O Pucallpie wiem na razie tylko tyle ile można przeczytać w internecie. Mianowicie, że to stolica restryktu Ucayala, że liczy około 250.000 mieszkańców, że nazwa znaczy tyle co – czerwona zatoka, że nie posiada żadnych atrakcji turystycznych i dlatego rzadko jest odwiedzana i tym podobne wiadomości do niczego mi niepotrzebne. Chociaż nie. Natknąłem się też na informację, która może okazać się przydatna. Wyczytałem, że najładniejszą dzielnicą Pucallpy jest oddalona o 10 km od centrum Yarinacoche, a że Marcin jako przewodnik to potwierdza, wiec po dojechaniu do miasta w tym kierunku prowadzimy nasze pierwsze kroki.
W Yarinacoche szybko znajdujemy bardzo przyzwoity hostel za bardzo przyzwoitą cenę, a jeszcze szybciej zrzucamy plecaki i pakujemy się do łóżek. Po całodniowej podróży sen przychodzi nie tylko szybciej niż obie poprzednie sprawy razem wzięte ale nawet szybciej niż zamykają mi się oczy.
Rankiem okazuje się, że wybór hostelu był wyśmienity z racji tego, że usytuowany jest on w bezpośrednim sąsiedztwie handlowego portu. Ja jako skowronek nie potrafię długo spać i nie chcąc budzić przyjaciela, pewnie sowy, który jeszcze smacznie chrapie, wychodzę na spacer. No i fajnie, że jest ten port bo jest gdzie łazić, jest się czemu przyglądać no i jest gdzie zjeść typowe portowe śniadanie z sokiem ze świeżych owoców. Fajnie poczuć na sobie ten poranny portowy klimat. Powracający z połowy rybacy taczkami, wiadrami, czymkolwiek wyładowywują swoje zdobycze, a czekający na brzegu kupcy już się przekrzykują chcąc jak najtaniej kupić coś najdroższego. Ci, którzy mają to za sobą, bo albo już sprzedali albo kupili, siedzą w którymś z licznych barów, piją piwo, grają w karty – dla nich dzień pracy się już skończył. Jako, że port przyciąga nie tylko handlowców rybami, ale i całą masę innych ludzi przeto nie dziwi, że oprócz ryb można tu kupić i wszystko inne. Każde puste miejsce przy drodze, każdy skwerek wypełnia się straganami z owocami, z kurczakami, z ubraniami, z narzędziami itd. itp. Korzystam z okazji i kupuję okulary przeciwsłoneczne bo właśnie co zgubiłem którąś już parę.
Wracam do hostelu. Marcin już wstał i głodny jak wilk żwawo podąża za mną do portu na śniadanie. Tym razem ja robię za przewodnka, bo kto rano wstaje temu Pan Bóg pozwala przewodzić. Posileni zasięgamy języka jak i za ile można przyjrzeć się z bliska okalającej Yaricoche lagunie, a przede wszystkim jak dostać się do położonych wzdłuż wiosek Indian Shipibo. Pierwsza zapytana osoba kieruje nas do przystani, gdzie nie tylko znajduje się biuro informacji, ale też parę agencji oferujących przejażdżkę po rzece, z zawinięciem do największych wiosek Shipibo – San Francisco i Santa Clara, z odwiedzeniem zoo na pobliskiej wyspie, z obserwacją różowych delfinów (co nie jest gwarantowane) i jeszcz coś tam i coś tam, czego już nie słuchamy bo usłyszawszy cenę dalsza rozmowa przestaje być interesująca. Rozglądamy się za innymi możliwościami i znajdujemy. Jak i co to było opiszę w następnym rozdziale pt. „Okolice Pucallpy”.
My tymczasem opuszczamy nasz hostel i przenosimy się do centrum Pucallpy, gdzie mamy się spotkac ze znajomym Marcina – Tomkiem, mieszkającym tu od sześciu lat, o którym wspomnę jeszcze w osobnym artykule. Tomek zjawia się punktualnie na placu de Armas i już w trójkę idziemy zwiedzać miasto, w którym nie ma nic do zwiedzania. No może nie tak całkiem nic. Tomek twierdzi, że warto zobaczyć port i bazar rozłożony na kilkunastu ulicach, podobno największy w Peru. Najpierw port. Przy okazji dowiem się jak, kiedy, no i za ile odpływają statki do Iquitos. Wiem, że przy obecnym stanie wody, podróż trwa około czterech dni, a więc gdybym jutro wypłynął, miałbym szansę zwiedzić Iquitos i zdążyć do Limy na przylot Jennifer. Port leży zaledwie kilkaset metrów od centrum. Już z daleka widać mrowie ludzi, krecących się pod barwnymi parasolami (a propos parasol, który tu nazywa się paraguas czyli przeciw czy na wodę, a u nas przeciw czy na słońce; sądzę, że powinno być odwrotnie bo przecież to u nas jest dużo deszczu,a tutaj dużo słońca; a może kiedyś w Europie bardziej obawiano się słońca, a tutaj deszczu? Kiedyś to sprawdzę), noszących na głowach, w rękach czy na plecach tony bananów. Nigdy nie sądziłem, że na świecie jest tyle bananów. Najlepsze widowisko jest jak podpływa statek, a zgraja wyrostków rzuca się kto pierwszy wejdzie na pokład i kupi jak najwięcej. Nie wiem ile płacą za kilogram prosto ze statku. Fakt, że na ulicy wzdłuż portu kupuje się kiść ważącą ok. 20 kg za jakies 3 – 4 euro, w sklepie parę ulic dalej jest już trochę drożej, a jeszcze dalej, czyli w centrum jeszcze drożej. A ile kosztuje kg bananów w Europie?
Idąc wśród nie tylko bananów, ale całej gamy egzotycznych owoców, i jak to w porcie również ryb, muszli, małży i wszystkiego tego, co można wyciągnąć z wody, dochodzimy do miejsca, z którego odpływają statki do Iquitos. No i proszę niespodzianka. Statek, który miał odpłynąć wczoraj jeszcze stoi, a ten co ma odpłynąć dzisiaj to nie wiadomo kiedy odpłynie, może jutro, a o ten jutrzejszy to nawet nie ma się kogo zapytać. Wchodzimy na ten wczorajszy, znaczy ten, który jeszcze stoi i się ładuje. Przy wejściu zaczytany w gazetę policjant na nic nie reaguje – pewnie dostał swoją dolę i nie bardzo się interesuje kto i co wnosi na statek, a wnosi się dużo. Pokład dla pasażerów jest już wypełniony po brzegi, to znaczy każdy wiszący jeden obok drugiego hamak jest już zajęty. Przy każdym hamaku oczywiście sporo większych i mniejszych pakunków także poruszać sie nie bardzo jest jak. Są jeszcze trzy wolne kabiny za bajońską sumę. Idziemy zobaczyć. Haha – kabiny. Metalowe pomieszczenie bez okna,dwa na dwa i pół metra z metalowym łóżkiem i starym cuchnącym materacem. W duchu myślę sobie, że może to i fajna przygoda byłaby płynąć cztery dni Amazonką, ale jednocześnie cieszę się, że nie muszę podejmować decyzji „samolot czy statek” skoro nie wiadomo kiedy następny odpłynie, nie mogę ryzykować. Tomek mówi, że może i lepiej bo różnica w cenie nie jest aż taka wielka, a na pewno bezpieczniej. Opowiada jak sam kiedyś płynął i był świadkiem strzelaniny wiadomo kogo z kim. Do tego na jutro Tomek zaprasza nas na wyprawę do dżungli do budowanego centrum hayouaski więc mam już całkowitą jasność -do Iquitos lecę pojutrze samolotem.
Port i moje dywagacje „statek czy samolot” pozostawiamy za sobą i idziemy w kierunku bazaru, na drugi koniec miasta. Dziwne ile Tomek poznał już tu ludzi. Co chwile przystajemy, by z kims zamienić dwa słowa, a Tomek opowiada, że ten to producent łodzi, ta to malarka, a tamten to facet, który potrafi wszystko załatwić. Widać, że nasz krajan nieźle zaaklimatyzował się w sercu dżungli i pewnie nie szybko będzie chciał ją opuścić. Docieramy do targowiska. Faktycznie wielke, głośne i kolorowe. Byłoby nawet przyjemne gdyby nie to, że w oczy od razu rzucają się uwiązane, przeznaczone na sprzedaż zwierzęta. Sa papugi, tukany, małpy, żółwie, węże i co tylko dżungla ma do zaoferowania, a co da się zjeść albo sprzedać jakiemuś obłąkanemu turyście. Straszny widok, którego nie łagodzi folklor i egzotyka sąsiednich straganów. Oczywiście nawet nie ośmielam się tego co tu widzę fotografować. Raz tylko ukrytym obiektywem celuję w śpiące pod stołem pełnym mięsa i jaj dziecko. Ten widok naprawde oddaje atmosferę tego miejsca, a przy okazji jest słodki jak ten bobas. Jeszcze trochę kręcimy się w prawo i w lewo i wychodzimy z tego galimatiasu zostawiając sobie na koniec to co zawsze na targowiskach jest najlepsze, a mianowicie sok ze swieżych egzotycznych owoców.
Długi dzień powoli się kończy. Mamy z Marcinem hostel przy głównym placu miasta, przy placu de Armas. Tu też jest nieźle. Cały plac obstawiony jest przez Indianki z plemienia Shipibo, handlujące ręcznymi wyrobami. Jest na co popatrzeć, ceramika, hafty, biżuteria – perełki kultury indiańskiej. Patrzę na te arcydzieła i myślę, że chociażby dla nich warto było przyjechać do Pucallpy. Do Pucallpy, która nie ma atrakcji turystycznych, która przyciąga do siebie jedynie poszukiwaczy złota, robotników do firm wydobywających ropę i gaz ziemny, a co za tym idzie jest jak do tej pory najniebezpieczniejszym i najbrzydszym miastem w jakim przyszło mi być w trakcie mojego „into the world”, ale która leży na szlaku do Iquitos i jest wrotami do amazońskiej dżungli, nie powinno się jej omijać. Powiedziałbym nawet, że żeby poznać Peru, obowiązkiem jest poznać Pucallpę. To taki mniej więcej obowiązek jak niedzielna wizyta u teściów. Nie jest aż nadto przyjemna, ale ma też swoje atrakcje jak na przykład smakowity obiad czy poobiednia kawa z jeszcze ciepłym ciastem. Pucallpa też ma swoje rodzynki typu laguna Yarinacoche, Indianie Shipibo czy otaczająca dżungla. Radzę tych rodzynek skosztować, a trochę napiszę o nich w następnym artykule.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł