Jadąc któryś rok przez świat, bodajże jest to już siódmy, zauważam, że mijane kraje różnią się od siebie sposobem w jaki je poznaję. I tak na przykład są kraje lub miejsca, po których świetnie mi się wędrowało lub takie, które chętnie zwiedzałem ze względu na wspaniałe zabytki czy unikatowe krajobrazy. Były też miejsca, w których po prostu odpoczywałem i nie robiłem nic. Zdarza się, że gdzieniegdzie można doświadczyć tego i tego, a czasem i jeszcze tamtego lub tak jak w Meksyku lub Tajlandii wszystkiego naraz, ale to rzadkość. Korea póki co, należy do miejsc godnych zwiedzenia, bo zabytków (zwłaszcza w Seulu) mają mnóstwo i wszystkie ładne. A czy jest tu coś więcej? Jeszcze nie wiem, ale jadę się właśnie przekonać. Znaczy nie jadę tylko lecę, bo na cel następnego postoju obrałem sobie, podobno najpiękniejszy zakątek Korei, leżącą między Morzem Żółtym, a Morzem Wschodniochińskim, wyspę Jeju (czyt. Czedżu). Tak przynajmniej o niej mówią i piszą, a ja, mimo że nie zawsze wierzę słowu pisanemu i mówionemu (dopóki sam nie sprawdzę) to jakoś teraz jestem przekonany, że się nie zawiodę. Pewnie nie bez kozery od roku 2007 cała wyspa wpisana została na światową listę dziedzictwa UNESCO, a od roku 2010 widnieje nawet na liście 7 nowych cudów świata. Skoro tak, to myślę, że cel obrałem słuszny. Nie od razu jednak wszystkie cuda wpadają mi w ramiona. Zaraz po wylądowaniu moją uwagę zwracają trzy, nie wszystkie związane z cudami świata, rzeczy. Po pierwsze, to co rzuciło się w oczy już na lotnisku, to psy poubierane w kolorowe fartuszki, czapeczki i czasem skarpetki. Taki chyba mały fiołek mieszkańców Jeju. Po drugie mnóstwo wyrzeźbionych z lawy wulkanicznej pomników, stojących dokładnie wszędzie gdzie tylko się da. Przedstawiają jakichś dziwnych ludków z dużymi oczami i złożonymi na ciele dłońmi. Później okaże się, że oprócz tzw. „Kamiennych dziadków”, stanowiących symbol wyspy, znajdę też inne postaci, ale o tym za chwilę. Po trzecie w końcu, wszechwidoczny (o ile nie zakrywają go chmury), wyrastający z samego środka wyspy, gigantyczny jak na tak małą powierzchnię, wulkan Hallasan lub Halla San (jednocześnie jest to najwyższy szczyt Korei Południowej 1950 m.n.p.m.). 1950 metrów wydaje się niezbyt wysoko więc jeżeli tylko pogoda i nogi pozwolą to już chyba wiem co chcę tu robić.

Niestety drugi dzień rano pokazuje, że z tym „chceniem” to nie tak do końca może mi wyjść. Trochę się wczytałem i okazuje się, że ani wyspa nie jest taka mała jak myślałem, ani wulkan tak prosty do zdobycia jak mi się wydawało. Czy uda mi się zatem urzeczywistnić to co wczoraj mi się zachciało, a dzisiaj dalej chce? Nie wiem. Tak czy siak Park Narodowy Hallasan, w którego obrębie znajduje się wulkan muszę koniecznie odwiedzić, nawet gdybym nie wchodził na wulkan. Przy okazji czytania o wyspie znalazłem jeszcze parę innych równie super miejsc, do których też muszę trafić, więc jest co robić. Tylko jak? Odpowiedzi na tak krótkie, ale jakże skomplikowane pytanie, szukam przechadzając się wczesnym rankiem po Jeju mieście, które pełni rolę stolicy i tak jak cała wyspa, ma swoje urokliwe miejsca, odkrywane przeze mnie zupełnie mimochodem – ot, tak spacerując zupełnie bez celu. Ciekawe stare cmentarze i towarzyszące im zabudowania to rzadkie, ale bardzo cenione przeze mnie miejsca, więc i tutaj, gdy takowy spotykam poświęcam mu więcej niż kilka minut uwagi. Podobnie jest nad czarującym ujściem rzeki, przy którym mój aparat fotograficzny tęgo haruje i dopiero po przespacerowaniu równie cudownego, ukształtowanego przez wulkaniczną lawę wybrzeża i po znalezieniu odpowiedniego miejsca na śniadanie w plenerze, mam czas zastanowić się, co i jak dalej. Już wiem, że ani pieszo nie dojdę ani rowerem nie dojadę do wszystkich miejsc, które koniecznie chcę zobaczyć. Są zbyt daleko od siebie. Jedne na północnym wschodzie, inne na południu, wulkan w środku, a ja jestem dokładnie na północy. Może motorower lub skuter tak jak to robiłem w krajach południowo-wschodnich? Najtańszy skuter (wypożyczalnię mam zaraz obok) kosztuje 30 euro na dzień. Odpada. Komunikacja miejska? Zbyt uciążliwa i czasochłonna – nie zdążę. Pozostaje dowiedzieć się na lotnisku o samochód. Piękna, biała, klimatyzowana Toyota za 18 euro na dzień. To jest to. Biorę. Dodatkowy atut wypożyczenia samochodu na lotnisku jest taki, że oddam go tuż przed odlotem, czyli zaoszczędzę paru kilometrów marszu z ciężkim plecakiem. Hurra – załatwione! Od jutra wyspa Jeju należy do mnie. Jeju jak się cieszę.

Na dzisiaj plan mam bardzo ambitny. Chcę objechać prawie całą wyspę, wpaść na jedną czy dwie plaże, bo słyszałem, że cudne, odwiedzić jaskinię Manjanggul, wdrapać się na Ilchulbong, odnaleźć ze dwa albo trzy wodospady i jak czas pozwoli zakończyć dzień w muzeum miłości. Jutro zostanie tylko, albo aż tylko, park i wulkan Hallasan. Rano z pośpiechu, a i zapewne z niemałego podniecenia wywołanego spotkaniem face to face z jednym z 7 cudów świata, zapomniałem, że tym razem mam hostel „breakfast inclusive” i dopiero około ósmej, jak już jestem daleko, daleko, na jednej z bajecznych plaż, żołądek nieznośnie mi to wytyka. Zatem tradycyjnie: pomidor, bagietka, kawa i kawałek trawnika w terenie. Niewątpliwie jedzenie w tak niezwykłych okolicznościach przyrody rekompensuje kilkukrotnie fakt, że płacę za śniadanie podwójnie. Wydaje się, że tym razem nic nie tracę. Plaże zgodnie z oczekiwaniem zachwycają, natomiast jaskinia Manjanggul, do której właśnie wchodzę i oprócz ciemności ogarnia mnie przejmujący chłód (z 33 st. na zewnątrz wpadam po kilkunastu schodach do 12, czyli jak do lodówki) już znacznie mniej. Nawet niestety trochę rozczarowuje. Trochę, bo na pewno interesujące jest przejść się kilometr tunelem wydrążonym przez Matkę Naturę w lawie wulkanicznej i przyjrzenie się jego ścianom, ale jeżeli nie jest się z zawodu albo z zamiłowania geologiem to efektu „wow” na pewno tu nie ma. Ja z geologią nie mam nic, a nic wspólnego więc totalna klapa. Kilometr w jedną, kilometr w drugą i wracam. Mam nadzieję, że znacznie przyjemniej będzie nie pod, a na tworze geologicznym, jakim jest Seongsan Ilchunbong, (napisałem – tworze geologicznym, bo został stworzony w bardzo dziwnych warunkach na skutek zderzenia się gorącej lawy z chłodnym morzem i powstałej w ten sposób pary, która doprowadziła do hydromagmatycznej erupcji. O szczegółach tego procesu każdy sobie może doczytać, bo ja spieszę się na szczyt), pod który właśnie dotarłem i który na razie widzę z lotu ptaka na ogromnym afiszu przy wejściu. Wprawdzie obiecałem moim kolanom jeszcze jednodniowy odpoczynek przed jutrzejszą wędrówką na wulkan, ale przecież te kilkaset stopni nie powinno im sprawić problemu. Szybko pamiątkowe zdjęcie pod tablicę UNESCO i już pędzę na schody.

Na górze, jak to zwykle na górze widok zapiera, dech. Nieraz piałem, ale powtórzę jeszcze raz – takie widoki warte są pokonania nie tylko kilkuset schodów w słonecznym żarze, czy kilkuset metrów (tu akurat tylko 180) w każdych warunkach, bo trud na szczycie zawsze zostanie sowicie wynagrodzony. Jest cudownie, jest fantastycznie, jest bajecznie. Pstryk, pstryk, pstryk. Widok z góry ma jeszcze jedną zaletę. Oprócz cudownych, rozciągających się po horyzont pejzaży, można ujrzeć, co dzieje się pod nosem, czyli w moim przypadku u podnóża Ilchunbonga. A coś się dzieje, bo na plaży z prawej strony widzę jakieś większe zgromadzenie. Nie, czym prędzej, ale powoli sycąc się do woli i jak najdłużej otaczającą przyrodą, schodzę zobaczyć, co się dzieje.

A dzieje się, oj dzieje. Skaliste wybrzeże i czarną plażę upodobały sobie „Kobiety Morza” zwane tutaj Haenyeo do swoich niecodziennych polowań. Wyspę Jeju, zamieszkuje grupa kilku tysięcy kobiet zajmujących się wydobywaniem z morza jego owoców w postaci: ośmiornic, jeżowców i ślimaków. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że potrafią one bez butli z tlenem, wyposażone tylko w okulary i płetwy zejść na głębokość nawet do 30 metrów i pozostawać tam około 3 minut(!) Pikanterii wszystkiemu, czego można dowiedzieć się o Kobietach Morza dodaje fakt, że ich średnia wieku wynosi 60! lat. Natomiast pikanterii wyłowionym przez nie delicjom, serwowanym bezpośrednio po wyjściu z morza, dodają pyszne sosy i inne dodatki, które z zachwytem próbuję i jeszcze długo po degustacji się oblizuję.

A propos degustacji – Jeju, poza unikatową w skali światowej przyrodą, słynie też z wyjątkowo pysznej kuchni. Oprócz ślimaków czy ośmiornic wyłowionych przez Haenyeo, w budkach przy każdej plaży skosztować można prażonych robaków, a w licznych restauracjach, typu polskie bary mleczne, już bardziej wysublimowanych typowo koreańskich dań z mnóstwem przystawek. Niebo w gębie.   

Tak się zasiedziałem pod Ilchunbongiem, że o dotarciu do wodospadów już dzisiaj mowy nie ma. Trzeba będzie dołożyć je do jutrzejszego planu, który pewnie się skróci, bo zaciągające się coraz bardziej grubymi chmurami niebo, nie rokuje szans wyjścia na wulkan. Szkoda, bo w centrum UNESCO, które niespodziewanie znalazłem w drodze powrotnej, pośród wielu zdjęć, map i opisów, to jedno, największe bardzo mnie elektryzuje. To czubek wulkanu Hallasan. Fajnie byłoby na niego wejść lub przynajmniej zobaczyć z bliska, ale cóż – z naturą się nie wygra i czasem trzeba odpuścić. Chyba, że?  No nic –  zobaczymy jutro.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł