W Unawatunie, następnym, małym nadmorskim miasteczku, przy południowych plażach Sri Lanki, w dystrykcie Galle, spotyka mnie bardzo miła niespodzianka. Jestem już około 100 kilometrów od Kolombo, w którym moja wspaniała przygoda z łzą Indii dobiegnie końca i jakby na pożegnanie, na ostatnim postoju, wyspa częstuje mnie ponownie wszystkim tym, czym ostatnimi dniami, żywiła mnie tak obficie. Jeszcze siedzę na schodach, przy otwartych drzwiach pędzącego pociągu i obejmując wzrokiem otaczającą mnie okolicę zdaję sobie sprawę, że w miejscu, w którym wysiądę nie będę się nudził. Chociaż jeżeli będę chciał, to z pewnością będę mógł.

Okolice Unawatuny mają po prostu wszystko w zasięgu ręki, nogi, lub jak kto chce ciut więcej, w zasięgu dwóch kółek skutera, o którego wypożyczenie nie jest trudno. Tak się w tym odkrywaniu porozrzucanych po okolic skarbów natury, minionej kultury i cywilizacji rozpędzam, że przypadkowo znajduję coś, o czym milczą jeszcze przewodniki – ale o tym za chwilę.

Zacznę od początku. Serfując po Internecie w poszukiwaniu ostatniego miejsca na nocleg przed powrotem do Kolombo, natknąłem się na opis leżącego opodal Unawentuny fortu Galle i to właśnie on przykuł moją uwagę. Ale nie tylko. Przeglądając dalej wpisy p.t., „co zobaczyć w Unawentuna?” (przeważnie takie lub podobne pytanie zadaję wujkowi Googlowi szukając miejsca na postój w obojętnie jakiej części świata) znajduję mnóstwo wskazówek dotyczących, a to położonych w pobliżu świątyń, a to jakiś ruin (w tym tych z fortu Gallen), a to znowu atrakcyjnych wycieczek po stromych klifach, tropikalnych lasach, czy przecudownych plażach. Chyba w tym właśnie momencie pomyślałem, że będzie to najbardziej właściwe miejsce na zakończenie mojego objazdu wokół Sri Lanki i przeżycia wszystkiego raz jeszcze, ale w pigułce.

Tak jak kilka dni temu rozpocząłem zwiedzanie wyspy od historii, ruin i świątyń w Kolombo, Kandy i Anuradhapurze, tak i teraz planuję rozpocząć dzień od wyjazdu do odległego o kilka kilometrów fortu Galle. Ku mojej uciesze, a i niemałemu zdziwieniu, fort Galle, to nie jedyny europejski akcent Sri Lanki w tej części wyspy. Zanim docieram do XVII wiecznej pozostałości po Portugalczykach i Holendrach, napotykam na mojej drodze Katedrę Najświętszej Marii Panny, Królowej Różańca Świętego, (The Cathedral of St. Mary, Queen of the Holy Rosary). Ten zbudowany pod koniec XIX wieku, przez Towarzystwo Jezusowe rzymskokatolicki kościół to naprawdę niezwykłe miejsce pośród hinduskich i buddyjskich świątyń. Przyglądając się po kolei i w dosyć krótkim po sobie czasie, miejscom wyznań różnych religii po raz pierwszy, odkąd jestem w Azji, nachodzi mnie refleksja, że wszystkie kulty mimo sporego zróżnicowania mają w sobie coś podobnego – chciałoby się rzec wspólnego. Wydaje się, że figury świętych, obojętnie, w której z tych trzech religii, wyszły spod tej samej ręki. Czy to ręka Boga? A jeżeli tak to, którego?

Sam fort Galle to już naturalnie zupełnie inna bajka. Zabytkowy, kamienny fort wysunięty w morze to tylko część miasta, które w całości w roku 1986 wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jako najlepszy przykład ufortyfikowanego miasta wzniesionego przez Europejczyków w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. Początkowo wybudowali fort w XVI wieku Portugalczycy, następnie w XVII wieku rozbudowali go i wraz z przyległym miastem nadali mu obecny kształt Holendrzy, by w końcu po kilkuset latach z początkiem XXI wieku mogli uwiecznić go na zdjęciach swoich smartfonów tacy jak ja turyści z całego świata. Na szczęście nie ma ich tu o tej porze zbyt wiele. Palące niemiłosiernie słońce skutecznie odstrasza od skakania po rozgrzanych murach nieprzyzwyczajonych do jego promieni Europejczyków, więc mam nieco swobody by spokojnie zajrzeć w każdą dziurę i za każdy róg. Aczkolwiek po dwóch, może trzech godzinach i ja muszę zrezygnować. Szukam cienia w wąskich uliczkach znacznie ludniejszego od fortu miasta. Mimo, że po kilku latach przebywania w tropikach upały już tak silnie na mnie nie działają, to jednak ileż można? Chłodny napój na skwerze pod rozłożystym drzewem wydaje się być znacznie atrakcyjniejszy od nawet najpiękniejszych XVII wieczne murów nad cudowną plażą i jeszcze wspanialszym morzem. Tym bardziej, że nieduże kolorowe, typowo europejskie miasteczko, z kościołami, ratuszem, rynkiem, mnóstwem sklepów, galerii i restauracji, aż się prosi, by ochłodziwszy się nieco i jemu poświęcić chwilę uwagi.

Idąc dalej wytyczonym tropem, następnego dnia zatapiam się w nadmorską przyrodę. Jako dawniej, tak i teraz po czasie spędzonym na zwiedzaniu historycznych pozostałości przychodzi czas na naturę i jej ukryte między skałami, wzgórzami i wąwozami, skarby. Kilka dni temu szukałem ich w Sigiryji, Maskeliyi i Elli, a teraz mam nadzieję znaleźć cokolwiek pomiędzy wbijającymi się w morze porośniętymi krzewami i wysokimi palmami lub zasypanymi ogromnymi głazami i ostrymi kamieniami, klifami. Nie mylę się. Długa wędrówka przez dosyć strome, acz niewysokie góry, oddzielone od siebie niczym diamenty, perłami, cudnymi małymi zatokami ze złoto piaszczystymi plażami to rozkosz dla moich nóg i oczu. Tutaj już nie da się wjechać motorkiem, który po wczorajszej przejażdżce został oddany skąd go wypożyczyłem. Od dzisiaj rana mogę już liczyć tylko na swoje nogi, a że one uwielbiają wędrowanie przez siebie bez planu i celu, przeto, nie zauważywszy nawet jak szybko płynie czas, w kilka godzin przechodzę przez kilka plaż, przecinam kilka wzgórz, przeskakuję kilkaset kamieni i wdrapuję się na kilka stromych ścian, by z każdego nowego miejsca podziwiać niewiarygodne wprost piękno lankijskiego landszaftu. Kulminacyjnym momentem, chociaż w ogóle tego nie planowałem, staje się miejsce, w którym odkrywam coś, o czym nawet jeszcze nie piszą w przewodnikach, a co z pewnością niedługo stanie się dodatkową atrakcją okolic Unawatuny – chociaż nie wiem czy na długo i to właśnie czyni to miejsce jeszcze bardziej atrakcyjnym. Otóż z kamienistego urwiska, na które właśnie z mozołem się wdrapałem widać jak na dłoni wrak rozbitego o skały statku. Niecałe dwa lata temu sztorm rzucił go o przybrzeżne skały łamiąc na pół, a niska w tym miejscu woda nie pozwoliła zatonąć. Załoga pewnie szybko opuściła przewracający się statek (nie wiem czy wszyscy się uratowali) miejscowi pewnie jeszcze szybciej wynieśli wszystko, co tylko wynieść się dało  i w taki oto tragiczny sposób z handlowego niedawno statku może stać się niebawem niezła turystyczna atrakcja. Czy będzie tłumnie odwiedzana? Nie wiem. Z doświadczenia wiem, że niełatwo dostępne miejsca nie cieszą się aż tak wielkim powodzeniem.

Końcówkę dnia, jak i końcówkę objazdu Sri Lanki, spędzam, a jakże, na plaży wsłuchany w morza szum, w fali plusk, piasku chrzęst i chociaż nie przepadam za wystawionymi na nad brzeg morza stolikami i uganiającymi się między nimi kelnerami, tym razem daję się skusić. Ostatni wieczór w drodze dookoła Sri Lanki, spędzam z kuflem zimnego piwa w dłoni oparty o drewniane oparcie białego krzesła pod zielonym liściem wygiętej ku morzu palmy i wpatrzony w znikające za horyzontem słońce zamykam następny rozdział mojego Intotheworld.

Jutro z małej stacyjki pociąg zabierze mnie z powrotem do Kolombo, gdzie czeka na mnie w hostelu mój plecak, wiza do Indii i nowe już chyba na wpół otwarte drzwi do zupełnie nowego świata. Czy aby zupełnie nowego? Z Kolombo lecę do Indii, a że Sri Lanka, to jak mówią tutejsi Łza Indii, więc ten nowy świat pewnie nie będzie już tak bardzo nowy. Albo? Zobaczymy.

Poprzedni Artykuł