W połowie drogi między Eden, a Sydney leży Kiama. Ta sama Kiama, która gościła nas już w drodze na południe ale jako, że wtedy z powodu złej pogody tudzież napiętego harmonogramu nie zobaczyliśmy wszystkiego co jest w niej do zobaczenia przeto już wówczas liczyliśmy się z ewentualnym powrotem. Czasu mamy zdaje się jeszcze wystarczająco, pogoda też z każdym kilometrem na północ staje się bardziej australijska zatem słowo „ewentualnie” zamieniamy na „z pewnością” i po raz drugi do nawigacji wbijamy miasto Kiama. Mimo krótkiego przystanku na śniadanie w jednej z najstarszej miejscowości Australii – Tilbie (śniadanie się trochę przeciąga, bo Tilba z całą pewnością warta jest poświęcenia jej ciut więcej czasu niż planowaliśmy) i zakupów w uwielbianym przez nas ALDI-ku w Narze, już krótko po południu meldujemy się na dobrze nam znanym parkingu w Kiamie. Ach jak uwielbiam ponowne odwiedzanie starych kątów. Znamy miasto, nie musimy kluczyć w poszukiwaniu odpowiedniego parkingu, znamy parking i nie musimy się zastanawiać wolno czy też nie wolno na nim nocować, no i w końcu znamy cel naszego przyjazdu i nie musimy w centrum informacji turystycznej zasięgać języka co i gdzie można tu zwiedzać.

Bez zastanawiania się wiemy, że chcemy iść trasą „Coast Walk” na północ do Minnamurra Point. Z Minnamurra podmiejskim pociągiem City Rail wrócimy do domu, o ile oczywiście nasz samochód można nazwać domem, ale ja po paru tygodniach w nim mieszkania już tak go nazywam. Cały odcinek to jakieś 16 km marszu z dwoma, według mapy, punktami widokowymi: formacje skalne: Bombo Headland Quarry i Cathedral Rocks.

Nie oglądając się na największą atrakcję Kiamy, jaką niewątpliwie jest tryskająca oceaniczną wodą, czasem nawet na 60 m w górę, czarna dziura w skałach zwana Blowhole, którą, że tak powiem zaliczyliśmy ostatnio (pisałem o niej w artykule pt. Kiama) ruszamy w przeciwnym kierunku. Najpierw dosyć monotonnie okrążając zatokę dochodzimy do wylotowej drogi z miasta, która nie dość, że staje się jeszcze monotonniejsza to na dodatek jest głośna i śmierdząca. Nie tak wyobrażaliśmy sobie naszą wędrówkę. Ale nic to – myślę, że dalej będzie lepiej i myślę, że siostra też tak myśli, bo nie zwalnia. Dalej niestety oprócz tego, że jest dalej niczym się nie różni od tego co było bliżej. Dalej mało atrakcyjnie i dalej kiszka. Nawet plaża Bombo ciągnąca się wzdłuż drogi  nie zachęca do dalszego spaceru. Jesteśmy akurat przy pierwszym przystanku podmiejskiej kolejki City Rail. Wracamy? Pada pytanie, które w takich warunkach musi paść. Tylko, że na tak proste pytanie odpowiedź wcale nie jest taka prosta. No bo jeżeli wrócimy to w sumie już za późno żeby jechać dalej, a siedzieć w samochodzie nie ma sensu. Iść dalej też wydaje się bez sensu. Z dwóch bezsensownych rozwiązań wybieramy to wydaje się mniej bezsensowne. Jakby nie było jest nadzieja, że mimo wszystko coś się jeszcze zmieni. Poza tym, jak mawiali w minionej epoce chłopcy spod sklepu „Smakosz” w Tarnowskich Górach przy ulicy Krakowskiej (niektórzy wiedzą, inni mogą się domyślać o jakich przedstawicielach tarnogórskiego społeczeństwa mowa) – „lepiej źle chodzić niż dobrze siedzieć” i tej rady się trzymamy. Idziemy dalej.

Za pierwszym wzniesieniem i drugim zakrętem droga nareszcie się zmienia. Skręcamy w bok i w tym samym momencie znika asfalt, znikają samochody, znika smród spalin, znika to wszystko co przed chwilą kazało się nam zastanawiać nad sensem dalszej wędrówki, a pojawia się wszystko to co upewnia nas w słuszności podjętej decyzji by nie zawracać. Najpierw zaczyna być zielono. Wąska ścieżka prowadzi przez górzystą łąkę, przez skaliste nadbrzeże, by zmieniając się w kamienisty szlak doprowadzić nas do magicznego wręcz miejsca. Dając się ponieść fantazji, idę na samą krawędź urwiska i tylko strach by mi usta nie zalała rozwalająca się o skały woda, każe mi je trzymań zamknięte. W innych warunkach z pewnością miałbym je szeroko otwarte, tak samo jak oczy. Fantastyczne, dzikie, magiczne miejsce powoduje że przez chwilę nieruchomieję z zachwytu i zamieram, niczym stojące od milionów lat dookoła skały. Siostra czeka gdzieś w tyle. Jej fantazja nie pozwoliła zbliżyć się do uderzających o skalne występy rozhuczanych fal. Kiwam, wołam, ale nie przekrzyczę ryku oceanu. Schodzę urwiskiem w kierunku wyrastających z dna śliskich, strzelistych kamiennych formacji. Tu i ówdzie muszę bardzo uważać by walące z ogromną siłą fale nie zmyły mnie z gładkich kamieni i faktycznie jak im nie kazały tu zostać następnych parę milionów lat. Przypadkowo trafiam na niebieski szlak, na ten sam, na który od drugiej strony trafiła siostra. Schodzi nim spokojnie i bezpiecznie, nie obawiając się tak jak ja spotkania z dziką wodą. Spotykamy się w miejscu, gdzie ocean i skały tworzą wspólnie najbardziej spektakularne przedstawienie. Tu rozstrzyga się od milionów lat walka między kamieniem i wodą. I chociaż kropla może wydrążyć skalę to z pewnością nie przychodzi jej to łatwo. Pierwszy punkt naszej wycieczki – Bombo Headland Quarry to doprawdy niewiarygodnie miejsce. Pieścimy wzrokiem i chłoniemy uchem każdą skalną szczelinę, każde uderzenie fali, tak długo jak tylko się da, aż nasyceni emocjami ruszamy do dalszych, być może równie spektakularnych miejsc.

Dalej już na pewno nie jest tak magicznie i spektakularnie, ale równie pięknie. Klifami wzdłuż brzegu szalejącego pod nami morza dochodzimy do następnej formacji skalnej nazwanej Cathedral Rocks. Skalista katedra, do której z racji niebezpiecznego zejścia nie podchodzimy tak blisko jak poprzednio. Tym razem nie jest to chyba nawet konieczne. Katedra z pewnością ładniej się prezentuje z daleka, bo można ją całą objąć wzrokiem. Jednak ten widok, mimo że na mapie zaznaczony większymi literami i tłustą czcionką nie wywołuje już tylu emocji i nie robi takiego wrażenia jak formacje w Bombo. Następnych kilka kilometrów zieloną łąką i niestety wędrówka, która się niezbyt zapowiadała, a od pewnego momentu z każdym kilometrem robiła się coraz atrakcyjniejsza, kończy się następnym niebywale urokliwym miejscem. Minnamurra Point – punkt widokowy w Minnamurra. Śliczne krajobrazowo ujście do morza rzeki Minnamurra to kres naszej wędrówki. Mimo, że i tu usta z wrażenia nie chcą się zamknąć i pewnie ciężko będzie wpakować przez nie drugie śniadanie, które przezornie wzięliśmy ze sobą, siadamy na jednej z kilku rozstawionych na łagodnym stoku ławek i podziwiając otaczające, niebagatelne wprost widoki mimo wszystko próbujemy je zjeść.

I byłoby wszystko fajnie do końca, gdyby nie czekający na stacji kolejki City Rail Minnamurrt czort, który wziął i na końcu zamieszał. Kas biletowych nie ma, w pociągu biletu kupić nie można, bo w ogóle nie można wejść na peron – i jak tu jechać Panie Premierze, znaczy Panie Konduktorze? Trzeba mieć plastikową kartę, tę samą, która służy do płacenia za wszystkie środki lokomocji publicznej w Sydney (widać działa nie tylko w stolicy, ale w całym kraju, a przynajmniej na pewno w Kiamie) i za jej pomocą tak jak do metra, czyli wsuwając w paszcze automatu, wejść na peron. Siostra kartę ma przy sobie, ja  n i e!  Siostra pojedzie pociągiem z powrotem ja  n i e!  Przede mną kolejne 16 km z buta. Trudno – jak się chce zwiedzać świat trzeba się nachodzić. Ale, ale. Ale po co ktoś wymyślił taki środek transportu jak Auto-stop. No właśnie po to, że gdy się nie ma plastikowej karty, szeleszczącego banknotu lub brzęczącej monety to i tak można jechać. Bodaj trzeci, a być może czwarty samochód, któremu macham z uśmiechem na twarzy (pamiętam, że tak trzeba z filmu o podobnym tytule) zatrzymuje się, a kierowca z podobnym do mojego uśmiechem zaprasza do szoferki. Zanim siostra doczekała się pociągu, przyjechała i przyszła z dworca na parking ja już mam zagotowaną na kawę wodę i ogarnięty do jazdy samochód. Po drodze wymyśliliśmy, że jednak jeszcze dziś po powrocie  ruszymy dalej by jutrzejszy cały dzień, ostatni dzień przed powrotem do Sydney, spędzić na plaży w znanym nam Stanwell Parku. Pogoda robi się faktycznie plażowa więc może na koniec podróży po Australii siostra zdąży się jeszcze opalić? Poza tym mamy tam wodę, prysznice i miejsce by przygotować do oddania samochód, poprać, przepakować rzeczy i zrobić wszystko co konieczne po trzytygodniowym camperowaniu, przed powrotem do cywilizacji, której w naszym wypadku na imię jest Sydney.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł