Z przeróżnych powodów, długo nie mogłem się ostatnio zebrać do opisania kolejnego odcinka Drogi na ratunek dla dzieci z chorobą nowotworową z Kliniki Przylądek Nadziei we Wrocławiu. Jednak to, że nie pisałem, nie znaczy w żadnym wypadku, że moje wyzwanie się zatrzymało lub skończyło. Wręcz przeciwnie. Ostatni odcinek z Norymbergii do Offenburga przy francuskiej granicy był bardzo długi i wyczerpując i chyba właśnie dlatego nie dający czasu na pisanie . Poza tym rodzinna impreza, lekkie problemy zdrowotne i w końcu spalenie zasilacza do laptopa, wszystko to sprawiło, że nie stało mi ani czasu, ani siły, ani tudzież możliwości by zasiąść przed klawiaturą i nadgonić zaległości w opisywaniu mojej podróży. Niniejszym skrzętnie tę zaległość nadrabiam, wierząc, że równo z moją aktywnością na fb, wzrośnie ponownie Wasza aktywność wsparcia akcji „Droga na Ratunek”, bo ta ostatnio też jakby trochę przystanęła. Na wszelki wypadek przypominam, że od ponad trzech miesięcy idę pieszo przez Europę (do tej pory mam w nogach prawie 1800 km) i zbieram przy Waszej i pomocy fundusze na zakup 50-ciu browiaków dla walczących z rakiem dzieciaków z kliniki Przylądek Nadziei. Moim / NASZYM celem jest uzbieranie 50.000 PLN, więc jeżeli ktoś ma ochotę wesprzeć akcję i małych bohaterów czekających na pomoc, to podaję link internetowej skarbonki, do której można wrzucać datki www.naratunek.org/zbiorki/droga-na-ratunek i z góry za każdą złotówkę dziękuję.

A teraz, jako się rzekło, gonię już zaległości i wracam do końca VI i początku VII etapu, czyli cofam się w czasie o dobry miesiąc, ląduję gdzieś w Czechach tuż przed niemiecką granicą i szybko, szybciuteńko zaczynam nadrabiać straty. Zanim VII etap „Drogi na Ratunek” powitał mnie zmianą państwa, języka i kultury musiałem przewędrować jeszcze kilkanaście kilometrów dzielących mnie od Rozwadowa do Czesko-Niemieckiej granicy. To właśnie na tym odcinku natknąłem się na pomnik upamiętniający 400 lecie bitwy na Krwawym Polu. Bitwy, o której przyznam się szczerze do momentu pisania tych słów nic jeszcze nie przeczytałem, także poza tym, że rozegrała się w trakcie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) nic o niej nie wiem (chętnych dowiedzenia się więcej odsyłam do Internetu), ale sądząc po nazwie z pewnością pochłonęła wiele tysięcy dusz i być może na zawsze zmieniła stosunki panujące w tej części świata, bo kilka kroków za pomnikiem, zmienia się dosłownie wszystko.

Granica między Czechami i Niemcami to nie tylko granica między dwoma państwami, ale między dwoma światami. Dla mnie, mieszkającego od kilkudziesięciu lat w Niemczech, różnice te nie są już tak bardzo dostrzegalne, ale Sylwek, mój towarzysz podróży, który po raz pierwszy w życiu przekroczył granicę tak zwanego „zachodu”, robił ogromne oczy. Tutaj naprawdę wszystko jest inne – powtarzał, co jakiś czas, a ja jedynie mogłem mu przytakiwać, bo też to zauważałem. Ludzie w mijających nas samochodach nie tylko się do nas uśmiechali, nie tylko odwzajemniali podniesioną dłonią znak pozdrowienia, ale przede wszystkim mocno zwalniali i omijając nas wielki łukiem powodowali, że głównymi drogami szło nam się dużo bezpieczniej i przyjemniej niż w Polsce czy Czechach. (Aczkolwiek w dalszym ciągu staraliśmy się ich unikać, tylko czasami po prostu się nie dało). Mijane miasteczka i wioski, to już nie zbiór rozpadających się chat w towarzystwie nowobogackich pałacyków, stojących wzdłuż dziurawych dróg. Tutaj każde nawet najmniejszy miasteczko wygląda jakby czas od wieków nie miał na nie wpływu. Wszystkie domy, mimo, że większość z nich liczy sobie kilkadziesiąt, a często i kilkaset lat, są fantastycznie utrzymane, wymalowane i wypielęgnowane. Okna, ulice pełne są kwiatów, a czyste ławki przy skwerach aż proszą by na nich spocząć. No i ludzie. Ludzie są niesamowici. Wszyscy, dosłownie wszyscy witali nas, jeżeli, już nie najczęstszym Szczęść Boże (Grüß Gott) to, chociaż zwykłym dzień dobry lub po prostu halo. Często też nas zagadywali, pytali gdzie też nas nogi niosą (tutaj przydawała się oczywiście moja znajomość języka), a i zdarzało się, że chcieli ugościć lub wciskali pieniądze na kawę lub obiad. Tych nigdy nie braliśmy, ale w takich sytuacjach rozdawałem oczywiście ulotki z celem mojej „Drogi na Ratunek” i prosiłem by zamiast nas wspomóc dzieciaki z Kliniki Przylądek Nadziei, dla których idę. Czy to coś dało? Jeszcze nie wiem, ale jestem dobrej myśli. Oczywiście w katolickiej Bawarii w porównaniu z ateistycznymi Czechami zmienił się też wizerunek i charakter kościołów, (chociaż ich wieże w dalszym ciągu służą, jako punkt orientacyjny w terenie), co Sylwkowi, który było nie było jest w trakcie pielgrzymki, bardzo się spodobało i nie omieszkał do większości z nich zajrzeć. Nie dało się też nie zauważyć, że upływający nieubłagalnie czas znowu zaczęły odmierzać kościelne dzwony bijąc nie tylko o pełnej godzinie, ale i o w pół, a niektóre nawet, co kwadrans, a to że było ich tam mnóstwo, sprawiało, że dzwoniło nam prawie na okrągło, co z kolei powodowało, że szło nam się jakby rytmiczniej 😉 I w końcu krajobraz. Ten też był zupełnie inny. Jako, że dzisiejsze Niemcy nigdy nie były jednorodnym państwem tylko zlepkiem często ze sobą walczących królestw, księstw czy hrabstw, przeto do dzisiaj pełno tu zamków, grodów, klasztorów, opactw, które stercząc dorodnym murami, okazałymi basztami i wysokimi wieżami niemal na każdym wzgórzu, ozdabiają okolicę niczym bakalie świąteczną babkę, co dla głodnego turysty nie jest bez znaczenia. Pewnie, że o różnicach wpadających w oko po przekroczeniu czesko-niemieckiej granicy mógłbym się jeszcze długo, długo rozpisywać, jednak nic nie przebije tej, jaką zauważyłem w jednej z bawarskich wsi. Otóż jest to różnica, która już nie tylko odróżnia Niemcy od Czechów, ale bodaj od całego świata. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na własne oczy łaźnie dla krów. Naturalnie, gołym okiem widać, że wieś, domy, ulice, traktory, stodoły i nawet zwierzęta w Niemczech czystsze są od tych w Czechach czy w Polsce, ale oborowe Spa dla krów całkiem mnie zatkało. Jak one to robią? Nie mogłem podejść bliżej, więc tylko zoomem w aparacie fotograficznym podglądałem jak zadowolone, stojąc w kolejce krowy zmieniały się pod kręcącą się, myjącą, drapiącą, a może i masującą szczotą i wywijając ozorem wydawały się być nadkrowio zadowolone. Do tej pory nie wiem tylko, jak one tę aparaturę obsługiwały? Ludzi dokoła nie było widać, a one po kolei się zmieniały, przechodziły, wychodziły i podchodziły, więc chyba same kopytkiem lub różkiem włączały i ustawiały sobie czas, obroty i kto tam wie, co jeszcze ??? 😄

Jasne, że oprócz zmian kulturowych zmieniło nam się za granicą też sporo rzeczy niezależnych od ludzi. Po pierwsze topografia. Teren zrobił się bardziej górzysty, a co za tym idzie coraz ładniejszy dla oka, ale trudniejszy dla nóg. Po drugie czas. Pora roku przeszła z późnej wiosny w środkowe lato niosąc ze sobą uginające się od owoców drzewa i krzaki (z czego z ochotą korzystaliśmy), zmieniając kwitnące niedawno łąki w dywany kolorowych kwiatów, a zielone pola w łany żółtych nadających się niebawem do żniw zbóż. I coraz częściej wspaniałe, wysokie słoneczniki.Co się natomiast nie zmieniło? Też sporo. Święty Jan Nepomucen jak pilnował skrzyżowań, mostów i wodnych zbiorników tak dalej pilnuje. Kilometry w dalszym ciągu wynosiły 1000 metrów lub 1500 kroków i wyciskały ten sam słonawy pot. Ból w łydkach, kolanach i plecach też jakby pozostawał niezmienny. I nawet pogoda w dalszym ciągu nas nie rozpieszczała zsyłając na zmianę albo tropikalne promienie nad miarę upalnego słońca, albo strugi ulewnych deszczów wspomagane często gwałtownymi burzami, przed którymi co chwila musieliśmy się chować. No cóż, do tego wszystkiego zdążyłem się już w trakcie kilkumiesięcznej wędrówki przyzwyczaić i obojętnie jest mi, po której stronie granicy jest, było lub będzie mi boląco, gorąco lub mokro. Jest tylko jedno, co niezmiennie nie jest mi obojętne i sprawia poczucie lekkiego niepokoju, gdy przekraczam którąkolwiek granicę. To pytanie o dobre miejsce pod namiot i spokojny sen. Czy w tej kwestii zmieni się coś po wkroczeniu do Niemiec? Tego oczywiście nie wiedziałem. Pod tym względem w Polsce i w Czechach był stosunkowo duży luz. Namioty rozbijało się gdzie się chciało i już. A w Niemczech? Jak będzie w Niemczech? Czy faktycznie w Niemczech wszystko jest verboten, czyli zakazane i nie będzie gdzie spać?

Dosyć szybko okazało się, że też nie, lub prawie nie. Wprawdzie nocowanie w namiocie na dziko, jak i sporo innych spraw faktycznie jest w Niemczech niedozwolone, ale istnieje jedno ale, o którym już wkrótce się dowiedzieliśmy, które sporo wyjaśniło i spowodowało, że i Niemcy pod względem obozowania w szuwarach, na łąkach, nad jeziorami lub rzekami okazały się zupełnie spoko krajem. Nad pierwszym napotkanym jeziorem o nazwie Sperlweiher koło wioski Moosbach, zapytałem, kręcącego się w pobliżu starszego mężczyznę, czy możemy na jedną noc rozbić się przy brzegu po drugiej stronie jeziora. W odpowiedzi usłyszałem – Eigentlich Verboten, aber…- właściwie zabronione, ale i tu urwał głos. Ale jak nikt was nie zobaczy to nic się nie stanie, a poza tym, dlaczego nie (?) Zakończył wyginając wymownie usta, poczym poczęstował nas dwiema butelkami wody i zaoferował, że gdybyśmy czegokolwiek jeszcze potrzebowali, to śmiało możemy przyjść, bo będzie tu jeszcze do wieczora. Pisałem przed chwilą, że Niemcy to życzliwy i pomocny naród i teraz ponownie dostaliśmy tego potwierdzenie. Sylwek po raz któryś tego dnia zrobił z wrażenia wielkie oczy i coś mi się zdaje, że powoli zmieniał swój stereotypowy osąd o swoich zachodnich sąsiadach. Potem wspólnie śmiejąc się i rozbijając namioty wpajaliśmy sobie do łba dewizę, która będzie towarzyszyć nam już przez całą podróż przez Niemcy – Eigentlich Verboten, aber. Właśnie to „aber” sprawiło, że dalej poszło już jak z płatka.Następnego dnia w Wernberg-Köblitz znaleźliśmy wspaniałe miejsce w zatoce nad niewielkim jeziorem, którego poranna para, przy promieniach wschodzącego słońca wprawiła nas w niemały zachwyt. Takie poranne zjawiska będą się zresztą pojawiać teraz codziennie, jako że woda w jeziorach i rzekach już dobrze się nagrzała, a noce i poranki zaczynały być coraz chłodniejsze. Potem również nie nękani ani przez straż miejską, ani przez tubylczą ludność przespaliśmy się w niezbyt urodziwym miejscu w parku miejskim w Hahnbach. Za to kolejny nocleg nad Happburger Baggersee był po dwakroć wspaniały, bo nie dość, że w końcu można było popływać, poopalać się i nieco odpoczęć, to na dodatek natura stworzyła nam niesamowity spektakl w postaci zachodzącego słońca i mi (Sylwek tak wcześniej nie wstaje) jeszcze lepszy o wschodzie, gdy w pomarańczowych promieniach wynurzającego się zza gór słońca, szare unoszące się nad łąkami mgły, zlały się z widniejącymi w dali granatowymi wzgórzami. Szkoda tylko, że po takim pięknym poranku, dzień nie był już taki wspaniały i znowu trzeba było uciekać przed deszczem i burzami. Ostatni nocleg przed Norymbergą przyszło nam spędzić tuż przy moście nad rzeka Pegnitz, który ewentualnie mógł nam w nocy posłużyć, jako schronienie, aczkolwiek na szczęście obyło się bez ewakuacji. Namioty wytrzymały całonocną ulewę, a poranna tęcza przyniosła nadzieję na zmianę pogody. Niestety tylko nadzieję. Z przerwami padało jeszcze dwa następne dni, ale tym razem było nam to już obojętne.

Po przemaszerowaniu w upałach i deszczach 135 kilometrów ( to wiadomość dla tych, którzy wspierają moją akcję proporcjonalnie do przebytych kilometrów. Łącznie jest ich już 1430) następne dwa noclegi mieliśmy zapewnione nie tylko pod dachem, ale w dodatku w wyborowym towarzystwie. W Norymberdze mieszkają moi rodzice, którzy nie tylko już nas oczekują, ale na dodatek obiecują, że wyjdą naprzeciw i przejdą ze mną kilka kilometrów, jako specjalni goście wyzwania „Droga na Ratunek”. A że razem mają ponad 160 lat, to może dla kogoś będzie to dodatkowy argument by dorzucając się do zrzutki www.naratunek.org/zbiorki/droga-na-ratunek wesprzeć akcję i chore dzieciaki z kliniki Przylądek Nadziei? Oni i ja mieliśmy taką ndzieję.Czy wyszli, przyszli i przeszli opowiem w następnym odcinku, jak tylko znajdzie się trochę czasu, sił i Internetu, między jednym, a drugim, czy trzecim odcinkiem długiej trasy „Droga na Ratunek”.

Następny Artykuł
Poprzedni Artykuł