Jakież było moje zdziwiene, gdy rankiem, wjechawszy do centrum Bariloche, znalazłem nad samym jeziorem, przy plaży, ogromny, prawie pusty parking. Zaskoczenie było jeszcze większe, gdy po krótkiej rozmowie z dwoma policjantami chodzącymi po parkingu, dowiedziałem się, że mogę tu stać jak długo zechcę, że parking jest bezpłatny i (co mnie już prawie zszokowało) całodobowo strzeżony przez policję. No to lepiej być nie mogło. Wprawdzie nie zamierzałem długo tutaj pozosta, ale skoro proponują mi takie warunki, no to zobaczymy. Może jest coś ciekawego do zobaczenia i przedłuże pobyt o jeden dwa dni?
Najpierw zwiedzę miasto, znajdę jakąś mapę, zjem śniadanie, a potem się zastanowie – pomyślałem i ruszyłem do centrum szukać informacji turystycznej. Okazało się, jakby przyjemności z parkingiem było za mało, że do tego wszystkiego i centrum miasta mam pod samym nosem, dosłownie 200 m. Centrum stanowi „centro civico“ (przestrzeń publiczna) obwarowane z trzech stron kolonialnymi zabudowaniami i otwartą czwartą częścia z widokiem na jezioro Nahuel Huapi, ciągnące się ponad 100 km. Tutaj znalazłem informację turystyczną, otrzymałem mapę, na którą jeden rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że dużo do zwiedzania tutaj nie będzie. Tak czy siak przy śniadaniu postanowiłem , że zostanę jeszcze ze trzy dni. Jeden dzień powałęsam się po mieście, a w tym: zwiedzę muzeum Patagonii (gdzie pewnie naoglądam się o podbojach tych ziem przez takich generałów jak Roka czy Moreno i o walkach z indianami Areaukanom), wstąpię do wyniosłej gotyckiej katedry, no a przede wszystkim zobaczę sklepiki z wyrobami czekoladowymi (ale tylko zobaczę!!!). Bariloche słynie w Argentynie z wyrobów cukierniczych. Drugiego dnia wybiorę się na wycieczkę na górę Corre Otto 1405 m.n.p.m., skąd prawdopodobnie rozciąga się nieprawdopodobny widok na miasto, jezioro i parki po obu jego stronach. No a trzeciego dnia, jako że parkuję przy plaży, to trochę relaksu czyli plażowania.
Po powrocie na parking miła niespodzianka. Koło mnie zaparkował wohnmobil ze Szwajcarami, z którymi “wigiliowaliśmy się” w Ushuaii. Ich zaskoczenie było niemniejsze, więc powitanie przeciągnęło się do godziny opowiadań kto gdzie był, co widział i co przeżył. Wieczorem umówiliśmy się na wspólną lampkę wina.
San Carlos de Bariloche jest stolicą regionu słusznie nazywanego argentyńską Szwajcarią. Jest to region pojezierza leżącego u podnóża Andów, a więc obdażony przez naturę wszystkim, co tylko jest potrzebne do uprawiania różnego rodzaju sportów i rekreacji. Są tu wspaniałe (chyba najlepsze w całej Ameryce Południowej) warunki narciarskie, żeglarskie, wędkarskie, rowerowe i do turystyki pieszej, jednym słowem raj dla lubiących odpoczywać aktywnie. Jak się domyślacie, w ślad za tym i całe miasto to oczywiście przede wszystkim znowu biura podrózy, oferujące niezliczoną ilość atrakcji, to restauracje, hotele, hostele itp. Powoli mam już dosyć tych turystycznych miast i miasteczek, więc po zwiedzeniu muzeum, katedry, przejściu paru ulic pachnących czekoladą – jednak skusiłem się na skosztowanie… pyyyycha – i wypiciu kawy w barze Caperucita roja (przynajmniej nauczyłem się, jak jest po hiszpańsku czerwony kapturek) wróciłem do auta i z dużo większą przyjemnością niż oglądanie wystaw, oddałem się urokom malowniczo zachodzącego nad jeziorem słońca. Tym wspanialej, że mogłem to spektakularne wydarzenie natury obserwować wprost z samochodu leżąc na lóżku.
Po zachodzie słońca lampka wina z sąsiadami, których nie udało mi się przekonać na wspólną wycieczkę nazajutrz w góry. Mieli inne plany.
Ja skoro świt wyruszam więc sam na podbój Corro Otto. Widoki na tyle wspaniałe, że co rusz zatrzymuję się, by pstrykać, pstrykać i pstrykać zdjęcia. Parę zamieszczam na blogu, więc sami możecie osądzić. „Pięknie” to chyba zbyt mało by określic to, co ogladałem z góry. Może więc cudownie?
Czas żegnać się z Bariloche i szukać następnych ciekawych, a może mniej ciekawych, ale za to malowniczych miejsc. Opalony i wyplażowany czwartego dnia rano wyruszam szukać mojej drogi RN40 w kierunku na północ, w kierunku Mendozy, do której zostało mi jeszcze dobre 1000 km.

 

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł