Mimo zachmurzonego nieba, mimo braku widoczności wulkanu wybijającego się w normalnych warunkach ze środka wyspy ku niebu, a tym samym mimo widoków wdrapania się na niego i tak z samego rana odpalam samochód i znowu zapominając o hotelowym śniadaniu, które serwowane jest zbyt późno, ruszam na południe w kierunku parku Hallasan. Plaże, wulkaniczne wybrzeże, skaliste urwiska, „kamienne dziadki” i Haenyeo w różnych formach (rzeźbione i malowane), umilają mi ponad dwugodzinną podróż. Po wyspie Jeju jeździ się bardzo powoli, a i od czasu do czasu trzeba się zatrzymać, by to i owo zobaczyć z bliska, tego i owego dotknąć lub powąchać czy po prostu stanąć i nacieszyć się pięknym widokiem. Nie dziw więc, że przejechanie zaledwie 50 km zajmuje mi tyle czasu.

Natomiast nie tak dużo czasu jak przypuszczałem, poświęcam wodospadom Cheonjiyeon i Jeongbang, odnalezionym na południu, niedaleko drugiego po Jeju, największego miasta na wyspie – Seogwipo. Nie żeby wodospady były brzydkie – wodospady zawsze są ładne, ale teren wokół i brak możliwości podejścia pod strumień spadającej wody, nie mówiąc o możliwości kąpieli, nie zachęca do dłuższego pobytu. Ot ładny spacer drewnianymi pomostami przez park z widokiem na trzy skalne uskoki wodne, z których nawet niezbyt dużo wody spada, bo i okres nie ten. Pora sucha. A tak naprawdę to moje myśli już są gdzie indziej. Moje myśli błądzą już po ukrytych w wysokich trawach ścieżkach sąsiedniego parku Hallasan. Nie mogę się już doczekać na prawdziwą naturę, a nie tylko taką parkową, śródmiejską. Po raz pierwszy coś bardziej mnie do siebie ciągnie niż wodospady. Przeważnie to one wyznaczają kierunek moich wędrówek, a dzisiaj dla odmiany jest inaczej. Uciekam. 

W parku na parkingu ciasno. Widać Hallasan, jak można było przypuszczać, przyciągnęło tu nie tylko mnie. Trudno. Z tym jestem już od dawna pogodzony, że wszędzie gdzie ładnie trzeba się liczyć z innymi miłośnikami natury, ale im większy teren i im więcej wyznaczonych szlaków tym większa nadzieja, że nie będzie się wzajemnie deptać po piętach. Park Hallasan jest duży. Wędrownych tras, jak wynika z wręczonej mi przy wjeździe na parking mapy, jest sporo, także pełen optymizmu na udaną, niezbyt tłoczną wycieczkę, zostawiam auto i ruszam w górę. Optymizm lekko się chwieje, gdy zadarłszy do góry głowę widzę kłębiące się nade mną chmury. Z tym, że nie wejdę na wulkan już się pogodziłem, ale z tym żeby przynajmniej po parku nie powędrować sobie kilku godzin bez deszczu, jeszcze nie. Na wszelki wypadek chowam do plecaka pelerynę i nich się dzieje, co chce. Póki co nie pada, póki co jest ścieżka prowadząca w pachnący cudowny las i póki co jest fajnie.  

By opisać, co dzieje się dalej muszę się bardzo koncentrować, bo brak mi słów. Najchętniej napisałbym tylko super, super, super, ale to i tak nie oddałoby mojego zachwytu. Myślałem, że połażę sobie płaską dróżką między drzewami, wsłuchany w ptaków ćwir i wpatrzony w leśny świat, a tu miast płaskiej drogi przez las robi się coraz stromiej, coraz wyżej i coraz bajeczniej. Jedynie kolana nie przygotowane do takiej wędrówki czasem jękną, ale każdy krok w górę powoduje, że żal mi go stracić i wracać więc robię następny i następny i tak jestem coraz wyżej i wyżej aż w pewnym momencie wydaje mi się, że głową sięgam chmur. One są coraz niżej. By nie zanudzać opisywaniem mozolnego wspinania się ku wierzchołkowi wulkanu Hallasan, napiszę tylko, że droga choć męcząca, obfituje w takie widoki i wrażenia, że nie ma takiej siły, no chyba że ogromna burza z piorunami, która kazała by mi zawrócić. Diabelnie strome pokryte gęstym lasem urwiska, przecudne kolorowe krzewy porastające granie nad zieloną ścianą lasu i kłębiące się granatowe chmury powodują, że dzikość i piękność natury czuję dosłownie na sobie. Dopiero na górze, ale jeszcze pod szlakiem na sam szczyt, zastanawiam się czy dalsza wędrówka faktycznie ma sens. Mgła robi się tak gęsta, że ani ścieżki ani cudownej wokół przyrody, choć oko wykol, nie widać. Przy małym źródełku uzupełniwszy ubytki wody w organizmie, po krótkiej przerwie wracam. Robię kilkanaście kroków, gdy coś lub ktoś szepce mi do ucha – jeszcze nie wracaj. Masz czas. Może coś się zmieni. Pogoda w górach, niczym „la Donna, e mobile” jest. Czuję się przekonany, zwłaszcza tym argumentem, że faktycznie mam czas, i mimo gęstej mgły, odwracam się i wbijam się prosto w nią. W miejscu gdzie spotyka się kilka szlaków i skąd już tylko ostro, bardzo ostro w górę, można próbować zdobyć szczyt krateru, droga definitywnie się kończy. Po pierwsze jest zamknięta, pewnie ze względów bezpieczeństwa, a po drugie nie ma sensu brnąć dalej w górę, gdy szanse na nagrodę są nikłe. Nie ma wyjścia – wracam. Wprawdzie nie zobaczyłem tego co zobaczyć pragnąłem, ale wszystko co widziałem zanim świat wokół schował się we mgle i wszystko co czuję i przeżywam w dalszym ciągu, przewyższa oczekiwania jakie jeszcze kilka godzin temu miałem wobec spaceru po, jak myślałem, lesie. Wracam, wracam i znowu coś czy ktoś szepce mi do ucha – spójrz za siebie. Pamiętacie Roba przewodnika w kanionie Antelope w Arizonie? On to wmówił mi bym pamiętał, że zawsze trzeba spoglądać wstecz, bo inaczej widzi się tylko połowę. Pamiętam. Odwracam się i… I wielkie WOW!!! Krater, który wczoraj oglądałem na zdjęciu, a który tak bardzo pragnąłem zobaczyć w naturze, wynurza się niczym zjawa z jeszcze przed momentem oblegającej go mgły. Po chwili ukazuje się w całej swojej krasie. Cóż za widok. Cóż za piękne ukoronowanie mojej kilkugodzinnej wspinaczki. Cudownie. Stoję oparty na kiju tak długo, a trwa to kilka minut, aż nowe chmury ponownie zakrywają czubek wulkanu Hallasan w swoich ramionach i już teraz bez żadnego żalu, mogę skierować się ku ścieżce w dół. Tym razem droga jest bardziej urozmaicona. Po pierwsze już tak się nie męczę, więc spokojniej mogę obserwować wszystko dookoła, a po drugie tańczące nade mną chmury co rusz albo zasłaniają wszystko, albo rozsuwają się na tyle, że nad głową mam piękne błękitne niebo i złociste promienie słońca cudownie oświetlające wystające znad lasu skały. I znowu muszę napisać, że jest cudnie, ale co zrobię skoro faktycznie tak jest. Dopiero na samym dole pogoda znowu się załamuje i wyjeżdżając z Parku Hallasan nie widać znowu kompletnie nic. Dla mnie to już jednak bez znaczenia. Co miałem widzieć to zobaczyłem, a co przeżyłem na długo, jeśli nie na zawsze zostanie we mnie.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł