morska latarnia. Naturalnie, że bez dyskusji zjeżdżamy. Czasu wprawdzie coraz mniej, ale nie na tyle mało byśmy sobie musieli odmówić  takiej przyjemności. Przyjemności, która rośnie proporcjonalnie do wyłaniającego się z oddali białego zarysu latarni i osiągającej swój szczyt kiedy stajemy pod nią i rozglądamy się wkoło. Ależ tu pięknie. Schodami wbiegam ku latarni i  – zapierający dech w piersiach widok w dół. Schodami zbiegam ku morzu i – zapierający dech w piersiach widok w górę. Coś nieprawdopodobnego. Można by tu siedzieć w nieskończoność i nic nie robić tylko patrzeć, patrzeć i patrzeć. Tak robimy – z dwoma poprawkami: nie siedzimy w nieskończoność tylko około godziny i poza patrzeniem i nic nie robieniem pijemy drugą poranną, pachnącą, świeżo zaparzoną kawę, próbujemy jednocześnie zatrzymać czas.

Słońce wiszące coraz wyżej nad widnokręgiem wyraźnie wskazuje, że sztuka ta się nie udaje. Żegnając  przylądek Smoky i żegnając się przy małym leśnym cmentarzu leżącym wedle drogi, ostatecznie żegnamy gościnny South West Rocks.

Ruszając dalej na południe już myślimy, gdzie zorganizować następny postój. Z mapy i obliczeń wychodzi, że najlepiej będzie zatrzymać się w niewielkim nadrzecznym miasteczku Kempsey. Po paru dniach dzikiego kampingowania, trzeba nam trochę cywilizacji w postaci sklepu z jedzeniem. Kempsey wydaje się spełniać nie tylko ten warunek. Malownicza, spokojna okolica nad rzekami Maeleay i wpadającą do niej Belmore, pozwala trochę odetchnąć od szumu spienionego oceanu, którego po ostatnich witkowych przeżyciach na razie mamy dość. Tutaj z dala od turystycznych atrakcji i szlaków, w cieniu australijskiego buszu, w którym oprócz chaty Aborygena-artysty (na podwórzu ma masę wyrzeźbionych w drzewie figur), między tubylcami, tłumnie wylegującymi się nad rzeką, urządzamy sobie prawdziwy australijski piknik. Po raz pierwszy od wyjazdu z Ameryki Południowej czuję zapach egzotyki dalekiego świata. Mamy lokalne jedzenie i picie z pobliskiego sklepu, strawę przygotowujemy, walcząc z wiatrem, na drewnianej ławce przy samym brzegu rzeki. Lokalsi bacznie aczkolwiek życzliwie, przyglądają się nam spod wpółprzymkniętych ciemnych powiek i jakby tego było mało, równo o zachodzie słońca dzieje się coś co swą egzotyką przyćmiewa wszystkie dotychczasowe przeżycia na nowym kontynencie. Z wysokich drzew po przeciwnej stronie rzeki, zrywa się nagle olbrzymia, czarna, krzykliwa, poruszająca się z niebywałą szybkością chmura. W pierwszej chwili nie bardzo wiemy co się dzieje i przyznać muszę, że czujemy się niezbyt swojo. Dopiero po sekundach dostrzegamy, że to coś wielkiego, poruszającego się nad nami to nie chmura, a stado zgłodniałych, ogromnych, nietoperzy. Jest ich tysiące, może setki tysięcy. Witek nawet twierdzi, że około miliona, a może i kilka milionów. Ich niezliczona masa i przeraźliwy krzyk najpierw wprawadzają nas w stan grozy, potem osłupienia, aż w końcu zachwytu. Do tej pory takie zjawiska dane nam było oglądać tylko na szklanym ekranie. Teraz mamy takie przedstawienie nie tylko w naturze i w bezpośredniej bliskości, ale jeszcze, jako że Witek chodzi z głową zadartą do góry i nagrywa, będziemy mieć to w komórkach. Co za czasy. Fajne czasy.

Później, w kwestii egzotycznych poszukiwań, jest już znacznie gorzej. Po raz kolejny lądujemy w Port Macquarie, w którym przed dwoma tygodniami nie udało się nam znaleźć wolno żyjących Koali. Wtedy, idąc ich tropem, wpadliśmy na „Koala szpital” co dostarczyło z pewnością pewnych wrażen, ale nie zaspokoiło żądzy spotkania misia sam na sam w jego naturalnym środowisku. Podejmujemy zatem dzisiaj ponowną próbę i za radą uprzejmej pani z biura informacji turystycznej (otrzymanej już wówczas) wyruszamy na przeczesywanie terenu wokół pól golfowych położonych na południowym krańcu miasta. Nic z tego. jedyne co spotykamy to dwugarbny wielbłąd, który nie wiadomo skąd się wziął. A nasze niedźwiadki? Albo Koale tak sprytnie się przed nami ukrywają, albo po prostu ich tu nie ma. Na otarcie łez mamy jeszcze w pobliżu „Koala park”. Długo się zastanawiamy, czy ma sens, bo samo słowo „park” jest niezbyt zachęcające. Co spowodowało, że decydujemy się tam jechać, trudno powiedzieć. Wiadomym jest jednak, że nie tylko nie ocieramy sobie łez powstałych po daremnych poszukiwaniach niedźwiadków, ale kolejne cisną się nam do oczu. Koala Park okazuje się gigantyczną porażką. To urządzone na paru metrach kwadratowych Zoo wywołuje w nas niesympatyczne uczucie, że ktoś polecając nam to miejsce, najzwyczajniej w świecie nabił nas w butelkę. Po paru krokach i głębokich oddech złość ustępuje miejsca obojętności, a na końcu zaczynamy się po prostu z całego tego show-u śmiać. Takim to sposobem będąc w Australi udało się nam dwa razy zbliżyć do niedźwiadka Koala: raz w szpitalu i raz w więzieniu, czyli Zoo. Najgorsze, że nie ma widoków by w tym temacie coś się zmieniło. Ironią losu, uciekając od europejskich ogrodów zoologicznych, których nie cierpię, na drugi koniec świata, by przyjrzeć się egzotycznym zwierzakom w ich naturalnym otoczeniu, znajdujemy je tylko i niestety za kratami. Smutne! Jak się okazuje krótki pobyt w „Koala parku” wcale nie ociera nam łez.

Czym prędzej opuszczamy zamknięte zwierzaki i ruszamy dalej na południe, już nie w poszukiwaniu eukaliptusowych lasów z ich słodkimi mieszkańcami, ale z nadzieją przeżycia jeszcze paru fascynujących chwil przed powrotem do Sydney. Te nie pozwalają długo na siebie czekać. Po raz drugi docieramy do znanego nam już Nelson Bay i jak przed paroma dniami w South West Rocks tak i tu czujemy się prawie jak w domu. Wiemy już gdzie jest super parking, gdzie droga do jednej, drugiej lub trzeciej plaży, gdzie wejście na punkt widokowy itd. A, że pogoda również zdecydowanie różni się od tej, która niezbyt łaskawie przyjęła nas ostatnio, przeto i tym razem zarządzamy dłuższy postój. Witek spragniony fal jak kania dżdżu, mimo jeszcze nie całkowitego zabliźnienia się – dosłownie i w przenośni, ran po ostatniej walce z żywiołem, czym prędzej podąża na plażę. Na tę po prawej, nad otwartym morzem, gdzie huk i dzikość wody znacznie przewyższa tę znad zatoki, przy której parkujemy. Mój głos wewnętrzny z jednej strony trochę się burzy tą brawurową śmiałością, a z drugiej strony nie pozwala mi odradzać mu tej przyjemności. Na wszelki wypadek proszę tylko by zachował umiar i rozwagę i życząc dobrej zabawy sam wybieram się, na wędrówką na pobliską górę.

Cóż za fantastyczne widoki. Jak bardzo różnią się od tych poprzednich oglądanych ostatnio z tego samego miejsca, ale przy zachmurzonym niebie. W artykule „Nelson Bay” zamieściłem parę fotografi  więc można sobie porównać z tymi tutaj. Prawda, że spora różnica?

Witek, czując jeszcze ból poobdzieranego ciała, rozsądnie nie staje tym razem do nierównej walki z żywiołem. Siedzi sobie w cieniu między skałami i przygląda rozbujanemu oceanowi. Mi natomiast, pewnie dlatego, że nic mnie nie boli, nie dane jest sobie usiąść i razem z nim pokontemplować. Tyle co schodzę z góry, a tu nad zatoką rozpoczyna się impresjonistyczny spektakl pod tytułem  „Zachód słońca”. Zupełnie o tym nie pomyślałem będąc na szczycie, wiec teraz zgodnie z ludową mądrością – „kto nie ma w głowie ten ma w nogach” po raz kolejny dylam w zwyż. I to dylam w zawrotnym tempie. Słońce o tej porze szybciej porusza się w dół niż ja w górę, więc by zdążyć na kulminacyjny moment widowiska, muszę się nieźle sprężać. Zdążam w samą porę. Jest cudnie, jest pięknie, jest majestatycznie. Żadne zdjęcie, żaden aparat, nie jest w stanie oddać gry kolorów czerwonego nieba w połączeniiu z seledynowym morzem, ale próbować trzeba. Staję pośrodku góry i obracając się wokół własnej osi, ciuchutko by nie mącić spokoju chwili, zwalniam migawkę i pstryk, pstryk, pstryk.

Ostatnim miastem, w którym zatrzymujemy się na dłużej, przed ostatecznym powrotem do Sydney jest Newcastle. To przypadkowo odkryte miasto, oczywiście nie przez nas, bo my mamy je dokładnie zaznaczone na mapie, ale przez brytyjskiego porucznika Johna Shortlanda, we wrześniu 1798 roku, niczym specjalnym nas nie oczarowuje. Przypadkowo, bo porucznik przepływając z więźniami wzdłuż Zatoki Sydney, przypadkiem dostrzegł rzekę, którą później nazwał ku czci ówczesnego gubernatora Nowej Południowej Walii, Johna Huntera, jego nazwiskiem Hunter River, zarządził przy jej ujściu, postój. W czasie owego postoju, dokonując krótkich badań geologicznych znowu przypadkowo natknął się na złoża węgla kamiennego. Nietrudno się domyśleć, że założona przez Shortlanda osada w krótkim czasie eksplodowała do miana wielkiego i ważnego ośrodka przemysłowego, a dzisiaj, drugiego największego miasta Nowej Południowej Wali. Położone na wzgórzach nad oceanem, nie jest wprawdzie bardzo brzydkie, bo już same widoki z wyżej położonych części miasta na zatokę, plażę i port oraz spacer po dosyć eleganckim centrum dostarczają mnóstwa fascynujących przeżyć. Jednak całościowo, jako miasto na wskroś przemysłowe, z całą swoją zabudową i infrastrukturą nie emanuje niczym na tyle przyciągającym byśmy zdecydowali się zostać dłużej niż tyle ile potrzeba na zwiedzenie najatrakcyjniejszych miejsc i dokonanie niezbędnych zakupów. Nocleg zarządzamy już w granicach administracyjnych Sydney, od którego dzieli nas niecałe 160 kilometrów.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł