Czas w Seulu ucieka z szybkością z jaką się żyje w wielkich miastach. Raz, raz i zrobił się ostatni dzień. Dzień poświęcony na odrobienie zadania, czyli na dopatrzenie tego, czego nie udało mi się ogarnąć do tej pory. Pamiętam, że z mojej początkowej listy życzeń zostały dwa punkty: Pałac Gyeongbokgung i brama wjazdowa Dongdaemun Gate (jedna z wielu kamiennych bram wybudowanych wzdłuż miejskiego muru). Nie wątpię, a wręcz jestem przekonany, że lista listą, ale jak już będę w mieście to z pewnością znajdzie się jeszcze to i owo dodatkowo. I znajduje się od razu. Okazuje się, że brama prowadząca do pałacu, która we wtorek była zamknięta, a dzisiaj jest otwarta, sama w sobie też jest zabytkiem i to bardzo ważnym, a na mojej liście jej brak. Znaczy się, zaczyna się dobrze. Stoję pod ogromnym XV wiecznym zabytkiem Gwanghwamun Gate i już się cieszę co będzie dalej.

Dalej, przechodzę przez Gwanghwamun Gate na pałacowy dziedziniec, oczywiście wcześniej opłacając tę aktywność banknotami odpowiadającym ok. 2,5 Euro (wszystkie atrakcje w Seulu i okolicy mniej więcej tyle kosztują) i od razu jestem pod piorunującym wrażeniem. Pałac Gwanghwamun, co znaczy „Wielkie lub Błyszczące Szczęście” podobnie jak jego sąsiad Changdeokgung, o którym pisałem w poprzednim artykule, wzniesiony został w latach 1405 – 1412 za czasu panowania dynastii Joseon i był główną siedzibą króla Taejonga. Na przełomie XX i XXI wieku pałac poddano ogromnym pracom renowacyjnym. Nie muszę dodawać, że fundusze na ten cel w znacznym stopniu pochodziły z organizacji UNESCO, bo bezwzględnie i ten obiekt znajduje się na jej liście, a efekty długich i żmudnych prac podziwiać mogę spacerując właśnie po cudownych uliczkach jego kompleksu. Nie wiem jak długo spaceruję, bo przeniosłwszy się w początki XV wieku, tracę poczucie czasu i trudno mi wrócić z powrotem.    

Jakoś udaje mi się wrócić do rzeczywistego czasu i miejsca i przekroczywszy bramę pałacu, wychodząc na ruchliwą kilkupasmową jezdnię, od razu znajduję się w najważniejszym w Seulu miejscu. Jestem na Gwanghwamun Square. To tutaj między bramą Gwanghwamun i wychylającym się zza niej pałacem, a masywnymi pomnikami admirała Sunsin Yi i króla Sejonga, najchętniej i najczęściej spotykają się Seulczycy. Tutaj organizowane są różnego rodzaju wiece, protesty lub pochody. Akurat jestem świadkiem jakiejś manifestacji, ale za cholerę nie wiem, o co im chodzi. Zdjęcie ludzi z transparentami i chorągiewkami zamieszczę trochę niżej, w miejscu, w którym pokażę parę ujęć z codziennego życia w Seulu. Chwilę się tu zatrzymuję, a właściwie coś mnie zatrzymuje. Między pomnikami admirała i króla zauważam niewielkie wejście do podziemnego muzeum. Jest ono o tyle ciekawe, że poświęcono je jedynie tym dwóm osobom. Warto tu zajrzeć na chwilę by dowiedzieć się chociażby tego, że król Sejong był twórcą języka koreańskiego.

Wychodzę z muzeum, ale z historią Seulu jeszcze się nie żegnam. Ostatni punkt z mojej listy to również historyczny obiekt: brama Dongdaemun. Kilka kilometrów muszę się do niej pofatygować. To nic – i tak cały dzisiejszy dzień zaplanowałem na takie spacery, a tu jeszcze południa nie ma. Wolnym krokiem przemieszczam się na południowy wschód i proszę, jaka po drodze niespodzianka. Wiedziałem, że tak będzie. Szukając bramy Dongdaemun niechcąco odkrywam bramę Sungnyemun. Okazała kamienna Sungnyemun Gate, stojąca pośrodku ronda między szklanymi wieżowcami, niedługo pozuje przed moim obiektywem. Muszę przecież mieć jeszcze czas dla jednej z jej sióstr, stojącej kawałek dalej. Dongdaemun Gate trochę mnie rozczarowuje. Myślałem, że będzie to jakiś zmyślniejszy twór architektoniczny, ale poza tym, że oczywiście jest imponująca to niczym zasadniczym nie różni się od innych. A może po prostu dość mam już historii, zabytków i szarych murów? Może trzeba mi dla odmiany trochę współczesności, żeby znowu zaczęło mi się podobać. Plan zwiedzania mam wykonany więc zmieniam taktykę. Koniec z listą i mapą, teraz tylko przed siebie, gdzie oczy poniosą i zobaczymy, co się wydarzy.

Pomimo, że jestem w ścisłym centrum, na gwarnych ulicach, między drapaczami chmur, tak łatwo i szybko historii nie udaje mi się uciec. Seul umiejętnie łączy stare z nowym. Mimo, że ucieka do przodu, rozbudowując miasto wzwyż i wszerz, mimo że co krok oszałamia nieprawdopodobną technologią, to jednak kocha i pielęgnuje tradycję, co widać bodaj na każdym kroku.

A widać nie tylko dlatego, że kamienne pomniki przeszłości w nienaruszonym stanie, dumnie tkwią między nowoczesnymi aluminiowo – szklanymi konstrukcjami, ale przede wszystkim, dlatego że Koreańczycy lubują się przebierać w starodawne stroje i paradować w nich ulicami miasta. Stroje z minionych epok można kupić lub wypożyczyć na kilka godzin, na cały dzień lub na kilka dni w bardzo wielu sklepach rozsianych po całym mieście, ale najgęściej oczywiście w pobliżu historycznych zabytków, takich jak pałace Gwanghwamun czy Changdeokgung. Z nieposkromioną lubością celuję obiektywem w przebierańców, a oni z reguły często mi przed nim pozują.

Przy okazji taka myśl przychodzi mi do głowy – może i u nas wprowadzić zwyczaj zwiedzania np. Wawelu w ludowych strojach krakowskich lub Giszowca w szykownych, ślonskich klamotach. To w przeciągu zaledwie dwóch dni już drugi pomysł na biznes po powrocie z podróży dookoła świata. I kto zaprzeczy, że podróże kształcą? 😉

Teraz już definitywnie i ostatecznie żegnam stary Seul. Zrobiło się wczesne popołudnie, nogi jeszcze nie bolą, do domu wracać się nie chce, zwiedzanie i historia się już przesyciła, więc co? Więc pozostał na przykład spacer nad rzekę, bo tam jak się domyślam, wśród zieleni odpocznę trochę od śródmiejskiego gwaru. Zanim jednak dojdę do brzegów Han, a jest, co iść, podzielę się kilkoma fotkami z obserwacji codziennego życia ulicy Seulu. Mijam zabawnie wyglądających policjantów, którzy stoją pod rozłożystymi parasolami (parasol z hiszpańskiego to przyrząd chroniący przed słońcem, a nie wodą – para to „od/na”, a sol to” słońce”), wodne kurtyny dające trochę wytchnienia na uprażonych słońcem ulicach, ławki z towarzystwem o skamieniałej twarzy. Z ciekawostek – jeżeli trzeba zbyt długo czekać w kolejce na pełnym słońcu np. po placek z warzywami z ulicznego straganu, to można użyć parasola, stojącego w specjalnym pojemniku przy każdej budce, a jeżeli komuś się chce palić (mnie to już dzięki Bogu nie dotyczy) to ma problem, chyba że znajdzie taką budkę, w której mu będzie wolno oddać się swojemu nałogowi. Na ulicach nie wolno.  

Niektórzy pytają – co jem? A coś takiego też. Placki z warzywami ze straganu przy ulicy.

Gdy maszeruję wzdłuż cudownie ukwieconych brzegów rzeki Han, rzuca mi się w oczy zdjęcie mostu z tryskającymi z niego kolorowymi fontannami i notatka, że most Banpo to jedna z fajniejszych atrakcji Seulu i że nie można tego ominąć. No jak ominąć skoro już tu jestem? Do Banpo Bridge, jak pokazuje mapa, mam około 2 km, czyli jakieś 20 min drogi. Za chwilę zacznie się ściemniać, czyli powinienem dotrzeć tam na czas. Jestem kilka minut przed ósmą, a o ósmej i tak co pół godziny rozpoczyna się świetlno – wodne widowisko. Nic nadzwyczajnego. Iluminacje powstałe od promieni chowającego się w nurtach Han słońca sto razy przebijają te sztuczne, pryskające z krawędzi mostu, podświetlone kolorowymi światełkami strugi wody. Niemniej to miła odskocznia od kamienno-aluminiowo-szklanego miasta leżącego tuż obok. Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Seulu dla złapania równowagi i odprężenia warto się choć na chwilę wybrać nad szeroką, powolną Han.  

By wrócić do domu, nie da się jednak nie wracać znowu przez miasto. Mimo, że zapadła już noc i ulice teoretycznie zalać powinna atramentowa czerń, bez problemu kieruję ku nim swe kroki. Miasto żyje nocą tak samo jak w dzień. Ulice, na których temperatura spadła do normalnej, oświetlone blichtrem neonów, świateł i ruszających się reklam są bardziej kolorowe i bodaj faktycznie żywsze niż kilka godzin temu więc nocny spacer w niczym nie przypomina tego południowego.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł