Wracając z północy do Sydney, nie sposób nie zahaczyć o miejsce, w którym niedawno byliśmy. Myślę tu o South West Rocks. Tak nam samotna, nie licząc kangurów, piaszczysta zatoka, wciśnięta między dwie czerwonopomarańczowe skały zapadła w pamięć, że jednomyślnie postanawiamy ponownie tam zabiwakować. Nie pisałbym o tym, bo dla mnie jest jasne, że nie ma sensu ponowne opisywanie tego samego miejsca, gdyby nie dwa wydarzenia. Ale o nich za chwilę. Najpierw musimy dojechać, a że blisko nie jest, to po drodze z pewnością czeka nas jeszcze parę przygód. Jak to mamy w zwyczaju wjeżdżamy do każdej ładniejszej zatoki: w jednej zażywając kąpieli, w innej przygotowywując strawę, a w jeszcze innej podziwiając zachód słońca i tak po dwóch dniach wprost iddylicznej podróży, stajemy ponownie przed szyldem South West Rock.

Tu od razu pierwsza niespodzianka. W odróżnieniu od poprzedniego razu, gdy dotarliśmy tu nocą i poza drogą oświetloną blaskiem samochodowych reflektorów nie widzieliśmy absolutnie nic, tym razem jesteśmy w środku dnia i na nasze nieszczęście widzimy wszystko. Wszystko łącznie z szyldem zakazującym nocowania w miejscu, w którym uprzednio spędziliśmy dwa dni. No to mamy problem! Nie raz twierdziłem, że nadmiar wiedzy nie zawsze jest pożyteczny i proszę jak to się sprawdza. Ostatnio spędziliśmy sielankowo czas nie wiedząc, że łamiemy prawo, a teraz mamy kłopot. Jedyna rada to zapomnieć na pamięć, że widzieliśmy jakikolwiek szyld, postawić samochód jak poprzednio i jak bąk, który lata wbrew zasadom fizyki, których nie zna (bąk według zasad fizyki mając zbyt małą powierzchnię skrzydeł w stosunku do masy ciała w ogóle nie powinien oderwać się od ziemi), niczym się nie przejmować.

Jak postanowili tak zrobili. Stawiamy samochód dokładnie na tym samym miejscu, na skarpie z widokiem na zatokę, wpływające do niej w trakcie przypływu morze i zachodące za nim każdego wieczoru wielkie czerwone słońce. Witamy się z licznie przybyłymi na nasze spotkanie, starymi znajomymi kangurami. Odganiamy nachalnie plączącego się między nogami warana. Na rozwieszonym w murowanej altanie sznurku, wieszamy wyprane ubrania. Sprzątamy samochód, przygotowujemy karmę i właściwie jesteśmy gotowi do kilkudniowego „nicnierobienia”. Jednak tym razem z tego jakże ambitnego planu nic nam nie wychodzi. Nie wychodzi z dwóch powodów: wspaniałej pogody i potężnych fal w oceanie. Wspomniałem we wstępie, że mimo, iż nie powinienem drugi raz pisać o tym samym jest coś co powoduje, że postanowiam inaczej. Tym czymś są właśnie, a może i również te dwie przyczyny: pogoda, która poprzednio była paskudna, a teraz jest śliczna i morze, które poprzednio nie bardzo pozwalało do siebie wejść, a dzisiaj zaprasza szeroko rozwartymi ramionami, czy jak kto woli, seledynowym kolorem, przyjemną temperaturą i skaczącymi, rozbawionymi, spienionymi falami.

Bezchmurne niebo, pozwalające zajrzeć daleko, aż po horyzont w niekończący się ocean, z jednej strony lub wgłąb lądu, po widniejące w oddali górzyste pasma z drugiej, powoduje, że z samego rana wybieram się na półdniowe zwiedzanie półwyspu, rozpoczęte 10 km biegiem. Ostatnim razem spacerując po okalających złociste zatoki błękitnego oceanu wzniesieniach, obiecałem sobie, że jeżeli tylko nadarzy się okazja, by to co widzę uwiecznić na zdjęciach w jaśniejszych barwach niezakrytego chmurami słońca, to zrobię to by móc choć w części podzielić się z Wami wspaniałościami środkowo-wschodnich wybrzeży Australi. Tydzień temu obiecałem, a dzisiaj robię. Przesmyk wznoszący się bezpośrednio za naszym tymczasowym obozowiskiem i widoki z niego na prawo i lewo. Pstryk, pstryk. Uroczo. Pomnik Niemców zmarłych w czasie internowania w pobliskim obozie w trakcie pierwszej wojny światowej. Pstryk, pstryk. Pisałem o nim w poprzednim artykule, więc dzisiaj tylko umieszczam jego zdjęcie, bo kolorystycznie znacznie ładniejsze od tego zrobionego wcześniej. Widok z oddali na jedno z pierwszych więzień w Australi również ładniejszy niż ten ostatnio. Pstryk, pstryk. Wówczas je zwiedzałem i opisywałem. Dzisiaj omijam kamienistym nabrzeżem i dalej długą szeroką plażą, biegnę w stronę miasta. Do centrum niewielkiego South West Rocks naturalnie nie dobiegam – cóż też miałoby mnie, miłośnika przyrody i natury, zmusić do kręcenia się po asfalcie między domami? Z plaży wąską piaszczystą ścieżką, przecinając mostem German Bridge (skąd tu tyle Niemców?) niewielką, ale za to niezwykle romantyczną, bo wijącą się przez stary powiginany las, rzekę, dobiegam na przeciwległą stronę półwyspu. Odtąd już nie biegiem – brak tchu w płucach i zmienione z płaskiego na górzyste ukształtowanie terenu, skutecznie zaciągają hamulec w moich nogach i zmieniając bieg na znacznie niższy, powoli spacerkiem zdobywam jeden po drugim skaliste klify. Widok z nich jest tak oszałamiający, że momentami zapominam patrzeć pod nogi. Dopiero osuwające się spod nich kamienie przypominają, że muszę od czasu do czasu oderwać od niego wzrok i by nie był ci on ostatnim, jaki mam okazję oglądać, ostrożniej stawiać stopy. Delikatnie przesuwam się po kamieniach w dół ku spienionym falom oceanu, potem w górę ku rozległym zielonym polanom i krok po kroku, ku zdziwieniu obserwujących moją kamienistą wspinaczkę kangurom, dochodzę do naszej malutkiej, błyszczącej w promieniach coraz niżej nad widnokręgiem spacerującego słońca, zatoki. Kilka zamieszczonych poniżej zdjęć z mojego spaceru przy cudnej pogodzie wokół South West Rocks to pierwszy powód, dla którego zdecydowałem się na ponowny artykuł o miejscu, w którym już raz byliśmy.

Drugi to przygoda, jaka w czasie mojej nieobecności spotyka Witka. Moje karkołomne przeprawy po klifach to nic w porównaniu z jego kaskaderskimi wyczynami w wodzie. Otóż, jak nietrudno się domyśleć Witek „Wodnik” nie towarzyszy Witkowi „Wędrowniczkowi” w czasie zwiedzania półwyspu, tylko nie tracąc czasu zanurza się w bijące o brzeg spienione fale oceanu. Gdyby tylko biły o piaszczysty brzeg nie byłoby by w tym jeszcze nic strasznego. Problem w tym, że biją o wynurzone z wody kamienie i o skaliste nabrzeże z obu stron zatoki. Witek zaoferowany zabawą z to przykrywającymi go, to znów wyrzucającymi w górę falami, nie zauważa, że dość wartki prąd wypycha go od brzegu i kieruje mocno w lewo. Szczęściem orientuje się w porę i tylko zimna krew, dobra umiejętność pływania i błyskawiczna, poprawna ocena sytuacji powodują, że nie muszę szukać go w Nowej Zelandii lub innej wyspie, na której pewnie by się znalazł, unoszony na grzbiecie, jednej z rozszalałych fal, z którą przed chwilą się bawił (pod warunkiem, że po drodze nie stałby się deserem dla rekinów).  Na szczęście z godnym pozazdroszczenia refleksem, Wiciu rzuca się w wirze kłębiących fal w kierunku przybrzeżnych skał. Dopada jednej z nich i naprężając muskuły wdarapuje się na jej szczyt, co nie jest proste, bo skały są mokre i ostre od poprzyklejanych do nich muszli. W momencie, gdy wydawałoby się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, następna uderzająca o skałę fala, zmywa go z niej jak źdźbło trawy. Nieszczęśliwie wpadając ponownie w głębiny, ociera się o skałę, na której przed chwilą stał, jak ziemniak o tarkę  nim stanie się ziemniaczanym plackiem i ponownie tym razem, już jednak z większym wysiłkiem i wykrzywionym z bólu grymasem twarzy (nie bez znaczenia jest słona woda opłukująca świeże rany) próbuje wydostać się na którąś ze skał. Na szczęście po raz drugi się udaje i teraz powoli, jak ja po klifach, tak on po skałach dociera do naszej malutkiej, błyszczącej w promieniach coraz niżej nad widnokręgiem spacerującego słońca, zatoki.

Widok w jakim zastaję mojego przyjaciela po powrocie z wędrówki, powoduje, że moje już bardzo długie włosy, od ponad czterech lat nie ścinane, stają dęba i przez chwilę pewnie wyglądam komicznie chociaż sytuacja wcale taka nie jest. Witek wygląda za to jakby nie tyle ocierał się o naszpikowane ostrymi muszlami, jak świąteczna babki rodzynkami skały, ile walczył przynajmniej ze stadem rekinów. Rekiny podobno zanim zaatakują swoją zdobycz, najpierw kaleczą ją ocierając się o nią ostrą skórą i dopiero czując krew wpadają w amok i reszty zagłady dokonują ogromnymi zębami. No więc Witek stojąc przede mną w samych slipach wygląda mniej więcej tak jakby jakimś cudem przetrwał ten pierwszy akt napaści rekinów i uciekł im spod zębów. Nie mogę sobie nawet wyobrazić jak to wszystko musi go parzyć, szczypać i boleć. Szczęście, że dzięki swojej bystrości i zwinności żyje i jest w miarę zdrowy –  cała reszta jakoś się zagoi.

Wiciu już znowu się śmieje, opowiada mi szczegół po szczególe co i jak się działo, ja wszystko notuję i opisuję. Moje włosy wracają do swojej pozycji. Witka obmyte rany wyglądają ciut lepiej. Słońce czerwonym blaskiem chowa się w głębiny morza. Świat wraca do starego porządku. Siedzimy na skraju skarpy zapatrzeni w dal, słuchamy plusku fal i tylko Witka trochę żal. Żal, nie że boli, bo prawdziwego morskiego wilka nic nie boli tylko żal, że przez najbliższe dni nie poskacze na falach, nie zanurzy się w toń huczącego oceanu, który tak bardzo kocha. A może nie będzie tak źle?  Może już niedługo znowu będzie w wodzie? Tego mu życzę. Na razie patrzę na niego jak siedzi zatroskany w foteliku, obserwując zachód słońca i wydaje mi się, że myśli o tym samym.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł