O ile mózg, czyli centrum zarządzania państwem, znajduje się naturalnie w Pekinie, o tyle serce Chin z pewnością bije w Shanghaju. Nie piszę tego dlatego, że tak mi się wydaje, ale dlatego, że od razu po wyjściu z pociągu, potem w metrze i w trakcie pieszego, krótkiego spaceru do hostelu, mimo bardzo wczesnej pory, czuję wyraźnie mocny puls unoszący się w powietrzu, którego na razie nie jestem w stanie pojąć, ani zidentyfikować, a co dopiero opisać. Mimo to, od pierwszych chwil pobytu, w Shanghaju, jestem pewien, że życie tętni tu tak mocno, że miasto to nigdy nie śpi. Nawet moje zmęczenie długą podróżą i krótką nocą, momentalnie ustępuje, a wszechobecny, życiodajny puls tak energetyzuje, że w jednej chwili postanawiam jak najszybciej dojść do hotelu, zostawić plecak i od razu ruszyć tam, skąd jak mi się wydaje, wydostaje się cała energia, czyli do ukrytego między drapaczami chmur centrum. A jednak nie. Czy to krótki, ale jednak męczący spacer z plecakiem, zatłoczonymi ulicami, czy może śliczny, mały hostel, ukryty pod rozłożystymi drzewami kilka metrów od brzegu rzeki, z jeszcze ładniejszym pokojem i ogrodem, sprawiają, że jednak wracam do pierwotnych zamierzeń. Rzucam się na łóżko, wyciągam nogi i łaknę chwilę bardzo już potrzebnego odpoczynku. Hostel i spokój w nim panujący tak mi się podoba, że wyjście w miasto w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń odkładam nie tylko na później, ale całkowicie na jutro. Tym bardziej, że w podróży, mimo, że rzadko o tym piszę, między zwiedzaniem, przemieszczaniem się i planowaniem, co, gdzie, kiedy, trzeba też znaleźć czas i miejsce na bardziej prozaiczne sprawy typu pranie, przegląd plecaka, szycie tu i tam pojawiających się dziur i oczywiście koniecznie, czyszczenie i pastowanie kapelusza. Poza tym, od czasu do czasu, po prostu fajnie jest zapomnieć na chwilą o wszystkim dookoła, wyłożyć się w cieniu palmy na bujanym fotelu i zanurzyć nos w pasjonującej lekturze. Tego mi teraz trzeba i wydaje się, że znalazłem bardzo ku temu sprzyjające i warunki. Długo się nie zastanawiam. Najpierw pranie, potem książka. Shanghaj czeka do jutra.

Tętno, pulsującego całą noc miasta, dosyć szybko wyrywa mnie z łóżka. Jeszcze świt na dobre nie przegonił ostatnich mrugających gwiazd i coraz bardziej bladego księżyca, a ja już w pełnej gotowości, z elegancką, turystyczną mapą, którą obdarowała mnie obsługa hostelu, stoję u drzwi i błądząc po niej palcem i wzrokiem, zastanawiam się, od czego zacząć moją przygodę z zamorskim miastem. Shanghaj w dosłownym tłumaczeniu znaczy właśnie za morzem, lub przez morze. Możliwości mam naturalnie jak zawsze w wielkim mieście, wiele, a wśród tych wielu, też tak jak zawsze kilka, które zobaczyć muszę koniecznie. W Shanghaju, jako się rzekło sercu Chin, są jak na serce przystało dwie komory, pompujące życie na całą resztę nie tylko miasta i państwa, ale bodaj całego rejonu południowo wschodniej Azji, a kto wie czy i nie całego świata? Te komory to: z lewej strony wyspa Pudong naszpikowana jak jeż kolcami, drapaczami chmur, bo to na niej ulokowała się światowa finansjera i z prawej Plac Ludowy otoczony zabytkowymi budynkami z różnych epok i o różnych architektonicznych stylach, w których schowana jest cała historia miasta.  Do obu tych miejsc nad zatoką prowadzi niczym aorta najbardziej w tej części świata znana promenada Bund, na której ruch nie ustaje nigdy, ale w zależności od pory dnia mocno się od siebie różni. Rano, o wschodzie słońca, czyli teraz, najwięcej na nim ćwiczących, biegających i tańczących tubylców. W południe deptak zapełniają bankowcy, handlowcy, urzędnicy itp. w białych koszulach, ciemnych garniturach i obowiązkowo przeciwsłonecznych okularach,. w
Wieczorem natomiast deptak biorą we władanie turyści z całego świata z długimi aparatami fotograficznymi, przygotowujący się do spektakularnego zachodu słońca. Poza komorami serca, są jeszcze inne równie ważne dla prawidłowego funkcjonowania miejskiego organizmu, żyjącego w znacznym stopniu z turystki, organy, które też chcę zwiedzić, a do których bez wątpienia należą: była Francuska Koncesja, Stare Miasto z ogrodem Yuyuan, East Nanjing Road, najdroższy handlowy pasaż, czy, przynajmniej dla mnie bardzo ważne, oddalone nieco od centrum, mniej turystyczne dzielnice, z normalnym tubylczym shanghajskim życiem, którego też jestem bardzo ciekaw. No i właśnie zastanawiam się, jak rozpocząć mój pierwszy dzień. Pierwszy, bo, mimo że czas nagli, mimo że zaraz za Shanghajem na mapie rozlewa się ogromna zielona plama pełna gór, lasów i wszystkiego, co się w nich znajduje i bardzo mi już tam spieszno, to jednak miasta, które dla Chin jest jak Nowy Jork dla Stanów Zjednoczonych, nie chcę traktować po macoszemu, poświęcając mu tylko jeden dzień. Poświęcam dwa i po namyśle dzielę je według podobnego schematu. Dzisiaj zacznę od śniadania w turystycznym rejonie, czyli gdzieś na starym mieście, potem przejdę lub dojadę do Francuskiej Koncesji i pieszo, już mnij turystycznymi szlakami wrócę do domu. Jutro odwrotnie. Zacznę od spaceru wzdłuż rzeki, dzielnicami, gdzie raczej ludzie taszczący ogromne aparaty fotograficzne się nie zapuszczają, by okrążywszy miasto od północy, po południu dojść na shanghajski Wall Street, czyli opisany wyżej Bund, na którym nie tylko najgłośniej słychać bicie miejskiego serca, ale, z którego również najlepiej oglądać panoramę wieżowców Na Pudong z Sightseeing Tour na czele. Widok jest tym ładniejszy jeżeli ujrzy się go, o zachodzie słońca.

Stare miasto z portowymi zaułkami, w których już nie unosi się w powietrzu zapach opium, a drewniane magazyny zapomniały, o handlu jedwabiem i herbatą, nie bardzo mi imponuje. Odkąd opium, jedwab i herbata, przestały być najatrakcyjniejszym towarem, a pieniądz w ślad za firmami finansowymi i bankami przeniósł się na wyspę Pudong, zabierając ze sobą handel, nierząd i hazard, powodując, że niegdyś pełna życia, bogata dzielnica portowa całkowicie upadła i przeszła w zapomnienie. Dzisiaj jedynie w niewielkim parku z ładnym widokiem na wieżę w kształcie otwieracza do butelek i drugą w kształcie korkociągu, starsi panowie grywają w domino i gdyby nie cudowny  ogród Yuyuan, leżący tuż obok, turyści by tu pewnie nie zaglądali.  Yuyuan, to z kolei miejsce gdzie tłumy pchają się wszelkimi możliwymi wejściami i faktycznie będąc w Shanghaju nie można tu nie zajrzeć. Ogród z czasów dynasti Ming otoczony wspaniałymi budynkami z jeszcze dawniejszego okresu, z czasów panowania pierwszej dynasti Qing, między którymi nieskończonym labiryntem wąskich uliczek (niestety gęsto zastawionych straganami z nadmiarem pamiątek, słodyczy i innych bzdetów) dotrzeć można do małych stawów z fontannami, dużego placu i bogato zdobionej świątyni, robi kolosalne wrażenie. Gdyby tylko nie ta masa sklepików proponujących wszystko od cukrowej waty po stylizowane na lata 30-te ubiegłego  wieku zdjęcia w formacie 3D i tłumu turystów ledwo mieszczący się w wąskich uliczkach, można by było z pewnością posiedzieć tu dłużej. A tak, po przejściu ogrodu dookoła, zwiedzeniu nader ciekawej świątyni i pogapieniu się chwilę na fontanny, biorę nogi za pas i uciekam w kierunku Francuskiej Koncesji. To też niezła atrakcja. Niewielka, wydzielona w 1844 roku i oddana pod francuski zarząd, część miasta, do dzisiaj zachowuje swój odrębny styl, ciekawą, niepodobną do tej z kilku przecznic wcześniej, atmosferę i unoszący się w powietrzu francuski zapach, wydobywający się z rzędu butików, prawdopodobnie w dalszym ciągu dyktujących, co się tu nosi i czym się tu pachnie. Mnie, jako, że od ogrodu Yuyuan przyszedłem pieszo, a pokonać musiałem ponad 5 km różnymi, niekoniecznie schludnymi, ulicami z bogato strojonymi wystawami sklepowymi, różnica ta bardzo wyraźnie rzuca się w oczy. To naturalnie dodatkowy atut poruszania się po mieście pieszo. Takim sposobem zwiedzania nie tylko więcej widzę i czuje, ale też dużo wyraźniej zauważam różnice lub podobieństwa między poszczególnymi dzielnicami. Naturalnie ceną za to jest późniejszy ból nóg, ale do tego, że rano zawsze bolą, już dawno się przyzwyczaiłem, więc nic mi to nie robi. Do hostelu również wracam pieszo, chociaż ten odcinek z racji zmęczenia i zapadającej szybko ciemności nie jest już tak atrakcyjny.

Dużo ładniej zaczyna się nazajutrz, gdy zgodnie z założeniem wędruję sobie do południa bez wyraźnego celu po północnych obrzeżach miasta, dających mi bardzo dużo możliwości obserwowania normalnego, codziennego życia, które nie wydaje się jakoś specjalnie szybkie, czy mocno stresujące. Wręcz odwrotnie. Im dalej od centrum, (chociaż zbytnio się nie oddalam, bo przecież nóg na loterii nie wygrałem), tym czas bardziej zwalnia, ludzie poruszają się wolniej, a stres towarzyszący przeważnie, kilkumilionowym metropoliom, jest niezauważalny. Nawet obywatel z czerwoną opaską na ramieniu mieniący się pewnie ludowym milicjantem, nie przejmując się, że jest w pracy, kładzie się na ławce i zasypia. Widać władzy wolno 😉

Gdy słońce osiąga swój najwyższy punkt, a jego promienie zaczynają mnie mocno grzać , w nadziei na lekką bryzę i chłodzący wiaterek, zawracam w kierunku rzeki. Wiedząc, że czeka mnie dzisiaj jeszcze kilka kilometrów spaceru, absolutnie nie zamierzam przyspieszać kroku, ale coś dziwnego powoduje, że krok przyspiesza sam. Czyżbym dostał się już do głównej tętnicy miasta, promenady Bund, która niczym wir porywa mnie i niesie gdzieś w okolice serca? Chyba tak. Będąc pod wrażeniem wspaniałych, starych budynków po prawej stronie shangajskiego Wall Street i jeszcze wspanialszych, nowoczesnych drapaczy chmur z lewej, nawet nie zauważam jak i kiedy docieram do głównego punktu miasta do Placu Ludowego. Do zachodu słońca mam jeszcze chwilkę. W sam raz tyle by zajrzeć do muzeum, spojrzeć na największą makietęmiasta, przejść się do portu, z którego wypływają turystyczne statki opływające wyspę Pudong, pogłaskać po jajach albo po rogach, spiżowego byka, bo podobno przynosi to szczęście i w porę wrócić na promenadę. Mimo długiego głaskania tu i ówdzie byka, więcej szczęścia mi już dzisiaj nie trzeba. Akurat zaczyna się cudowny, kolorystyczny spektakl stworzony z połączenie natury i cywilizacji. Główni aktorzy, tego niebywałego widowiska to oczywiście zmieniające swą barwę zachodzące słońce i szklane sięgające nieba wieżowce, które odbijając od swoich ścian jego blask, kładą go niczym pozłacaną chustę na tafli delikatnie falującej rzeki. Coś cudnego. Szkoda tylko, że tak szybko się kończy. Szkoda? Eee – chyba nie. Jak śpiewała Anna Jantar, „nic nie może przecież wiecznie trwać”, więc napatrzywszy się dowoli, nie bardzo żałuję utopionego w wodzie słońca i nastającego zmierzchu, tym bardziej, że od jutra czeka już na mnie to, na co ja czekam od kilku tygodni. Od jutra, żegnajcie miasta, żegnaj wysoko-technologiczna cywilizacjo, witaj naturo, przyrodo, witajcie lasy, góry i ukryte w was strumyki. Szczęście obiecane przez byka, którego dzisiaj już nie wykorzystam, pakuję do kieszeni, może się przyda w górach, szybko przechodzę najbogatszą ulicą Chin, East Nanjing Road, pełną luksusowych sklepów, wykwintnych restauracji, drogich hoteli migających neonów i niesamowitej ilości ludzi i wracam mocno zmęczony, ale bardzo uradowany do hostelu. Mimo, że nie jestem fanem włóczenia się po miastach, to jednak zawsze, gdy to robię, o ile nie trwa to zbyt długo, na końcu jestem bardzo zadowolony. Ostatniego dnia wieczorem w Szanghaju nie jest inaczej.

Rano szybko siadam w szybki, ba, bardzo szybki pociąg i niebawem jestem w… o tym opowiem w następnym artykule.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł